Lektury Honoratki to książki omawiane przez Anię i Honoratkę. Nie tylko. Lektury Honoratki zmieniły się, przestały być plotkami o bajkach, ale też nie stały się klasycznymi recenzjami książek dla dzieci. Lektury Honoratki towarzyszą od pięciu lat całej mojej zaczytanej rodzinie. Nie znalazły się wśród nich wszystkie przeczytane przez nas książki, ale na pewno są te najważniejsze, te które lubimy i te które skłaniają do przemyśleń. Lektury Honoratki to moje domowo - literackie felietony.
Dwudzieste dziewiąte Lektury Honoratki:
Trzy lata Zosi Samosi.
W gwoli wyjaśnienia…
Zosia
skończyła trzy latka, uważa się za bardzo dorosłą i ciągle podkreśla: „ja nie bobo ja Osia!”. Zosia jest czytelniczką, lubi książki i na pewno przeczytałyśmy
razem znacznie więcej książek niż Zosia wypowiada słów?! Z moimi dziewczynami
tak to już jest - nieśpieszno im do konwersacji w rodzimym języku. Kiedy Amelka
miała trzy lata mówiła na okrągło, tyle że w jakimś nieznanym mi narzeczu, z
kolei Zosia używa około dwudziestu słów, ma też sugestywną intonację i bardzo
sprawny palec wskazujący. Ćwiczenia zalecane przez panią logopedę wykonuje bez
przekonania, co innego ja!? Wygląda na to że mam czego chciałam, nadając
Młodszej imię Zosia wymyśliłam dla jej charakteru pierwszy literacki
kontekst.
Czytelnicze zwyczaje i upodobania Zosi -
opis zagadnienia.
Pierwsze
dwa lata obcowania Zosi z książkami można zamknąć pod wspólną nazwą: epoka
tekturki. Zosia odziedziczyła po starszej siostrze sporą kolekcję nadgryzionych
i spracowanych książeczek, ale stan tego literackiego spadku ją nie zrażał.
Zaczęła go pracowicie przeglądać i smakować. Biblioteka „Bajek dla malucha” od wydawnictwa Skrzat stanowiła dla nas żywą
inspirację, dlatego ciągle dokupywałam na półeczkę Zosi nowe tytuły - niektóre
przypadły Młodszej tak bardzo do gustu że trzeba było kupić je w kilku
egzemplarzach. Zosia lubiła też „Obrazki
dla maluchów” od wydawnictwa Olesiejuk, zdecydowanie najwięcej czasu
spędziła z tytułem: „Nazywam świat”-
co wówczas bardzo chciałam interpretować jako zapowiedz szybkich postępów w
nauce mówienia!?
Zauważyłam,
że stan do jakiego moje córki doprowadzały ulubione tekturki świadczył o ich
zaangażowaniu w lekturę – czym gorzej finalnie wygląda książka tym lepsze ma
recenzje.
„Moja pierwsza książka o
kolorach” Erica Carle od wydawnictwa
Tatarak potwierdza tą regułę. Wygląda jakby przeszła przez wojnę, a była po
prostu ukochaną tekturką Zosi. Zresztą trudno się Młodszej dziwić. Patent na
którym zbudowana jest książeczka jest prosty i zarazem genialny: dziewięć
grubych kart wewnętrznych i jedna karta okładki zostały podzielone na dwie
części: górna część karty wypełniona jest kolorem: niebieskim, białym,
zielonym, różowym, czerwonym, żółtym, czarnym, fioletowym i tak zwanym wielokolorowym,
a w dolnej części znajdują się obrazki przedmiotów: żółtej cytryny,
niebieskiego ptaka, czerwonego wozu strażackiego, wielobarwnego motyla,
brązowego buta, różowego kwiatka, czarnego parasola i tak dalej. Zadanie polega
na tym żeby planszę koloru dopasować do koloru przedmiotu - nic prostszego, a
daje dziecku ogromną frajdę. Zosia w amoku przewracała kartkami, te na początku wymykały jej się z
niezdarnych paluszków - co mogło powodować frustracje i pewnie z tego powodu okładka w jednym
miejscu jest rozdarta. „Moja pierwsza książka o kolorach”, jest jedną z wielu
wariacji na temat: „książki kreatywnej dla małego dziecka” mimo tej łatki pod
którą polski rynek wydawniczy próbuje sprzedać co drugą książkę dziecięcą,
realizuje swój cel i realnie uczy dziecko kolorów. Moja oczytana niemowa zna
dobrze kolory (wiem, bo z nią rysuję) i myślę że w nauce pomogła jej ta
niepozorna ale prawdziwie mądra tekturka.
Jak
już wspomniałam Zosia oszczędnie dozuje nam słowa, więc każde nowe w jej repertuarze
robi furorę. Tak było kiedy mając rok postanowiła przestać nazywać mnie i swoją
siostrę zbiorowym określeniem: „niania” i ja zostałam oficjalnie jej Mamą, a
Amelka dostała przezwisko Ala - ten stan rzeczy nadal jest aktualny. Historia
wiąże się także ze słowem: „bobo”. Każdy rodzic dzieci mało zainteresowanych
mową jest na bieżąco z nowościami wydawniczymi poświęconymi problemom
logopedycznym. Rodzice słodkiej niemowy oglądają i kupują wszystko co daje
nadzieje na przełom! Tak jest i ze mną, więc kiedy przeczytałam uskrzydlające
recenzje książeczki: „Pucio mówi
pierwsze słowa” Marty Galewskiej- Kustry niewiele myślałam i korzystając z
mojej ulubionej księgarni internetowej sprowadziłam Pucia do domu. Pucio szybko
się u nas zadomowił, naszej Młodszej gruba tekturka opisująca jeden dzień z
życia sympatycznej rodziny bardzo przypadła do gustu. Zosia lubiła kiedy czytać
jej Pucia.
W okresie największej symbiozy z lekturką, Pucia musiał czytać każdy kto się
Zośce nawinął pod rękę: a to ja, a to Amelka, a to tata, a to nawet zapracowana
babcia. Tak, Pucia dobrze znali wszyscy domownicy! Wszyscy wiedzieli że Zosię
najbardziej z całej historii zaabsorbował obrazek nagiej pupy zamieszczonej pod
ilustracją rodziny Pucia pluskającej się w basenie no i jeszcze młodsze rodzeństwo Pucia, które autorka nazwała: Bobo. Od tego
momentu, półtorej roczna Zosia zaczęła wskazywać na siebie i mówić: „Ja Bobo” i
wydawało się że sytuacja się nie zmieni bo nie pomagały tłumaczenia: że Bobo to
mały bobas, dzidziuś śpiący w wózeczku, a Zosia to duża dziewczynka. Zosia
utożsamiła się z Bobo i cześć. Tak jak większość rodziców w podbramkowej
sytuacji, kiedy to już absolutnie nic nie przemawia do dziecka – sięgnęłam po
sprawdzoną i starą jak świat metodę wychowawczą, po przekupstwo. Obiecałam Zosi
na jej drugie urodziny złote góry: lalkę barbie z możliwie najdłuższymi
włosami, z dodatkowymi ubrankami i z ekstra parą butów (żeby mogła je potem
rzuć ile tylko dusza zapragnie) – wszystko to Zosia miała dostać jeśli
przestanie o sobie mówić Bobo. Ja słowa dotrzymałam, Zośka nie. Kończąc wątek
Pucia w życiu i w biblioteczce Zosi dodam tylko że Młodsza przestała nazywać
siebie Bobo stosunkowo niedawno, wszystko zmieniło się z prozaicznych powodów. Nasze
dumne Bobo zostało wyśmiane przez koleżanki Amelki, że taka jest duża a nie ma
imienia. Pamiętam jak bordowa ze złości Zosia przyszła do mnie i powiedziała:
„ja NIE bobo”, ja ze szczęścia łapiąc Pana Boga za nogi powiedziałam jak tylko
mogłam najwolniej i najwyraźniej: ”Zosiu nie jesteś Bobo jesteś dziewczynką: Z O S I Ą!”, Zośka zbladła, zamyśliła się,
delikatnie się uśmiechnęła i z miną odkrywcy powiedziała: „ Ja nie bobo, ja
Osia” – i ten stan rzeczy jest aktualny do dzisiaj!
Na
swoje pierwsze wakacje Zosia wyjechała jako dziewiętnastomiesęczne bobo, była
bardzo przejęta i oczywiście brała udział w pakowaniu. Nie chciała zabrać w
podróż żadnego ze swoich pluszaków bo akurat tolerowała tylko Bacusia -
ukochanego psa przytulankę swojej siostry. Chcąc opanować wojnę o Bacusia
kupiliśmy Zosi Azorka – czyli nową, mięciutką wersję Bacusia, niestety Zośka
uznała że nie umywa się do pierwowzoru. Po długich pertraktacjach namówiłam
Amelkę żeby przekonała się do Azorka, kiedy tylko to zrobiła Młodsza w tej
samej chwili odkochała się w Bacusiu?! Na szczęście wybór książeczek które
pojadą z nami na wakacje w góry był mniej skomplikowany niż sprawa Bacusia i
Azorka, właściwie bez zastanowienia Zosia spakowała do torby nowe przygody
Krecika. Pięć kartonowych książeczek od wydawnictwa Bajka korespondowało z jej miłością
do bohatera ukochanych kreskówek.
Wszyscy którzy pamiętają Krecika, wiedzą że jest to chodzące i prawie nic nie
mówiące dobro. Można by się w tym miejscu na chwile zatrzymać i zastanowić nad
zbiegiem okoliczności: Zosia o rozbrajającym uśmiechu i niemowa i Krecik o
rozbrajający uśmiechu i też niemowa?! Ale trzymajmy się faktów, wszystkie pięć
tytułów: „Krecik i Sikoreczka” ,”Krecik i motyle”, „Krecik i śliwki” , „Tydzień krecika” i „ Krecik i sanki” pomagały Zosi zasypiać
w nie swoim łóżeczku, a dla czytającej mamy przygody Krecika opowiadane
zgrabnymi wersami Małgorzaty Strzałkowskiej były przyjemnym zakończeniem
wakacyjnych, a jednak pracowitych dni. Swoją drogą przygody Krecika opowiadane
wierszem stają się bardziej rytmiczne, wydawałoby się że ilustracje małżeństwa
Milerów stanowią narracyjnie zamkniętą całość, a jednak poetce udało się
znaleźć w tym monolicie szczeliny przez które przemyciła słowa- jakiś subtelny,
niewinny i rymowany głos z offu opowiada o Kreciku niemowie.
Wróciliśmy
z Bieszczad, w domu zastała nas jesień. Zosia zauważała symptomy zmieniającej
się pory roku, interesowały ją pierwsze spadające liście i pożółkłe kępy traw. Jak
się nad tym zastanowić, każdą zmianę w życiu dziewczynek komentowałam przez
zakup książki - konkretny tytuł pomagał mi z nimi rozmawiać i lepiej objaśniać
świat. Tak było także w przypadku wszystkich czterech pór roku na ulicy Czereśniowej. Punktem wyjścia była
nowa dla Zosi pora roku, a w efekcie ta wielkoformatowa tekturka została z nami
na prawie rok. Żadną inną książką nie dostałam tyle razy w głowę! Za każdym
razem jak Zośka wstała wcześniej ode mnie (dziwnym trafem to zawsze były
weekendy) biegła po jedną z pięciu odsłon ulicy Czereśniowej i pakowała się z
nią nam do łóżka, no i zawsze mi się dostało, a po przyłożeniu ulicą
Czereśniową to już człowiek był wystarczająco przytomny by odpowiedzieć na
pytanie : „mamo, co to?”. Naturalnie miałam nadzieję że - możliwość śledzenia
życia kilkunastu bohaterów z ulicy Czereśniowej, że ich codzienne perypetie,
wiarygodnie ale i z humorem odrysowany świat - zmobilizują Zosię do mówienia.
Tak się nie stało, ale stało się coś innego. Myślę, że „Jesień na ulicy Czereśniowej” wydana w Polsce przez wydawnictwo
Dwie Siostry była pierwszą książką z jaką Zosia nawiązała świadomą emocjonalną
więź. Siadałam na kanapie i pytałam: „poczytamy książeczkę?”, a ona już była
obok mnie z: Wiosną, Latem, Jesienią, Zimą albo Nocą na ulicy Czereśniowej.
Miała swoje ulubione wątki: ten z budową przedszkola w mieście, ze złodziejem
który pod osłoną nocy próbuje włamać się do mieszkania i ten z wiecznie
uciekającą papugą Polą (można jej było szukać na przestrzeni całego
czereśniowego roku). Zosia miała też swoich ulubionych bohaterów których pilnie
śledziła: babcię Hanię i dziadka Zenona
(zresztą jak jest się babcią albo dziadkiem to w hierarchii Zosi jest się od razu bardzo wysoko), zagadkowego pana Marka, który nie tylko zawsze chadza ubrany w różne wersje zielonego palta i czarnego kapelusza ale też zawsze tropi, szuka albo paraduje z białą gęsią. Byli jeszcze: Kasia bo w tajemniczych okolicznościach gubiła kapelusze, Magda bo miała wózek z lodami który na jesień zmieniał się w wózek z gorącymi kasztanami i Ewa bo została mamą małej Basi, a z perspektywy naszej Młodszej - bobo jest naturalnym centrum każdego także Czereśniowego wszechświata!
(zresztą jak jest się babcią albo dziadkiem to w hierarchii Zosi jest się od razu bardzo wysoko), zagadkowego pana Marka, który nie tylko zawsze chadza ubrany w różne wersje zielonego palta i czarnego kapelusza ale też zawsze tropi, szuka albo paraduje z białą gęsią. Byli jeszcze: Kasia bo w tajemniczych okolicznościach gubiła kapelusze, Magda bo miała wózek z lodami który na jesień zmieniał się w wózek z gorącymi kasztanami i Ewa bo została mamą małej Basi, a z perspektywy naszej Młodszej - bobo jest naturalnym centrum każdego także Czereśniowego wszechświata!
Na początku była tektura, jakiś czas później
liczył się tylko papier!
Zmierzch
tekturowej epoki upływał Zosi na wielkoformatowych nienudzących się tekturkach
- był wspomniany rok na ulicy Czereśniowej, był też „Rok w lesie”, była cała
biblioteczka tekturek do snu i wszystko było zupełnie w porządku gdyby nie to
że wieczorne czytanie stawało coraz bardziej przewidywalne - na pewno dla mamy!
Potrzebowałam zmiany, ale nie tylko ja. Któregoś wieczora sięgnęłam po książkę
z najniższej półki Młodej. To półka którą zapełniłyśmy ulubionymi książkami
małej Amelki, jest na niej wszystko to co tygryski lubiły najbardziej. Tamtego
wieczoru, żeby przełamać rutynę sięgnęłam po „Dobranoc Albercie Albertsonie”.
Dobrze wspominałam Alberta,
jeszcze lepiej jego tatę! Szwedzki tata Alberta jest dla zmęczonej polskiej
matki synonimem cudu. Przechadza się po mieszkaniu z nieodłączną fajką (mógł
sobie ją beztrosko pykać bo książki o Albercie powstały w latach
siedemdziesiątych dwudziestego wieku), na wszystkie kaprysy syna odpowiada
autentyczną i totalną POSTAWĄ STOICKĄ! Nikt i nic nie mogło go wyprowadzić z
równowagi - na pewno nie jego ukochany syn. Kiedy Albert po lekturze długiej
bajki o koniu nie chce zasnąć tylko żąda soku - tata mu go przynosi do łóżka!?
Kiedy Albert wylewa kilka ostatnich łyków na pościel, tata ją bez słówka
komentarza zmienia. Sprawy mają się podobnie kiedy trzeba tropić w szafie lwa i
przynieść do łóżka tym razem nocnik?! Niezmącona wyrozumiałość! Kiedy tata
Alberta wreszcie pada na „polu bitwy” -
to dokonuje się to niejako naturalnie: spokojny, cierpliwy i pogodzony
ze swoją rolą tata Alberta szukając misia zasypia na podłodze w salonie. Nienachalny
cud! Chyba podobnie odbiera to Albert, ponieważ postanawia tatę okryć kocem i
pójść wreszcie spać!
Tego
wieczora i ja i Zosia byłyśmy ukontentowane wieczornym czytaniem. Przez chwilę
myślałam ze minęłyśmy kartonowy Rubikon, ale szybko okazało się że
najwierniejsza tekturkom byłam ja! I tata i Amelka i sama Ośka już dawno
romansowali z papierem. Amelka wiele razy wyciągała ze swojej półki jakiś tytuł
i pokazywała siostrze ilustracje a nawet
jej czytała. Co do taty, to nie nadawał on tekturze jakiegoś symbolicznego
sensu, wiadomo przecież że jego ukochani: Mikołajek i niezmordowany Harry
Potter wydawani byli tylko na gładkim i nieskazitelnie białym papierze…
Dwu
i pół roczna Młodsza zagustowała w książkach z najniższej półki Amelki, a ja
wróciłam wspomnieniami do początków mojego czytania z Amelką. To chyba dobre
miejsce na refleksję, jestem mamą już prawie dziewięć lat, jestem mamą popełniającą
błędy, czasem jestem mamą mocno
wystraszoną - pewnie dlatego bardzo się cieszę że od łóżeczka do łóżka chodzę z
książkami, czytanie z dziewczynami to często najlepsze momenty mojego dnia.
Tropiąc Amelkę i zostawiając ślady po
Zosi.
Rozpoczęły
się pielgrzymki do półki Amelki. Radek wrócił do Tupcia Chrupcia, kiedyś chętnie czytał go Amelce teraz odświeżał
lekturę z Zosią.
Nasz tata lubi jak z przyjemnego wynika pożyteczne: leżymy
sobie razem, czytamy a przy okazji rozwiązujemy problemy malucha: oswajamy
temat przedszkola, oduczamy się marudzić i grymasić przy jedzeniu. Swoją drogą
seria o Tupciu pokazała jak różnią się dziewczyny, kiedy Amelka była mała „Tupcio Chrupcio przedszkolak na medal”
był książką instruktażową, czytaliśmy ją wspólnie żeby Amelkę przygotować do
przedszkola - co nie było konieczne bo Młoda od dnia otwartego w przedszkolu
uświadomiła nam że nie może się go doczekać, w przypadku Zosi jest odwrotnie i
raczej jej się tam nie śpieszy. Z Amelką czytaliśmy : „Tupcio Chrupcio. Kapryśna myszka.” i „Tupcio Chrupcio. Nie mogę zasnąć.”. U Zosi najlepiej sprawdzają
się: „Tupcio Chrupcio. Nie chcę się
myć.” i „Tupcio Chrupcio. Umiem się
dzielić.”. Niezależnie od rodzaju problemów inspirowana włoskim pomysłem
pedagogiczna seria Elizy Piotrowskiej spełnia swoją rolę. Tupcio to na ogół pogodna myszka, ma typowe problemy
wieku dziecięcego dlatego łatwo zaprzyjaźnia się z małymi słuchaczami i często
ratuje rodziców - w końcu pod każdą szerokością geograficzną dzieci bywają
niejadkami, nie chcą jeść, myć głowy ani jeździć do lekarza!
Kiedy
tata rozwiązywał problemy wychowawcze, mama wróciła do swoich ulubionych
szwedzkich tropów. Podobnie jak Amelka
Zosia pokochała książki od wydawnictwa Zakamarki. Prym wiedzie fenomenalna Pija
Lindenbaum! Uwielbiam jej książki za ich niekwestionowaną dziwność, za
umiejętność opisania i zilustrowania dziecięcej psychiki. Wprowadzeniem do
tematu była dla nas książeczka: „Nusia i
wilki”- Amelki i moja pierwsza książka tej autorki i zarazem drogowskaz jak
w przyszłości poruszać się po świecie książek
Lindenbaum ale i po zupełnie osobnej galaktyce jaką jest skandynawska
literatura dla dzieci. Pierwszy kontakt z książkami dla dzieci pióra
współczesnych skandynawskich autorów jest zazwyczaj sporym szokiem, wszystkie
nasze czytelnicze przyzwyczajenia zostają zrównane z ziemią. Po pierwsze: i na
poziomie treści i na poziomie ilustracji nie występuje lukier, świat
przedstawiony jest dziwnie podobny do naszej codziennej rzeczywistości,
dziecięcy bohater też jest przeciętny: niski, piegowaty, wystraszony, zamknięty
w sobie i naturalnie ma problemy. I to właśnie na poziomie problemów pojawia
się metafora – to ona w kostiumie: wilków, owiec, braci Łosiów przynosi rozwiązanie
a zarazem wiarygodne i od razu odczuwalne katharsis. Tytułowe wilki z
książeczki: „Nusia i wilki” są
przecież przerażające, a czytelnik zastanawia się jak to możliwe że wycofana
dziewczynka która „prawie wszystkiego się boi” akurat ich się nie boi? Z każdą
następna stroną obserwujemy jak Nusia i wilki przełamują wzajemne lody – uczą
się siebie, aż wreszcie obdarzają się zaufaniem. Wszystko kończy się happy
endem, ale jakże jest on nieoczywisty i inteligentny! Bo co się tak naprawdę
wydarzyło? Przedszkolak odłączył się od wycieczki, zgubił się w lesie i sam (
następnego ranka!) wrócił do przedszkola, a dzięki temu co w międzyczasie zaszło
w leśnej gęstwinie czy też w wyobraźni Nusi nasza bohaterka nie obawia się już
wspinać na dach dziecięcego szałasu stojącego w przedszkolnym ogródku. Lęk
został pokonany! Pewnie dlatego tak cenię Pije Lindenbaum - wyspecjalizowała
się i stała się pogromczynią dziecięcych
strachów. Od momentu kiedy zaczęłam z Zosią czytać „Nusię i wilki” a zaraz potem wszystkie następne Nusie nastąpił
domowy przyrost książek tej autorki, ale dla Zosi najważniejszy był i póki co
jest: „Filip i mama która zapomniała”.
Z perspektywy matki fabuła książki o Filipie to raczej grząski grunt, co tu za
wiele mówić mama Filipa jest znerwicowana i nie wyrabia na zakrętach, przerasta
ją praca zawodowa i domowe obowiązki dlatego pewnego dnia budzi się i jest smokiem!?
Filip rezolutnie bierze sprawy w swoje ręce i postanawia mamie pomóc:
zawiadamia jej pracodawcę, przygotowuje śniadanie i postanawia mamę zaprowadzić
do lekarza, ale zaciągniecie smoka ziejącego ogniem i polującego na robale do
lekarza nie jest takie proste, na szczęście Filip podołał! Rozczula mnie wyraz
twarzy Ośki kiedy kończę czytać, a mama Filipa ze smoka przeistacza się na
powrót w mamę. „- Dzień dobry maleństwo, chcesz kakałko?” – pyta mama Filipa, a
Zośka z rozbrajającym uśmiechem mówi : „TAK!” i kładzie się do łóżka – to taki
mój prywatny synonim „i żyli długo i szczęśliwie”!
Eksplorujemy
półkę Amelki, czytamy: „Elmera”
Davida Mckee, który w słowniku Zosi funkcjonuje jako Tutu, „Basię” Zofii Staneckiej - ta z kolei miała więcej szczęście i jej imię
Zośka nawet wypowiada!? Bez zmian czytamy poezję, wiersze Brzechwy i Tuwima
naturalnie przemaszerowały ze stron tekturowych do swoich papierowych
bliźniaków. Wielkie, kolorowe i uczciwie rzecz ujmując – kiczowate wydanie
wierszy Jana Brzechwy od wydawnictwa SBM jest już przez dziewczyny tak
zaczytaniem zmaltretowane , że cieszę się na myśl że już wkrótce kupię do
domowej biblioteczki takie jedno nowiusieńkie i graficznie wypieszczone
wcielenie.
Brzechwa
z Tuwimem czytani od zawsze oprócz całej litanii zalet mają jeszcze jedną - przyzwyczajają
do poezji.
Czytamy: „Wiersze dla najmłodszych” Wandy Chotomskiej, „Wiersze do poduchy” Małgorzaty Strzałkowskiej, „Cukrowe Miasteczko” Danuty Gellnerowej i „Rymobranie” Agnieszki Frączek – nie nudziły się Amelce, nie nudzą się i Zosi.
Nowy repertuar.
Trzy
miesiące temu Zosia skończyła trzy lata, wreszcie przyszła wiosna, a my spacerujemy i
odwiedzamy bibliotekę. To właśnie w bibliotece (dokąd Osia przyszła gnana pilną
potrzebą wypożyczenia Wszystkiego Co Będzie o śwince Peppie!?) poznałyśmy krowę
Matyldę, chyba jedyną na świecie: krowę pomocnicę listonosza.
Alexander Steffensmeier obdarzył swoją bohaterkę fantazją i zawadiackim charakterem jest przy tym Matylda i cały drugi plan mieszkańców gospodarstwa narysowani z dużym humorem i w subtelnej karykaturze. Matylda - typ milczka o sugestywnej mimice, korpulentna gospodyni z czułym sercem i z wystającymi zębami, stado nietuzinkowych kur i kurczaków ninja – chodzi to, odczuwa i reaguje (mowa o całej kurzej społeczności) z sobie tylko znaną logiką i niepodważalnym przekonaniem że jest się Super Ważnym albo i Kluczowym elementem dla całej fabuły - co w zasadzie nie odbiega wiele od prawdy, bez kur i kurczaków krowa Matylda byłaby tylko krową aktywną zawodowo i zawieszoną w próżni przeciętnej obórki! Tak więc znajomość zawartą w bibliotece bardzo sobie chwalimy. Jestem prawie pewna że Matylda pomogła Zośce wyzdrowieć kiedy się Młodsza na przedwiośniu pochorowała - raźniej się wraca do zdrowia kiedy i „Krowa Matylda jest chora”.
Od
trzech lat czytam z Zosią i są to tytuły dobre i bardzo dobre, ale czasem
zdarzają się olśnienia. Największe książkowe zauroczenie przyszło do domu przez
przypadek, któregoś dnia babcia przywiozła do domu małą książeczkę z dwiema
żabami na okładce. Szybko okazało się że tylko jedna z nich jest żabą, druga
jest ropuchą.
„Żabek i Ropuch. Przyjaźń”
to pięć krótkich historyjek opowiadających o przyjaźni pogodnego z usposobienia
Żabka z zrzędliwym śpiochem Ropuchem. Relacja Żabka i Ropucha opisana jest
poprzez subtelne kontrasty: jeden pływa w kąpielówkach, a drugi nie, jeden
potrafi opowiadać bajki, a drugi nie. Nie ma w tych opowiadaniach fajerwerków,
nie ma wielkich przygód, konfliktów, ani
zwrotów akcji - za to jest para przyjaciół, która musi się różnić by nie móc
bez siebie żyć. Każdy tęskni do takiej przyjaźni! Pragnienie posiadania
współtowarzysza życiowej doli jest tak stare jak sam człowiek i zdaje się że
amerykański pisarz i ilustrator Arnold Lobel świetnie to rozumiał. Jego
bohaterowie są: czuli, empatyczni - po prostu czarujący, już dawno nie miałam
takiej przyjemności czytania. Rozpłynęłam się w tych pięciu opowiadankach tak
naturalnie jak na słońcu topią się lody. Wzruszył mnie Żabek, który wie że jego
przyjaciel ma smutną porę dnia, kiedy to czeka na list, (którego jeszcze nigdy
nie dostał) wiec wymyka się z jego ganku
i pisze list, potem prosi ślimaka żeby doręczył
go Ropuchowi i po czterech dniach to się udaje. Najlepsza w opowiadanku jest
przyjemność wspólnego oczekiwania kiedy to dwóch zielonych przyjaciół siedzi
obok siebie na ganku, a Ropuch już wie że list jest w drodze i może na niego
czekać z Żabkiem. Zosia podzieliła mój entuzjazm dla nowych bohaterów
wieczornego czytania. Czasem się zastanawiam na ile Osia rozumie czytane przeze
mnie książki? Swój zachwyt lub niechęć ciągle wyraża głównie ponad werbalnie,
oczywiście jestem jeszcze ja: moja interpretacja tekstu, moje emocje - one
także mają wpływ na jej reakcje, ale jestem pewna że książka : „Żabek i Ropuch. Przyjaźń .” skradła
jej serce.
Nasza
przygoda z Żabkiem i Ropuchem ciągle trwa, już kilka razy przeczytałyśmy: „Wszystkie przygody Żabka i Ropucha”-
zebrane i ładnie wydane przez Wydawnictwo Literackie i co także jest pewna
gratką: przetłumaczone (z dostrzegalnym rysem indywidualnym) z języka
angielskiego przez Wojciecha Manna. Podjęłam
już kilka nowych czytelniczych tropów i pewnie na jakiś czas Żabek i Ropuch
powędrują na półkę, ale wrócą ponieważ
sposób w jaki się przyjaźnią przywraca mi nadzieję w ludzi (w żaby z racji
koloru wierzę od zawsze).
„-
Nasze drugie śniadanie jest do niczego- zmartwił się Ropuch. – Przygotowałem je
dla Ciebie, Żabku żeby sprawić Ci przyjemność , żebyś był szczęśliwy. – Ależ
Ropuchu – powiedział Żabek- ja jestem szczęśliwy . A nawet bardzo szczęśliwy.
Dziś rano , kiedy się obudziłem , poczułem się wspaniale , że jestem żabą.
Czułem się wspaniale że jesteś moim przyjacielem. Dlatego też chciałem trochę
pobyć sam, żeby pomyśleć o tym, jak wszystko pięknie się układa. –
Rzeczywiście- podsumował Ropuch – to bardzo dobry powód, żeby pobyć trochę
samemu. – Ale teraz – ciągnął dalej Żabek- już nie chce być sam. Siadajmy do
drugiego śniadania. Żabek i Ropuch zostali na wysepce aż do popołudnia .
Zajadali mokre kanapki bez mrożonej herbaty. I tak sobie siedzieli trochę
osobno, a trochę razem, każdy sam a jednocześnie z przyjacielem.”
(
fragment pochodzi z opowiadania: „Sam”)
Kochana
Zosiu dziękuję Ci za trzy lata wspólnego czytania, mam nadzieję na więcej!
Mama.
PS
Pamiętaj że bez taty i Amelki ani rusz - oni z Tobą tez czytali! :)
Czytelniczy rytuał przejścia: od jesieni przez zimę aż do wiosny.
W recenzji:
Wszystko
zależy od pogody. Późna jesień: Tove
Jansson, Listopad w dolinie Muminków, wyd. Nasza Księgarnia
Zimowy
maraton lektur szkolnych: Wanda
Chotomska, Pięciopsiaczki, wyd. Literatura
Antonii Grabowski, Puc, Bursztyn i goście, wyd. Nasza
Księgarnia
Alina i Czesław Centkiewiczowie, Anaruk i inne
opowiadania, wyd. Nasza Księgarnia
Joanna Papuzińska, Nasza mama czarodziejka, wyd.
Literatura
Maria Kruger, Karolcia, wyd. Siedmioróg
Na wiosnę
najlepsze są stare zwyczaje i starzy znajomi:
Zofia
Stanecka, Troja, historia miasta, wyd. Edukacyjny Egmont
Ewa
Nowak, Edison o wielkim wynalazcy, wyd. Edukacyjny Egmont
Zofia
Stanecka, Basia i biblioteka, wyd. Literacki Egmont
Zofia
Stanecka, Basia i przyjaciele. Titi. , wyd. Literacki Egmont
Wszystko
zależy od pogody. Późna jesień.
W naszym kraju od pięciu do sześciu miesięcy w roku
wieczory są długie, szare i coraz chłodniejsze. Nie jest to żadne wielkie
odkrycie, w zasadzie wiedzą o tym wszyscy, ale wynika z niego że w tym czasie
od godziny szesnastej można mówić o idealnej porze na lekturę. Biorąc pod
uwagę, że Małe chodzi spać o dwudziestej, a Młoda o dwudziestej pierwszej –
istnieją warunki by się porządnie zaczytać. Przynajmniej w teorii istnieją. Wracając
do okoliczności pogody, które w moim domu silnie wiążą się z okolicznościami
czytelniczymi: ostatnia jesień była bardzo oszczędna w środkach wyrazu.
Zazwyczaj malarski październik tym razem nie rozpamiętywał lata, a tonął w ciemnościach.
Na jednej ręce mogę policzyć spacery, kiedy szliśmy wzdłuż rzeki i szurając
butami przedzieraliśmy się przez opadłe liście. Ostatnia jesień była bardziej
bura niż złota. Zimno i wrogość listopada dodatkowo spotęgowała listopadowa
lektura: „Dolina Muminków w listopadzie”. To ostatnia i (jak się później
okazało) najsmutniejsza w dorobku Tove Jansson książka z przygodami trolli.
Pomyślałam że to zrządzenie czytelniczego losu: przeczytać z Młodą na dobranoc
w listopadzie „Listopad w Dolinie Muminków”. To było nasze pierwsze spotkanie z
tym tytułem, naiwnie oczekiwałam jesiennej przygody, posmaku wakacji i rodziny
Muminków dzięki której można przetrwać wszystko - nawet listopad. Moja naiwność
jeszcze nigdy nie okazała się tak zgubna. „Dolina Muminków w listopadzie” jest
esencją umierającego roku, jest skondensowaną treścią listopada. Wszyscy
występujący w tej części serii bohaterowie
są mroczni: histeryczna i podszyta lękiem Filifionka, samotny i zamknięty w
sobie Homek, stwarzający pozory dziarskiego, ale tak naprawdę zagubiony
fajtłapa - Paszczak, stary i zdany na łaskę innych Wuj Truj. Całe to depresyjne
towarzystwo pielgrzymuje do Doliny Muminków po cudowny i niezawodny lek na
swoje duchowe dolegliwości i niestety wszyscy robią to na marne. Dolina
Muminków jest opuszczona, przykryta kurzem i opadłymi liśćmi – trwa w agonii po
Muminkach które ją opuściły. W dziewiątej książce o Muminkach Tove Jansson
dokonała eksperymentu totalnego, opisała stworzony przez siebie świat po wyszarpaniu z niego serca. Amelka po dwóch rozdziałach powiedziała mi że to najsmutniejsza
książka na świecie. Trudno mi było się z nią nie zgodzić, ale nie chciałam
porzucać naszej ukochanej serii, więc po każdej wieczornej lekturze czytałam
jej jeszcze na osłodę jakiś wiersz. Pomogło, dotrwałyśmy do niosącego nadzieję zakończenia,
do łodzi Muminków która majaczy na horyzoncie i niesie po falach całą rodzinę
do brzegu - z powrotem do domu. Dolina Muminków odzyska serce, odetchnęłyśmy z
ulgą.
Rozpracować
zimę.
Pod koniec listopada okazało się, że książka z nazwą
miesiąca w tytule nie musi wcale być remedium na ten miesiąc. Ta konstatacja
trochę rozbiła nasz czytelniczy plan. To nie tak, że po skończeniu dziewięciu
książek o Muminkach, które zorganizowały nam czytelniczy rozkład zajęć od
czerwca do listopada 2016 roku zostałyśmy na lodzie. Nie, w międzyczasie urósł
stosik książek na czytelnicze życie po Muminkach, ale dziwnym trafem po
„Listopadzie w Dolinie Muminków” stał się odległy. Nie wiedziałam co Młodej zaproponować, a i ona nie miała żadnych pomysłów. Należało działać szybko. Zajrzałam do
„Zeszytu lektur” Młodej. To szkolny zeszyt w kratkę do którego Amelka wpisuje
„rysopis” właśnie przeczytanej książki: tytuł, autor i jeszcze własnoręczną
ilustracja. Od kiedy Amelka zaczęła
drugą klasę pisze w nim także prościutkie recenzje, odpowiadające na klasyczne
pytanie: „o czym to było?”. Zeszyt lektur Amelki rozrósł się już na drugi trzydziestodwu kartkowy brulion. Kartkowałam go pokrzepiając się myślą, że
stworzyłyśmy z Młodą przez to wspólne wieczorne czytanie platformę porozumienia.
Te wszystkie tytuły, natchnione nimi rozmowy, ci wszyscy bohaterowie, ich historie,
ich dylematy. Zeszyt lektur Amelki uświadomił mi, że z każdą przeczytaną razem książką jesteśmy sobie bliższe, już zawsze nasze
wewnętrzne biblioteki będą się łączyły. I wtedy z zeszytu wypadła biała kartka
z wykazem lektur szkolnych do pierwszej i do drugiej klasy. Nie to żebym go
wcześniej nie widziała. Pamiętam jak kilkakrotnie obrzuciłam go spojrzeniem i
stwierdziłam, że większość przeczytałyśmy z Młodą zanim jeszcze została
uczniem. No właśnie, większość. Od pewnego czasu czytamy sobie z Amelką swoimi
drogami, pomijając szkolny kanon, a może to błąd? Lektury szkolne w moich
czasach drażniły mnie. Buntowałam się przeciwko nim. Dlaczego mam czytać to co
mi karzą? Dlaczego nikogo nie interesuje co ja czytam z wyboru, no przecież
wybieram! Jestem indywidualistką i ja będę decydowała o umeblowaniu mojej
głowy! Tak sobie myślałam, po latach uważam że głównie z przekory. Następnego
dnia Młoda poszła do biblioteki szkolnej, pierwszy raz nie po to co jej się
spodoba, ale po lekturę.
Zimowy maraton
lektur szkolnych.
Nadrabianie zaległości z listy lektur szkolnych
rozpoczęłyśmy czytając „Pięciopsiaczki” Wandy Chotomskiej. Wcześniej czytałyśmy
„Dzieci pana Astronoma”, regularnie czytamy wiersze tej autorki, ale rzecz o
suczce Balbinie i piątce jej szczeniaków nam umknęła. Młodej tak się historia z
psami w tytule i w temacie spodobała, że wzięła udział w starciu drugoklasistów
na najlepsze odczytanie fragmentu i test z wiedzy o „Pięciopsiaczkach” właśnie!
Kolejne braki warsztatowe, dziwnym trafem także dotyczyły psów. „Puc, Bursztyn
i goście” Antoniego Grabowskiego przypomnieli Amelce jej ulubiony i trochę
zakurzony temat rozmów przy obiedzie: „Mamo /tato, a dlaczego nie możemy mieć
psa?” Sprawa była tym razem o tyle bardziej skomplikowana, że na hasło: pies,
Zosia zaczęła szczekać?! Uświadomiliśmy sobie z Radkiem, że w kwestii psa jest
niebezpieczny remis: dwa dorosłe „nie” na jedno siedmioletnie „Tak” i jedno
dwuletnie, ale zdecydowane „hau”!
W połowie grudnia było zaskakująco biało i mroźnie, a
my czytałyśmy „Zaczarowaną zagrodę” Aliny i Czesława Centkiewiczów. Przygoda
pingwinka Elegancika bardzo nam się podobała, mnie nawet odświeżyła pamięć.
Przypomniałam sobie że opowiadania państwa Centkiewiczów obok „Dzieci z Bullerbyn”
i „Przypadków Robinsona Crusoe” były moją ukochaną lekturą w szkole podstawowej.
Okazuje się że byłam buntowniczką ze słomianym zapałem. Naturalnie nie
poprzestałyśmy na jednym opowiadaniu, zamówiłam w księgarni internetowej cały
tomik i zajmowałyśmy się nim do połowy stycznia. Opowiadania małżeństwa
polarników chociaż zostały napisane osiemdziesiąt lat temu nie zestarzały się,
ciągle fascynują. Grenlandia jest nadal niedostępna i piękna, życie i kultura
Eskimosów budzą szacunek, a ton reportażu połączony z nerwem powieści przygodowej
wciąga. Znowu można pomarzyć: że samemu chciałoby się podróżować, spędzić
sześciomiesięczną zimę w igloo, paść reny, tropić niedźwiedzia polarnego albo
podglądać upiornego szamana.
Niedługo potem Amelka przyniosła jeszcze z biblioteki „Naszą mamę czarodziejkę” Joanny Papuzińskiej – rzecz o tym jak to mama potrafi z niczego zrobić magię. Te kilka opowiadań o mamie trzech chłopaków napisane są bez nadęcia i z wielkim kunsztem. Tytułowa mama nie ma żadnych spektakularnych talentów, po prostu kiedy trzeba zaszyje olbrzymowi dziurę w koszulce, a kując go przypadkiem igłą zrzuci czar i nadętego wielkoluda przemieni w zwyczajnego chłopca. Ponad to potrafi uspokoić płaczący księżyc - okazuje się że kawałek ciasta śmiało może zastąpić ubity rożek. Mamie czarodziejce nie straszna jest też spontaniczna przepierka - kiedy musi wypierze chmurkę burzową zmieniając ją w biały obłoczek. Nie ma w „Naszej mamie czarodziejce” niczego nadzwyczajnego, pewnie dlatego każdemu (nawet dorosłemu) dziecku przypomni czary jego własnej mamy. „Nasza mama czarodziejka” świetnie kataloguje cechy każdej przeciętnej i przypadkiem potrafiącej czarować mamy. Pozycja uświadamiająca dzieci i bardzo budująca dla mam!
Niedługo potem Amelka przyniosła jeszcze z biblioteki „Naszą mamę czarodziejkę” Joanny Papuzińskiej – rzecz o tym jak to mama potrafi z niczego zrobić magię. Te kilka opowiadań o mamie trzech chłopaków napisane są bez nadęcia i z wielkim kunsztem. Tytułowa mama nie ma żadnych spektakularnych talentów, po prostu kiedy trzeba zaszyje olbrzymowi dziurę w koszulce, a kując go przypadkiem igłą zrzuci czar i nadętego wielkoluda przemieni w zwyczajnego chłopca. Ponad to potrafi uspokoić płaczący księżyc - okazuje się że kawałek ciasta śmiało może zastąpić ubity rożek. Mamie czarodziejce nie straszna jest też spontaniczna przepierka - kiedy musi wypierze chmurkę burzową zmieniając ją w biały obłoczek. Nie ma w „Naszej mamie czarodziejce” niczego nadzwyczajnego, pewnie dlatego każdemu (nawet dorosłemu) dziecku przypomni czary jego własnej mamy. „Nasza mama czarodziejka” świetnie kataloguje cechy każdej przeciętnej i przypadkiem potrafiącej czarować mamy. Pozycja uświadamiająca dzieci i bardzo budująca dla mam!
Tak oto pod koniec stycznia zimowy maraton czytania
lektur szkolnych zahaczył o nasz domowy
stosik. Wśród „książek na zaś” znalazła się jak najbardziej
rekomendowana przez szkołę: „Karolcia” Marii Kruger. Z „Karolcią” od początku
miałam problem, przygody drobnej dziewięciolatki z równo przystrzyżoną grzywką
nie zainteresowały mnie. Moje główne zastrzeżenia to: anachronizmy na poziomie
języka i samej warstwy fabularnej. Nie potrafiłam się odnaleźć w świecie małej
bohaterki, był dla mnie zbyt odległy, toporny - w rezultacie nie ciekawy.
Amelce spodobała się historia błękitnego koralika który spełniając życzenia
blednie, a za śladami jego magicznego oddziaływania jak złowrogi cień podąża
czarownica Filomena. Nie zawsze jesteśmy z Młodą jednomyślne co do czytanej
książki, ja bardzo się ucieszyłam kiedy przezroczysty koralik zamienił się w
kropelkę rosy a historia się skończyła. Amelka czuła niedosyt.
PS. Jeszcze jej nie powiedziałam o drugiej części
przygód Karolci! Oj tam, może zapomni.
Na wiosnę
najlepsze są stare zwyczaje i starzy znajomi.
W marcu tętno zimy słabnie, wszyscy już wiedzą co
oznacza rzęsisty deszcz po którym za chmur wychyla się słońce, albo rodzina
wróbli zażywająca kąpieli w kałuży. Robi się coraz cieplej i jaśniej. Po
obiedzie zmywam i rozmawiamy z Amelką kiedy będzie można wyciągnąć z piwnicy
rower. Jeszcze trochę, już niedługo. Póki co wycieram talerze, a Młoda czyta mi
na głos nowe, świeżo wydane: „Czytam
sobie” od wydawnictwa Egmont
Edukacyjny. Głośne marcowe czytanie zaczynamy z: „Troją, historią upadku miasta”. Seria wydawnicza „Czytam
sobie” jako pomoc dydaktyczna od lat bardzo mi imponuje. Nie jeden tytuł
Młoda już przegłoskowała, przesylabizowała i wreszcie przeczytała. Po „Figlach
w fokarium” postanowiła że zostanie przyrodnikiem - decyzja cały czas aktualna.
Po „Historii pewnego statku” rozmawiałyśmy o Titanicu wiele razy, obejrzałyśmy
filmowy dokument i wyszukiwałyśmy w Internecie jeszcze więcej informacji dotyczących tego najbardziej
pechowego transatlantyku. Wyobrażam sobie zachwyt Amelki jak dowie się o
filmowej adaptacji tej historii. Chcę przez to powiedzieć, że chociaż uważam
się za człowieka o bogatej wyobraźni, to nie przyszło mi do głowy że sama nauka
czytania może być tak bardzo inspirująca. Książki z tej serii traktują o:
sławnych ludziach, wydarzeniach historycznych i sportowych czy historiach wynalazków. Zamysł idealny: połączyć temat przez
wielkie „T” z czytelnym programem uczącym i stopniowo doskonalącym umiejętność czytania. Na
sukces tej serii składa się także bogata szata graficzna - zawsze innego autorstwa oraz przejrzysta i nieskomplikowana
mapa postępowania z książeczką. Po
pierwsze: na skrzydełkach są informacje o autorach tekstu i ilustracji. Te mini
życiorysy przełamują barierę pomiędzy:
„podręcznikiem” i jego małym adeptem. Dzięki zdjęciom i biografiom ich
autorów widać że nie jest to tylko mądra i anonimowa księga - ten kto ją
napisał i zilustrował zyskał buzię , uśmiecha się - mówi o sobie. Po drugie: na wewnętrznej stronie
okładki są wskazówki od eksperta, czyli od kogoś kto zna się na temacie
poruszanym w konkretnym „Czytam sobie”.
Po trzecie i najważniejsze: tekst. Czasem
zabawny, czasem napisany obrazowym językiem, ale prostymi słowami, a czasem
trudny, ale rozwijający. Taka jest właśnie: „Troja historia upadku miasta”, ale o tym za chwilę, ponieważ jest
jeszcze po czwarte: dyplom sukcesu i
sześć naklejkowych stempli. O tym jak ważna jest dla dziecka nagroda za jego
trud, wie każdy rodzic.
I odwieczne marzenie - wymyślić pełnowartościową nagrodę, żeby to nie była: kreskówka w telewizji, albo batonik?! Dyplom sukcesu udowadnia, że taka nagroda istnieje – cenniejszą wartością niż cukier i telewizja jest uznanie.
I odwieczne marzenie - wymyślić pełnowartościową nagrodę, żeby to nie była: kreskówka w telewizji, albo batonik?! Dyplom sukcesu udowadnia, że taka nagroda istnieje – cenniejszą wartością niż cukier i telewizja jest uznanie.
Do rzeczy.
Kiedy słucham jak Amelka czyta „Troję, historię upadku miasta” , to cieszę się że nie jest to jej
pierwszy kontakt z mitologią grecką. Jakiś czas temu przeczytałyśmy razem „Moją
pierwszą mitologię” Katarzyny Marciniak, dzięki czemu wspomnienia topografii
boskiego Olimpu i świata starożytnych Greków ciągle są w pamięci Młodej świeże.
Imiona bogów, ich nadzwyczajne umiejętności, ale i ludzkie pasje nie są dla
Amelki obce. To duże ułatwienie, kiedy mierzy się z historią wojny trojańskiej,
a dzieje tego sporu do łatwych nie należą. Zofia Stanecka snuje wątki znane z
„Iliady” Homera jak snuje się bajkę: przedstawia bohaterów, ich charakterystykę
i dwa plany ich aktywności - boski i ludzki. Chociaż plany są dwa to ciągle
łączą i kłócą się ze sobą, bez siebie zdają się nie istnieć. Bogowie knują
intrygi, a ludzie stają się ślepymi wykonawcami ich woli, ale nieśmiertelni
mieszkańcy Olimpu nie są doskonali- wystarczy znać ich słabości, umiejętnie
łaskotać ich pychę by tracili rozum i angażowali swoje siły w ludzką wojnę.
Okrutny i pociągający jest starożytny świat, uświadamiam sobie to za każdym
odczytaniem mitów i wydaje mi się że podobne refleksje towarzyszyły Amelce
kiedy czytała sobie o Troi. – Mamo,
tata Parysa porzucił go na pastwisku tylko dlatego ze jego żona miała zły sen?!
- Pyta Młoda, a w jej głosie czuje się irytację. Rozmawiamy o wadze snu dzisiaj
i dawno temu – kiedy to otaczający świat wydawał się człowiekowi ogromny i do
szpiku kości przerażający. – To oni traktowali sny tak bardzo poważnie?! -
Młoda ciągle nie może uwierzyć. – Najpoważniej na świecie, trochę jak mmsy od
Bogów. – Patrzy na mnie i widzę że ten argument powoli do niej dociera, potrafi go sobie wyobrazić.
Ogromny zastrzyk z wielką srebrną igłą,
tak wygląda mit. Może wystraszyć, ale jest też zupełnie nowym doświadczeniem
dla wyobraźni dziecka. Mit jest mroczniejszy od baśni, dlatego że opisuje
pierwotną ludzką wyobraźnię, jest informacją z przeszłości, wiadomością z
czasów tak odległych że aż olśniewających. W tym miejscu warto się pochylić nad
ilustracją tego przekazu. Piotr Fąfrowicz odtworzył mit zapisany na grackich
wazach, na grafikach z podręczników do historii sztuki. Oczywiście to nie jest temat przerysowany w
skali jeden do jednego, jego wyobrażenie antycznego świata krystalizuje się w
przestrzeni. Wszystko dzięki pastelom i narracyjnemu potencjałowi jego
ilustracji. Okazuje się że można narysować pojedynek spojrzeń, zapisać chwile
tuż przed walką. Twarze Hektora i Achillesa, siła ich wyrazu - a za kurtyną
wyobraźnia dorysowuje bogów bawiących się ich losami jak gra się w karty.
Bogowie i herosi zostali odtworzeni - mają twarze i ciała na których pojawia
się cały wachlarz emocji: od strachu i niepewności po odwagę, wolę zwycięstwa i
ból porażki. Nad wszystkim rozciąga się wspomniany romantyzm pastelowych
landszaftów: kiedy Grecy rozbijają obóz pod Troją, albo kiedy niebieska boginka
płynie na turkusowej rybie po błękitnych wodach, albo kiedy indziej wreszcie: w
zatrzymanym kadrze z uczty weselnej – nie wiadomo kto jest bogiem, a kto
rybakiem, wszyscy jednakowo piękni i nieobecni. Szata graficzna Piotra Fąfrowicza
to najbardziej pobudzający zamysł graficzny dla książki dla dzieci z jakim się
ostatnio spotkałam. Odważny, niezinfantylizowany, inspirujący.
Po kilku dniach, w atmosferze ciągłej dyskusji, Amelka
kończy lekturę „Troi historii upadku
miasta” by spotkać się z bardziej współczesnym bohaterem. Czytam sobie: „Edison. O wielkim wynalazcy” Ewy Nowak z ilustracjami Agaty Kopff, dało mi do myślenia. Amelka czytała, otwierała coraz
szerzej oczy, pytała, albo wybuchała śmiechem – a ja zastanawiałam się jak to
możliwe że Thomas Alva Edison nie został jeszcze bohaterem amerykańskiego
serialu? Spełnia wszystkie kryteria, jego długie życie kipi od: zdarzeń,
pomysłów, ciągłych eksplozji geniuszu. Chłopiec który nie potrafił znaleźć
sobie miejsca w szkole, który żył dla przeprowadzania eksperymentów: począwszy
od próby wysiedzenia jaj, a skończywszy na założeniu pierwszego na świecie
instytutu badawczego, mógłby być idolem dzisiejszej młodzieży. Tomasz łączy w
sobie to co najbardziej pociągające dla młodych ludzi: kreatywność i
niespotykaną oryginalność! Jak słusznie zauważyła autorka – Edison był
ekstremalnie pracowity, jego metoda eliminacji była żmudna, wymagała
absolutnego oddania się pracy, ale opłaciła się. Edison swoimi wynalazkami
zrewolucjonizował ludzkie życie. Udoskonalił: żarówkę, telefon i telegraf.
Wymyślił między innymi: chłodziarkę, kombajn zbożowy, projektor filmowy,
dyktafon, a nawet nie przyklejające się do cukierków papierki! Przy tym nie był
aniołkiem, wymagał od siebie i swoich pracowników totalnego zaangażowania, nie lubił
tracić czasu i święcie wierzył że cztery godziny snu mu wystarczają. Kiedy
stracił słuch na skutek wypadku w laboratorium, nie przejął się - jak wiadomo
cisza sprzyja myśleniu! Kiedy czyta się o tak nieprzeciętnej osobie jak Thomas
Alva Edison, przyjemnością jest sama lektura – Młoda zapomniała nawet o
dyplomie sukcesu. – Mamo, a przeczytasz mi o Edisonie jeszcze raz wieczorem?-
Naturalnie że przeczytałam, sama nie mogłam się oprzeć!
Niekończący
się i nie nudny- happy end.
Czytanie bajek, baśni czy innych szeroko pojętych
historii dla dzieci ma jeden nadrzędny cel: szczęśliwe zakończenie. Nie ważne
czy jest to rzecz o rycerzu, księżniczce, o super bohaterze czy o Koniku Pony,
musi się dobrze kończyć. Szczęśliwe zakończenie jest odwiecznym marzeniem ludzi,
to co nie zawsze udaje się w rzeczywistości ziszcza się w książkach dla dzieci.
Pod płaszczem mądrej, dobrze skonstruowanej i dobrze się kończącej historii
można się poczuć bezpiecznie. Są jeszcze inne historie, takie które dobrze się
nie kończą, ale te zazwyczaj czyta się później - kiedy już zbuduje się w
dziecku poczucie bezpieczeństwa. Mamy w domu piętnaście książek o Basi. Zaczęłyśmy
czytać Basię jak Młoda miała cztery lata, teraz Młoda ma siedem i pół i dalej
czytamy.
- Mamo ile lat ma Basia?
- Nie wiem, a dlaczego pytasz?
- Bo ona cały czas chodzi do przedszkola, a ja
myślałam że Basia jest ode mnie starsza!?
Tak oto Młoda odkryła sekret Basi. Basia nie jest
tylko bohaterką ciepłej serii o życiu sympatycznej dziewczynki i jej rodziny,
Basia jest symbolem. Basia symbolizuje szczęśliwe dzieciństwo, świat zbudowany
na solidnych fundamentach kochającej się rodziny. To wcale nie znaczy że świat
Basi jest przesłodzony czy kiczowaty. Nie, świat Basi to świat prawdziwych
dzieci, prawdziwych rodziców i prawdziwych problemów tylko opowiedziany jest
tak aby nie burzyć spokoju dziecięcego czytelnika.
„Basia i przyjaciele. Titi” to najbardziej terapeutyczne z
opowiadań o Basi. Titi pochodzi z Haiti, domyślamy się że do Polski przyjechał
po powodzi która zniszczyła prawie całą wyspę. Titi jest delikatny, jego
poczucie bezpieczeństwa zostało załamane przez traumatyczne doświadczenia.
Rodzice: mama Julia i tata Rafał próbują go chronić, a chłopiec jest jak gąbka.
Chłonie otaczający do świat, który wizualizuje mu się w postaci kolorów.
Kolorami są słowa wypowiadane przez rodziców do niego i kolorami jawi mu się
otaczająca go rzeczywistość. Kolorowe są też ilustracje Marianny Oklejak, która
podąża z chłopcem. Kiedy Titi jest z rodzicami, albo z dziećmi na placu zabaw
ilustracje rozbłyskują feriami nasyconych światłem kolorów. Kiedy Titi zderza
się na ulicy z ksenofobem wykrzykującym nienawistne hasła, cała strona tonie w
mroku. Resztę historii kradnie Basia, ponieważ ma wielkie empatyczne serce i to
ona natchnie wszystkich dorosłych i dzieci na placu zabaw do okazania sobie
nawzajem zrozumienia, do utworzenia wokół Titiego „kokonu z ramion”. Myślę że to
celowy zabieg: zatrzymanie czasu, uczynienie z Basi wiecznej kilkulatki,
wiecznego przedszkolaka. W tym ograniczonym ramami świecie wszystko można ułożyć, naprawić, oswoić -
uczynić bezpiecznym i ładniejszym. Oczywiście wszystko dla dzieci, dla ich uśmiechu.
Kiedy byłam dzieckiem biblioteka wcale nie kojarzyła
mi się z książkami, tylko z kurzem i jeszcze z nudą. Na szczęście od kilku lat obserwuje się modę na wpuszczanie
do bibliotek życia i dzieci. Pamiętam jak pierwszy raz pojechałam z Młodą do
naszej największej miejskiej biblioteki.
Ładnie się ubrałyśmy, jechałyśmy autobusem, wypożyczyłyśmy świetne książki,
Amelka bawiła się z innymi dziećmi zabawkami w „zabawowym kąciku”, a na koniec
napiłyśmy się soku w bibliotecznej kawiarence. Młoda długo wspominała tą
wyprawę, a potem chodziłyśmy do bibliotek już regularnie i chociaż w tych mniejszych
osiedlowych bibliotekach nie było już kawiarenki ani zabawek, dla Młodej
biblioteka stała się ważna i raczej nie kojarzyła jej się z nudą. „Basia
i biblioteka” przybliża edukacyjny aspekt wyprawy do biblioteki. Po co się
chodzi do biblioteki, kogo można tam spotkać i czy w bibliotece można tylko
czytać książki? Na te i inne pytania odpowiada najnowsza historia z przygodami
Basi. Podoba mi się pomysł przekształcenia
biblioteki z magazynu do przechowywania i wypożyczania książek w miejsce
przyjazne inicjatywie, w miejsce gdzie odbywają się warsztaty artystyczne,
gdzie można spotkać swojego ulubionego pisarza. Oczywiście do Basi uśmiechnie
się los i wybierze się na warsztaty do biblioteki, gdzie pozna panią Różę
Marcinek, autorkę swojej ulubionej książki o „Czwartej Śwince”.
Cały kwiecień i początek maja spłynęły deszczem. Myślę
sobie, że taka pogoda natchnęła wielu czytelników do wizyty w bibliotece. Razem
z Amelką chętnie wybrałybyśmy się na spotkanie z autorkami Basi, kto wie może kiedyś zawitają w nasze strony?
W maju.
W maju bywa zimno jak w marcu, z tą różnicą że od
wakacji dzieli nas już tylko osiem tygodni. Jeśli na horyzoncie wakacje - to my
czytamy serię, ale o tym już w następnych Lekturach Honoratki.
Spotkanie dwudzieste siódme: Wszystkie wakacyjne przygody literackie i ich okoliczności.
W recenzji: Tove Jansson: „Lato Muminków”;
”W Dolinie Muminków”;” Małe Trolle i duża powódź”; ”Pamiętniki Tatusia Muminka”
i „Kometa nad Doliną Muminków”, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.
A
także: Tove Jansson, „Córka rzeźbiarza”,
wyd. Marginesy, Warszawa 2016.
Chaos w głowie i morze.
Dwa
lata oczekiwania na wakacje. Ciąża, remont, Zosia, przeprowadzka, początek
roku, rok szkolny, choroby, jesień, jesień łamana przez zimę, wiosna, zmęczenie
i już prawie są. On już prawie jest. Jedziemy całkiem symbolicznie przez cały
kraj, autostradą oddzieloną parawanami od świata, albo wąskimi drogami przez
las, przy wrzosowisku, obok rybnych stawów, obok domków z coraz bardziej
szpiczastymi dachami. Jedziemy po odświeżonym marginesie, przez peryferie.
Jedziemy i gramy: „w jedzie pociąg naładowany na literkę..”, albo w rymowanki
gramy, albo w nic nie gramy i mamy postój na bułkę, na siku, na zmianę
pieluszki, na haust przegotowanego powietrza, którym wcale nie da się
oddychać. Lepiej smakuje to ostudzone, powietrze z samochodowej klimatyzacji. Dojeżdżamy
nocą i chociaż jeszcze go nie zobaczyliśmy bo zbyt zajęci jesteśmy
wypakowywaniem walizek, przygotowaniem kolacji, wieczornej butelki i układaniem
dzieci do snu - to już wiemy że jesteśmy tam gdzie chcieliśmy od dwóch lat być,
że teraz będzie inaczej, że odpoczniemy. Tak musi się stać, przecież nawet woda
w kranie smakuje inaczej. Następnego dnia po śniadaniu wychodzimy. Idziemy chwilę
przez ten charakterystyczny las, a raczej bór. Bór bo rymuje się z dziur, jest
w nim wiele pustych miejsc, od jednej karłowatej sosny do drugiej, albo od
brzozy do brzozy. Mieszczą się tam ogromne dziury wypełnione tylko powietrzem i
mchem. Czasem dziurę wypiętrza i staje się małym pagórkiem. Potem las kończy
się wydmą, a leśna ścieżka drewnianą kładką- pomostem między nami i nim.
Jeszcze kilka kroków. Już
jest. On. Bałtyk. Tego ranka jest zamglony i idealnie szary, chociaż wszystko w
nim się może zmienić z godziny na godzinę, a turyści wydeptują wzdłuż niego
dróżki jak niekończąca się pielgrzymka kaczek. Jesteśmy zachwyceni. Cisza nie
może trwać za długo, bo Małe wydaje z siebie zupełnie piękne Oooo przechodzące
w Uuuu, a Starsze musi się upewnić czy może zamoczyć w Nim palce, stopy, łydki,
kolana, brzuch, ramiona i wszystkie włosy na całej głowie, ale i tak jesteśmy
zachwyceni. On taki jest, on tak działa. I chociaż potem z jego piaszczystego
ciała rodzą się niedopałki papierosów i papierki po Knoppersach to już nic nie
jest ważne bo jesteśmy pod jego urokiem. I tak już będzie przez całe następne
dwa tygodnie.
Przez
pierwszy tydzień zwalniam. Jestem w tym gorzej niż przeciętna. Boję się, że
oduczę się bieganiny z wózkiem, gotowania zupek na czas, zamartwiania się,
jazdy autobusem. Boję się że oduczę się wszystkiego co muszę umieć żeby sobie
radzić. Radzenie sobie połączone z radzeniem sobie z własnymi myślami ciągle
jest dla mnie trudne, ciągle robię to tak sobie, dostatecznie może, no chyba że
trwa karnawał katastrof. Ale wreszcie znajduję mały żółty bursztyn, taki okruch
z bursztynu, potem po raz pierwszy stopy toną mi w ruchomych nadmorskich
piaskach, w których Amelka dodatkowo jeszcze odkrywa malusieńki gejzerek i już
wiem że wszystko co pozwala mi przetrwać kiedy nie jestem nad morzem - znika. I wreszcie jest ten dzień kiedy jest gorąco,
ale On nie pozwala nam się zmęczyć temperaturą i właśnie wtedy pływam pierwszy
raz, pierwszy raz od dwóch lat. Zielona
woda zjadła mi nogi, brzuch i plecy. Teraz wlewa się do uszu i myślę , nie już
nie myślę staram się tylko unosić. Bawimy się z Amelką w „trupa na wodzie”, ja
wygrywam, ona nie bo ma kółko ratunkowe. Nic już nie pamiętam, trzeba będzie
uczyć się radzenia sobie od początku.
Chaotyczna metoda czytania i „ Pamiętniki
Tatusia Muminka”.
Nad
morzem zaczynamy czwarty tomik „Muminków”. Czytamy nie chronologicznie, dlatego
ciągle napotykamy na jakieś niespodzianki, rodzina Muminków kurczy się to
powiększa, mają miejsce dziwne i czasem trudne do wyobrażenia retardacje
czasowe. Muminek jest mały i idzie z mamą za łapkę w świat żeby odszukać
tatusia, za chwilę jest powódź, potem kolejna powódź, potem pływający teatr, o
którym nie od początku wiadomo że jest teatrem. Są duchy, te które naprawdę są
duchami i starają się złowieszczo zawodzić i te które mają ambicję być duchami,
chociaż bardziej są żywą skarbnicą wiedzy. Można znaleźć kapelusz który ma
kilka nadprzyrodzonych właściwości i przemiana wody w sok malinowy jest w tej
kwestii zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Po morzu przemykają łódeczki wypełnione zahipnotyzowanymi żeglugą poszukiwaczami
burz (lepiej nie tykać się ich barometru), a w domu gości można odkryć w
szufladzie bieliźniarki. Są to goście niezwykli, należy wspomnieć że potrzebują
tłumacza, mają tajemnicę i znaleźli skarb – to pierwsze ewidentnie łączy się z
tym drugim, a żeby tego było mało ich śladem ktoś podąża. Ktoś bardziej niż
przerażający, ktoś kogo imienia dzieci jak byłam mała używały jako synonim
wszystkiego co Najstraszniejsze. To przygodowe poplątanie dzieje się oczywiście
za sprawą Młodej i mnie. Pod koniec czerwca postanowiłam, że jako prawie
trzydziestodwuletnia osoba z Młodą u boku stawię czoło Buce razem z kagankiem
Doliny Muminków. Tak Dolina Muminków wtedy była tłem. Tłem dla radośnie
śpiewanej przez Wiktora Zborowskiego czołówki o Buko horrorze. Tyle z Muminków
zostało mi we wspomnieniach: klimat niepokojących tajemnic, gęsia skórka,
fioletowa góra strachu o wiecznie zaciśniętych zębach i wesoła ( nie wiedzieć
czemu melodyjka). Do odważnych świat należy, kupiłam na koniec roku szkolnego
(dla siebie) i dla Amelki „Lato Muminków”. I się zaczęło, przepadłyśmy -
czytamy już od czterech miesięcy i ja osobiście się trochę boje że za cztery książki to się skończy. Ale nie o
tym miało być, miało być
o chaotycznej metodzie czytania. Metodą rządzi przypadek, kiedy skończyłyśmy czytać „Lato Muminków” przeczytałam Amelce pozostałe osiem tytułów i ona wybrała ten który najbardziej jej się spodobał. A może Amelka myślała że jeśli przeczytamy „W dolinie Muminków” to bohaterowie i okoliczności ich przygód przestaną być aż tak bardzo zagadkowe? To oczywiście nie może się stać, bo jeśli nawet siedzi się w zagajniku i przygląda Królewskiemu Rubinowi, albo (co mnie zaskoczyło najbardziej!) jeśli istnieje sposób na dogadanie się z Buką i co jeszcze dziwniejsze Buka sama potrafi mówić!? (W wieczorynce z Muminkami w temacie nikt o tym nawet nie pisnął!) To i tak na koniec pojawia się Czarnoksiężnik, najpierw będzie białą myszą z czerwonymi oczami, potem urośnie do wielkości domu Muminków, zje kilka naleśników z konfiturami i zapragnie odkupić od Topika i Topci cudowny rubin. Oni się oczywiście nie zgodzą i zacznie się wielkie czarowanie. Czarnoksiężnik spełni po jednym życzeniu każdego mieszkańca Doliny Muminków. A kiedy macha połami peleryny spełniają się rzeczy dziwne. Czy tęsknota która zmienia się w oczekiwanie, albo bogata oprawa dla pamiętników Tatusia, albo stół z pysznościami który popędzi za Włóczykijem gdziekolwiek on jest , to normalne i spotykane w każdej bajce czarowanie? (NIE!!) I czy po takim czarowaniu można poczuć że jakkolwiek zrozumiało się misterium Doliny Muminków? Nie i ten dylemat nie rozwiał się także po lekturze : „Małych Trolli i wielkiej podróży”, „Pamiętników Tatusia Muminka” ani za sprawą obecnie czytanej „Komety nad Doliną Muminków”. Może to przez ten chaos w metodzie czytania, zapyta ktoś. Może, odpowiem, tym bardziej że zauważam że skoki w czasie mogą stanowić pewną trudność słuchającemu dziecku. My z Młodą często przerywamy lekturę żeby wyjaśnić sobie liczne niewiadome, dla przykładu: dlaczego Ryjek był Ryjkiem w „Dolinie Muminków”, a jest Małym Zwierzaczkiem w „Małych Trollach i dużej powodzi”, żeby potem być znów Małym Zwierzaczkiem Ryjkiem w „Komecie nad Doliną Muminków”. Trochę to wszystko skomplikowane, ale daje dużo radości, którą można chyba porównać z fascynacją archeologa odkrywającego zabytki poprzednich kultur. No tak, dłubiemy w Muminkach. Podobno Tove mówiła o swojej pracy: „klecenie”, my czytając Muminki z pasją - dłubiemy w Muminkowej tajemnicy stworzenia.
o chaotycznej metodzie czytania. Metodą rządzi przypadek, kiedy skończyłyśmy czytać „Lato Muminków” przeczytałam Amelce pozostałe osiem tytułów i ona wybrała ten który najbardziej jej się spodobał. A może Amelka myślała że jeśli przeczytamy „W dolinie Muminków” to bohaterowie i okoliczności ich przygód przestaną być aż tak bardzo zagadkowe? To oczywiście nie może się stać, bo jeśli nawet siedzi się w zagajniku i przygląda Królewskiemu Rubinowi, albo (co mnie zaskoczyło najbardziej!) jeśli istnieje sposób na dogadanie się z Buką i co jeszcze dziwniejsze Buka sama potrafi mówić!? (W wieczorynce z Muminkami w temacie nikt o tym nawet nie pisnął!) To i tak na koniec pojawia się Czarnoksiężnik, najpierw będzie białą myszą z czerwonymi oczami, potem urośnie do wielkości domu Muminków, zje kilka naleśników z konfiturami i zapragnie odkupić od Topika i Topci cudowny rubin. Oni się oczywiście nie zgodzą i zacznie się wielkie czarowanie. Czarnoksiężnik spełni po jednym życzeniu każdego mieszkańca Doliny Muminków. A kiedy macha połami peleryny spełniają się rzeczy dziwne. Czy tęsknota która zmienia się w oczekiwanie, albo bogata oprawa dla pamiętników Tatusia, albo stół z pysznościami który popędzi za Włóczykijem gdziekolwiek on jest , to normalne i spotykane w każdej bajce czarowanie? (NIE!!) I czy po takim czarowaniu można poczuć że jakkolwiek zrozumiało się misterium Doliny Muminków? Nie i ten dylemat nie rozwiał się także po lekturze : „Małych Trolli i wielkiej podróży”, „Pamiętników Tatusia Muminka” ani za sprawą obecnie czytanej „Komety nad Doliną Muminków”. Może to przez ten chaos w metodzie czytania, zapyta ktoś. Może, odpowiem, tym bardziej że zauważam że skoki w czasie mogą stanowić pewną trudność słuchającemu dziecku. My z Młodą często przerywamy lekturę żeby wyjaśnić sobie liczne niewiadome, dla przykładu: dlaczego Ryjek był Ryjkiem w „Dolinie Muminków”, a jest Małym Zwierzaczkiem w „Małych Trollach i dużej powodzi”, żeby potem być znów Małym Zwierzaczkiem Ryjkiem w „Komecie nad Doliną Muminków”. Trochę to wszystko skomplikowane, ale daje dużo radości, którą można chyba porównać z fascynacją archeologa odkrywającego zabytki poprzednich kultur. No tak, dłubiemy w Muminkach. Podobno Tove mówiła o swojej pracy: „klecenie”, my czytając Muminki z pasją - dłubiemy w Muminkowej tajemnicy stworzenia.
A
teraz kolejny skok w czasie, znowu jesteśmy nad morzem i czytamy „ Pamiętniki
Tatusia Muminka”. Czytam
o narcystycznej osobowości Tatusia Muminka i nie mogę się nie uśmiechać.
Urodzony w sierpniu sympatyczny geniusz
(co wcale nie jest oczywiste w przypadku wybitnych osobowości), zostaje podrzucony
w papierowej torbie do domu sierot. Takie okoliczności szumnie zapowiadają, że
żywot Tatusia Muminka to nie żadna popołudniowa herbatka tylko prolog do
wielkich przygód. Wszystko co zostaje nam obiecane, spełnia się. Całe
Pamiętniki pełne są pasji, młodzieńczych przyjaźni, podroży, przedziwnych
spotkań, ryzyka i kilku nutek melancholii (jak wiadomo kwaśne i ostre przyprawy
idealnie dopełniają smak potraw) - reasumując: „Pamiętniki Tatusia Muminka” mogą
być odczytywane jako alegoria młodości. Ale oprócz zaokrąglonych znaczeń, jest
w Pamiętnikach wiele nietuzinkowych spostrzeżeń opisujących charaktery i
osobowości: Muminków, Mibli, Joków, Paszczaków, Gryzilepków, Wiercipiętków i
Frediksona. Wszystkie one rozważane i smakowane powoli pogłębiają perspektywę z
której obserwuje się życie na co dzień. I tylko wstyd czytającej mamie że swoją
pasję czytania z córką od lat spłaszcza
do: czytania bajek. To się już nie powtórzy, nie po jednym z wielu cytatów,
które ujmują nienachalną mądrością.
„Kiedy
Fredikson przyszedł o świcie zastąpić mnie przy pracy (sterze), wspomniałem mu
mimochodem o zadziwiającym, całkowitym braku zainteresowania otoczeniem jakie
przejawia Jok.
- Hm- Zastanowił się Fredikson. - A może wręcz przeciwnie, wszystko go obchodzi tak sobie w miarę.
- Hm- Zastanowił się Fredikson. - A może wręcz przeciwnie, wszystko go obchodzi tak sobie w miarę.
Nas
obchodzi wyłącznie jedno: ty chcesz być, ja chcę coś robić, mój bratanek chce
mieć. A Jok tylko żyje. - E tam- powiedziałem. Żyć każdy potrafi. - Hm- odparł
Fredikson. A potem pogrążył się jak zwykle w milczeniu, z nosem w swoim
brulionie. (…) niemniej postawa Joka wydaje mi się w jakimś sensie nonszalancka.
Mam na myśli, to o czym mówiliśmy : że się tylko żyje. Przecież żyje się i tak,
niezależnie od wszystkiego. Według mnie chodzi o to, żeby mnóstwo ważnych,
bardzo istotnych rzeczy, które każdego z nas stale otaczają umieć przemyśleć,
przeżyć, zdobyć. Tyle jest najrozmaitszych możliwości, że włos mi się jeży na
karku gdy o nich pomyślę. A w samym środku tego wszystkiego siedzę ja - i
jestem najważniejszy.” (Tove Jansson:
„Pamiętniki Tatusia Muminka” str.92, 93)
A
samym środku tego wszystkiego, w samym środku „Pamiętników Tatusia Muminka”
siedzimy na plaży i żegnamy się z Morzem. Rozstanie wisi w powietrzu dlatego
trudno biegać po wodę z wiaderkiem, pływać trudno i wystawiać buzię do słońca
też trudno - cały obrządek pożegnania staje się toporny, jakby wyreżyserowany.
I wtedy dzieje się coś wspaniałego, rozglądam się i dookoła nie ma ludzi.
Zniknęli. Zamiast nich są Oni. Po prawej za parawanikiem para Paszczaków w
nieokreślonym wieku, on ma przyklejony na ślinie do nosa listek. Biorąc pod
uwagę wielkość jego nochala, to chyba liść palmy. Tylko gdzie nad Bałtykiem
rosną palmy? Brzegiem właśnie przechadza się pielgrzymka poszukiwaczy
bursztynów. Na czele okrągła Mimbla, a za nią tuzin Mimblątek. Niby każde
inaczej ubrane i nigdzie nie wystają im równiutko pozapinane guziczki, ale i
tak są do siebie podobne. Może to przez wspólne, nadmorskie tło? Amelka mówi że
to kolonia, że jest pewna, bo zna się na koloniach. Małe nic nie mówi, ale
gdyby go nie trzymać za falbankę przy kąpielówkach chętnie dołączyłoby do spacerowiczów.
Tak Małe ma coś z Mimblów, nigdy nie wiadomo czego można się po nim spodziewać.
Wracając do domku spotykamy jeszcze ślicznie uczesaną Pannę Migotkę, poprawia
zloty klapek na stopie. Uśmiechamy się, teraz łatwiej będzie przejechać całą
Polskę w drodze powrotnej.
W domu.
W
domu jest już jesień. Muminki ciągle są blisko, czytamy „Kometę nad doliną
Muminków” i wyglądamy na kuriera, który ma przywieźć „Opowiadania z Doliny
Muminków” (tak wybrała Młoda, powodowana tylko sobie znanymi motywami). Ja sięgam
po: „Córkę rzeźbiarza” i z ogromną przyjemnością pozwalam się dalej uwodzić i
hipnotyzować małej dziewczynce, która z upodobaniem opowiada mi bajki. Bohaterami
jej bajek są artyści. Artystami są tata i mama, ona sama jest artystką, a nawet
ich służąca jest artystką, musi być, przecież tylko artyści wkradają się w nocy
do parku żeby narwać bukiet czeremchy. Artyści z bajek głównie są. Starają się
to robić jak najładniej no i jeszcze tworzą. W pocie czoła powstają: rzeźby,
ilustracje do książek oraz spotkania towarzyskie gdzie barwni artyści
współtworzą niepowtarzalną atmosferę. Narratorka - dziewczynka, sama artystka
tworzy najwięcej, jej udziałem są dopiero co powołane do życia : nowiutkie
emocje, fałszywe bogi i uczucia zmienne i radykalne jak pogoda nad zatoką. Nie
wszystkie artefakty są skończone, schody ozdabia się czasem tylko po to żeby
ich nigdy nie skończyć, żeby stały potem takie dziurawe i porzucone i już na
zawsze ostrzegały że sztuka jest kapryśna i może chcieć być nieskończoną już na
amen. Taka sztuka
i takie schody też mają sens. Sens może też mieć opukiwanie kamieni, albo oświetlenie brzucha topiącej się góry lodowej. Dla małego wrażliwca to podstawowy spis sensów.
i takie schody też mają sens. Sens może też mieć opukiwanie kamieni, albo oświetlenie brzucha topiącej się góry lodowej. Dla małego wrażliwca to podstawowy spis sensów.
Szukam
teraz Tove wszędzie. Internet co prawda nie świeci pustkami, ale nie zadowala
mnie. Wstydzę się że dorosłam do Tove tak późno, że dorosłam do niej wtedy
kiedy nakłady jej książek dawno się wyczerpały. Dobrze że są „ Marginesy”, ale
ciekawi mnie przecież „główny” nurt jej twórczości. Potrzebuję go, żeby
przeglądać się jak w lustrze, żeby lepiej rozumieć siebie. Z każdego przecież
prędzej czy później wychodzi Tatuś Muminka.
Spotkanie (kryzysowe) dwudzieste szóste: Być albo nie być Honoratki.
W recenzji: Marcin Szczygielski,
Czarownica piętro niżej, wyd. Bajka, Warszawa 2013.
Oraz raz
jeszcze Marcin Szczygielski, Tuczarnia
motyli, wyd. Bajka, Warszawa 2014.
Refleksyjnie: o początku i o rozważanym
końcu blogowania.
Mój
blog, „Honoratka i ja”, powstał ponieważ bardzo chciałam potwierdzić swoją
tożsamość i jeszcze chciałam pracować jako animator kultury. Jestem problematycznym typem: zagubionym, zadumanym na zmianę wycofanym i
zaangażowanym, no i jeszcze te artystyczne ambicje… A tu w samym środku mojego
wypielęgnowanego odklejenia pojawiło się moje dziecko. Kiedy urodziła się
Amelka dorosłość mnie dopadła i zacisnęła łapy na moim nadwrażliwym gardle. Nie
będę się rozpisywała o macierzyństwie bo żaden ze mnie ekspert, a kto przeżywa/
przeżył ten wie. Co zadziwiające Amelka praktycznie zakończyła „etap
życzeniowy” w moim życiu, już nie czekałam aż się coś wydarzy, aż jakaś
historia mnie spotka, pochłonie i zaowocuje. Rozejrzałam się po moim mieście.
Po mieście którego nigdy nie lubiłam i z którego nigdy nie miałam odwagi uciec
i zaczęłam się zastanawiać: co ja tu będę robić? Jak tu zarobić jakieś
pieniądze? Czy możliwa jest tutaj praca w kulturze? W urzędzie pracy uzmysłowiono
mi że szklanka jest do polowy pusta, no bo z wykształceniem humanistycznym ma
się na tyle oleju w głowie by wyjechać do Anglii, albo przynajmniej do stolicy
i do polowy pełna bo dyskonty się otwierają i zawsze będą się otwierały. W
tamtym okresie czułam się jak bohater jednej piosenki, co to właśnie odkrył że
nie potrafi nic. Siedziałam na podłodze w malutkim mieszkaniu, z malutką
dziewczynką i czytałam książeczki dla dzieci. Na wskazującym palcu prawej dłoni
miałam założone ruchome oczka - prymitywną zabawkę, mówiłam poruszałam palcem,
oczka się ruszały i przyciągałam tym uwagę Amelki, której wydawało się że bajkę
czyta mały śmieszny ludzik. Upłynął jakiś czas i ludzik dostał imię i nową
postać: z oczami, buzią i żółtą grzywą - został Honoratką.
I znowu upłynął jakiś czas przez który testowałam kilka zarobkowych, raczej nie artystycznych pomysłów na życie, a potem pod przedszkolem mojego dziecka zagadałam się z drugą mamą, też Anią i też na zakręcie. Ja miałam pomysł i miałam bohaterkę ona potrafiła to zebrać i graficznie przedstawić w Internecie - powstał blog. Na początku zakładałam, że blog będzie pełnił funkcję reklamową, przekona potencjalnego pracodawcę do moich umiejętności, zagwarantuje pracę dla dwóch Ani. Nie wyszło. Owszem to co robiłam bardzo się podobało, ale nie było traktowane jako płatne zajęcie, „tej miłej pani trzeba zapłacić?” Istnieje ogromny rozdźwięk, a nawet paradoks w rozumieniu i funkcjonowaniu „umowy o dzieło”, po pewnym czasie ta nieopodatkowana forma pracy stworzona by nie zatrzymywać pędu kreatywności, by nie przeszkadzać w burzy myśli i nie zakłócać urodzaju pomysłów staje się tylko fuchą, możliwością jakiegokolwiek zarabiania, „dzieła” bym w to nie mieszała. Czas płynął, bywało lepiej bywało gorzej, ale coś się zmieniło, blog wybił się na niepodległość. Pisanie sprawiało mi radość, wyszło z szuflady, pomagało przetrwać. Do domu przychodził kurier z książkami od kilku wydawnictw, czułam się jak wydumany za czasów studenckich krytyk literacki - te emocje pomogły mi przetrwać wiele ciemnych chwil. Raz jeszcze uwierzyłam w marzenia i kiedy Amelka rozpoczęła drugi rok edukacji przedszkolnej, ja codziennie przez następne półtorej roku od dziewiątej do trzynastej pisałam moją książkę. Udało mi się namówić pewną młodą i zdolna studentkę grafiki żeby ją nieodpłatnie zilustrowała, a ona wspaniałomyślnie się zgodziła i stworzyła piórkiem i czarnym tuszem oprawę dla moich pomysłów. Byłam szczęśliwa! Skończyłam pisać i na fali entuzjazmu wysłałam świeży rękopis do redaktorki dobrego wydawnictwa. Pani redaktor chwaliła ale nie dawała złudzeń, pisała o specyfice rynku książki dziecięcej, o mojej praktycznej anonimowości co sprawia że jako inwestycja jestem pewna jak woda w koszyku - rozumiem i jestem wdzięczna za szczerość. Książka powędrowała do szuflady, moje marzenia popikowały w dół. Minęło trochę czasu, upłynął staż w jednym urzędzie, urodziłam drugą dziewczynkę. Ciągle pracuję na umowę „o dzieło” tyle że zleceń szuka mi agencja artystyczna z którą teraz współpracuję. Czasem pracuję, czasem nie, raz w miesiącu prowadzę jako wolontariusz klub młodego czytelnika w naszej „wiejskiej” bibliotece, ale starzeję się i dopada mnie pragmatyzm: rodzina, brak czasu, a teraz jeszcze na horyzoncie wizja statecznego zajęcia które daje nie nadzieje, ale realne szanse na umowę o pracę, trzeba tylko się przekwalifikować, nauczyć kilku życiowo niezbędnym umiejętności i wrócić do szkoły. To wszystko da się zrobić, trzeba tylko poświecić cały swój wolny czas na naukę ( patrz tyle ile jesteś w stanie urwać z nocy; kiedy nie śpisz i kiedy nie piszesz recenzji na swój niszowy blog). I co zrobić? Nie mazać się, nacisnąć „delete”, dorosnąć?!
I znowu upłynął jakiś czas przez który testowałam kilka zarobkowych, raczej nie artystycznych pomysłów na życie, a potem pod przedszkolem mojego dziecka zagadałam się z drugą mamą, też Anią i też na zakręcie. Ja miałam pomysł i miałam bohaterkę ona potrafiła to zebrać i graficznie przedstawić w Internecie - powstał blog. Na początku zakładałam, że blog będzie pełnił funkcję reklamową, przekona potencjalnego pracodawcę do moich umiejętności, zagwarantuje pracę dla dwóch Ani. Nie wyszło. Owszem to co robiłam bardzo się podobało, ale nie było traktowane jako płatne zajęcie, „tej miłej pani trzeba zapłacić?” Istnieje ogromny rozdźwięk, a nawet paradoks w rozumieniu i funkcjonowaniu „umowy o dzieło”, po pewnym czasie ta nieopodatkowana forma pracy stworzona by nie zatrzymywać pędu kreatywności, by nie przeszkadzać w burzy myśli i nie zakłócać urodzaju pomysłów staje się tylko fuchą, możliwością jakiegokolwiek zarabiania, „dzieła” bym w to nie mieszała. Czas płynął, bywało lepiej bywało gorzej, ale coś się zmieniło, blog wybił się na niepodległość. Pisanie sprawiało mi radość, wyszło z szuflady, pomagało przetrwać. Do domu przychodził kurier z książkami od kilku wydawnictw, czułam się jak wydumany za czasów studenckich krytyk literacki - te emocje pomogły mi przetrwać wiele ciemnych chwil. Raz jeszcze uwierzyłam w marzenia i kiedy Amelka rozpoczęła drugi rok edukacji przedszkolnej, ja codziennie przez następne półtorej roku od dziewiątej do trzynastej pisałam moją książkę. Udało mi się namówić pewną młodą i zdolna studentkę grafiki żeby ją nieodpłatnie zilustrowała, a ona wspaniałomyślnie się zgodziła i stworzyła piórkiem i czarnym tuszem oprawę dla moich pomysłów. Byłam szczęśliwa! Skończyłam pisać i na fali entuzjazmu wysłałam świeży rękopis do redaktorki dobrego wydawnictwa. Pani redaktor chwaliła ale nie dawała złudzeń, pisała o specyfice rynku książki dziecięcej, o mojej praktycznej anonimowości co sprawia że jako inwestycja jestem pewna jak woda w koszyku - rozumiem i jestem wdzięczna za szczerość. Książka powędrowała do szuflady, moje marzenia popikowały w dół. Minęło trochę czasu, upłynął staż w jednym urzędzie, urodziłam drugą dziewczynkę. Ciągle pracuję na umowę „o dzieło” tyle że zleceń szuka mi agencja artystyczna z którą teraz współpracuję. Czasem pracuję, czasem nie, raz w miesiącu prowadzę jako wolontariusz klub młodego czytelnika w naszej „wiejskiej” bibliotece, ale starzeję się i dopada mnie pragmatyzm: rodzina, brak czasu, a teraz jeszcze na horyzoncie wizja statecznego zajęcia które daje nie nadzieje, ale realne szanse na umowę o pracę, trzeba tylko się przekwalifikować, nauczyć kilku życiowo niezbędnym umiejętności i wrócić do szkoły. To wszystko da się zrobić, trzeba tylko poświecić cały swój wolny czas na naukę ( patrz tyle ile jesteś w stanie urwać z nocy; kiedy nie śpisz i kiedy nie piszesz recenzji na swój niszowy blog). I co zrobić? Nie mazać się, nacisnąć „delete”, dorosnąć?!
W międzyczasie.
W
międzyczasie, kiedy stoję okrakiem pomiędzy: romantyczną pasją, rodzicielstwem
non fiction i jeszcze wyzwaniami potencjalnego, majaczącego na horyzoncie rynku pracy - w międzyczasie z Młodą czytamy.
Ostatnio każdy wieczór zarezerwowany był
dla Majki. Majka to przebojowa uczennica szkoły podstawowej, ma niebanalny
słownik pełen porównań i mądrości z każdej dziedziny wiedzy, a źródłem tej
wiedzy jest na ogół bardzo mądra
telewizja. (Daj nam Panie Boże więcej takiej mądrej i dowcipnej telewizji)! W
pierwszej części przygód Majki: „Czarownice
piętro niżej”, Warszawę i podwórko Mai zalewają strugi deszczu, w tym
deszczu Maja się strasznie nudzi, bo co to za wakacje kiedy nie można wyjść i się pobawić bo ciągle pada i pada. W domu
też wyższy poziom nudy: mama w ciąży od
rana do nocy ogląda telenowele, a tata właśnie stracił pracę i zamierza
zarabiać siedząc w domu i pisząc po całych dniach na laptopie?! Ta wilgotna od
deszczu atmosfera nie zwiastuje nic dobrego, pewnej nocy mamę budzi ból brzucha
i musi jechać do szpitala. Rodzi się Ala, siostra Mai. Ala jest wcześniakiem i
musi zostać w szpitalu. Od tego momentu w domu naszej bohaterki jest nie tylko
nudno, ale też i smutno. Wszyscy są podenerwowani, mama znika na całe dnie w
szpitalu, a tata nieudolnie próbuje gotować i zazwyczaj jego próby kończą się
telefonem do pizzerii. Rodzice podejmują decyzjęo wyjeździe Majki na wakacje.
Nie łudźcie się jednak że Maja pojedzie na rozwrzeszczane i radosne kolonie,
nie odwiedzi także pogodnej babci, ani nawet miłej Ciotki Klotki. Ponieważ Maja
zostanie oddelegowana pociągiem przez
tatę do Szczecina. A co jest w Szczecinie? Więc w Szczecinie jest Ciabcia,
czyli bardzo skomplikowana krzyżówka tajemniczej prababci i szalonej ciotki,
jest jeszcze całe to magiczne zaplecze Ciabci które tylko pozornie wygląda jak
stare mieszkanie i niewinny przydomowy ogródek. Zresztą łatwiej wymienić czego
u Ciabci nie ma niż to co u Ciabci jest. Przechodząc do przykładów, w
mieszkaniu Ciabci definitywnie nie ma: łazienki (nie licząc wanny ukrytej w
kuchennym blacie) i telewizora ( nie
licząc tego wielkiego pudła w sypialni które nagrzewa się kilka minut żeby
wreszcie zabłysnąć jednym niemym i czarno - białym kanałem)?! Wszystko inne z
kategorii: „niemożliwych i niewyobrażalnych” w mieszkaniu i otoczeniu Ciabci
definitywnie jest! A co na przykład? Nie chcę zdradzać za wiele, więc powiem w
skrócie: gadające zwierzęta, fikus pod którym siedzenie i oglądanie albumów ze
zdjęciami grozi podróżą w czasie, łysa czarownica piętro niżej, duch piętro
wyżej, no i jeszcze pewne zdradliwe damy osiadłe za składzikiem na narzędzia… Wbrew obawom Majki to będą rewelacyjne
wakacje, ale przecież można się tego było
tego spodziewać po Marcinie Szczygielskim i powieści dla dzieci która
wciąga już po przeczytaniu pierwszej strony i po zobaczeniu pierwszej sekwencji
ilustracji autorstwa Magdaleny Wosik. Ilustracje są zresztą wspaniałe, podsumowują
każdy rozdział i co ważniejszy zwrot akcji, a technika w której są wykonane
przypomina trochę komiks, a trochę stop klatkę w zatrzymanym filmie przygodowym.
„Tuczarnia motyli” - czyli druga część przygód Majki musiała powstać,
świat z Ciabcią w centrum wydarzeń był zbyt bogaty żeby go opisać na łamach tylko
jednej książki. Tak więc pół roku po szalonych wakacjach w Szczecinie w Warszawie
jest zima tysiąclecia. Majka wychodzi do szkoły przez drzwi balkonowe (śnieg
sięga parteru w jej bloku), a zamiast ulicami idzie wydrążonymi w białym puchu
tunelami, ostatnie lekcje przed zimowymi wakacjami odbywają się też w
niecodziennej przestrzeni – zamiast w
klasie dzieci uczą się spacerując po lodowym labiryncie?! Taki stan rzeczy
jakoś szczególnie Majce nie przeszkadza, ale kiedy pojawia się możliwość zmiany
perspektywy i wyjazdu na ferie, dziewczynka chętnie z niej skorzysta. Tym
bardziej że pojedzie w odwiedziny do Ciabci. Maja ma wielkie plany: chce odkryć
wszystkie tajemnice praprababki Niny, ale przede wszystkim chce odnaleźć
wspomnianą: babcię – zgubę. Notabene ta ostatnia czaruje, znika i pozostawia po
sobie mnóstwo magicznych śladów, robi to tylko dlatego że po omacku szuka
swojej wielkiej miłości, jak się łatwo
można domyślić jest nią prapradziadek
Majki! Nasza bohaterka ponownie uda się pociągiem do Szczecina, tym razem w podróży
towarzyszyć jej będzie sąsiadka z bloku która wiecznie dzierga skarpety na
drutach, a otuchy w podróży ma Mai dotrzymać niezwykły prezent od mamy – wielki
wisior z błękitnym motylem zastygłym w grudzie bursztynu. Zresztą prezent od
pierwszej chwili zdradza swoje niezwykłe pochodzenie i delikatnie nagrzewa się
na szyi dziewczynki, jak się domyślacie dzieje się to zawsze wtedy kiedy Majce
coś zagraża. O tym kto Maję odbierze z dworca, czym Maja będzie się zajmowała w
Szczecinie i jaki to ma związek z tak delikatnymi sprawami jak: inspekty,
szklarnia, Pani Kawecka, Apokalipsa Pomidorowa i wszystkie możliwe wariacje na
temat motyli warto nie czytać w recenzji tylko jak najszybciej i docelowo w
drugiej, wspaniałej części przygód rezolutnej Mai – która tym razem wciela się
w postać detektywa zawieszonego pomiędzy: zimowiskiem u Ciabci i zagadkowym
dochodzeniem
w alternatywnym świecie Motylołaków. Swoją drogą, nigdy bym nie pomyślała że ogrodnictwo i alchemia tak dobrze się uzupełniają!
w alternatywnym świecie Motylołaków. Swoją drogą, nigdy bym nie pomyślała że ogrodnictwo i alchemia tak dobrze się uzupełniają!
W marcu.
Od
publikacji ostatniego postu na blogu minęły już prawie cztery miesiące,
dlaczego aż tyle? W grudniu, wzorem czytanych przeze mnie blogerów literackich,
chciałam opublikować ranking najlepszych przeczytanych przez nas książek w 2015
roku. Nie udało się głównie przez: dzieci, święta i dylemat pisać czy nie pisać
dalej? W styczniu byłam w proszku, w lutym były szaro – deszczowe ferie zimowe,
dzieci i wspomniany już dylemat, a potem z przerwami zaczęły się :
przeziębienia, anginy, wirusy i tak oto jest połowa, a właściwie to już druga
połowa marca. Codziennie przez ten czas zastanawiałam się czy mam pisać dalej?
Czy to ma sens? A potem siadałam do komputera i wyobrażałam sobie że adres
Honoratki już nie istnieje, że nie mam tego miejsca, tej niszy w której mogę
się okopać w książkach dla dzieci i podzielić z Wami ( kimkolwiek i ilukolwiek
Was jest) radością z przeczytanych z Młodą tytułów i
satysfakcją ze zrealizowanego od czasu do czasu
literackiego pomysłu.
Nie
wiem co dalej ze mną będzie, mój egzystencjalny zakręt obił się już o jedną
tarocistkę wyglądem przypominającą szpilkę z fioletowym łebkiem i nadal nie
wiem co robić. Jedno wiem na pewno, tu gdzie jestem teraz adres Honoratki jest
mi potrzebny by nadal być sobą. Nie wiem czy będą to wpisy tak regularne jak do
listopada, może teraz bliżej mi do epizodycznej rzeki, ale ciągle tu będę.
Do
zobaczenia więc w następnych Lekturach Honoratki.
Spotkanie dwudzieste piąte: Witaj szkoło na poważnie i na wesoło.
W recenzji: Marcin Sendecki, „Figle w
fokarium ”, wyd. Egmont.
Zofia Stanecka i Maria Środoń: „Fredek i
jeden do pary” i „Fredek i miara wszystkiego” wyd. Egmont.
Zofia Stanecka: „Basia i remont”, wyd.
Egmont oraz gra planszowa: „Zlot pingwinów” także od wydawnictwa Egmont.
Nigdy
nie przypuszczałam, że rozpoczęcie roku szkolnego będzie dla naszego domu taką
rewolucją! Od pierwszego września zmieniło się wszystko w życiu Młodej i
demokratycznie w naszych życiach też. Począwszy od godziny pobudki (dla mnie
godziny udręki), poprzez ilość wyjazdów wózkiem w trasę - oczywiście z domu do
szkoły i ze szkoły do domu, po godziny drzemek i karmienia Małej?! Są
oczywiście pozytywy tego zamieszania, przypomniałam sobie że czytanie książek
na przystankach jest przyjemne, jeśli akurat nie pada deszcz ze śniegiem, albo
kierowca autobusu z fantazją nie hamuje w środku kałuży…
Ale
to wszystko nic w porównaniu z osobistą rewolucją którą przeżywa Amelka.
Rozpoczęcie roku szkolnego, konsekwentnie od miesiąca zmienia Młodą. Myślę, że
zmiany zapoczątkowała Karolinka - z którą Młoda postanowiła usiąść w ławce i oczywiście celu dopięła.
Tyle że spokojna Karolinka okazała się onieśmielonym szkołą milczkiem, nie
tylko nie rozmawiała z Amelką, ale nawet bladła na jej widok, a na koniec
zmieniła klasę. Koniec świata, pomyślałam, Młoda prawie na amen zagadała -
zastraszyła pierwszą szkolną koleżankę!? Niepocieszona Amelka siedziała przez
kilka dni sama w ławce i ubolewała ŻE NIKT JEJ NIE LUBI I KAŻDY MA JUŻ
KOLEŻANKĘ, TYLKO NIE ONA!! Ja starałam się nadrabiać miną, ale też się zaczęłam
martwić. I właśnie wtedy Pani, której opinia jest dla Młodej niepodważalna i
najważniejsza na świecie, posadziła obok Amelki Anię. Ania wygląda jak Ania
Shirley rodem z Zielonego Wzgórza, ma rude kręcone włosy, alabastrową cerę i
piegi. Pomyślałam, że Młoda wymodliła sobie cud i koleżankę - inkarnację swojej
ulubionej bohaterki?! No bo jak inaczej można nazwać rytuał codziennego
słuchania audiobooka z przygodami Ani, uczenie się na pamięć fragmentów
książki, a wreszcie opowiadanie o Ani (Ani Shirley naturalnie) przy
obiedzie z taką oczywistością jakby
mieszkała po sąsiedzku! Więc Ania, sobowtór literackiej Ani usiadła z Amelką w
ławce. I co z tego wynikło? Wiele nie mogło, bo życie to niestety nie
literatura. Pytam Młodej: - Jak Ci się siedzi z Anią Amelko? - Źle.- Krótko
kwituje Młoda. - Dlaczego? - Dopytuję. - Oj mamo, ona strasznie dużo gada i nie
mogę się skupić na lekcjach! A po za tym pożycza moje kredki, wyrysowywuje je i
nigdy ich nie struga!
Kiedy
zasugerowałam, że Ania jest podobna do Ani z Zielonego Wzgórza, Młoda się
ofuknęła: -TO NIEPRAWDA!! Teraz Amelka siedzi z Sonią, spotkały się w
„pierwszym wagoniku” - pierwszych ławkach, zarezerwowanych dla
najgrzeczniejszych i najmniej rozmawiających na lekcjach dzieci - tego się nie
spodziewałam, ale nie komentuję. Idylla trwa, Amelka i Sonia mają chrapkę na
tytuł „maszynisty”- najgrzeczniejszego dziecka w klasie?!
Do
uroczystego pasowania na ucznia, miałyśmy jeszcze z Młodą głowę zaprzątniętą:
statusem ucznia, który zezwala na ubrania tylko w czterech kolorach: czarnym,
białym, szarym i szeroko pojętym niebieskim. Jakbyśmy szeroko pojmowały kolor
niebieski to i tak nie należą do niego: fioletowe swetry i getry, ani różowe
bluzy, bluzki i kurtka… Taki szkolny „dress code” naprawdę komplikuje życie
rodzica pierwszoklasisty, szczególnie jego ekonomiczny aspekt. W międzyczasie
Młoda z moją asystą przygotowywała pracę o ulubionym bohaterze książkowym na
konkurs plastyczny. Żeby mi utrzeć nosa i udowodnić że świat nie kończy się na
Ani z Zielonego Wzgórza Młoda wymyśliła że zrobimy Pipi na grzybach. Ze spraw
organizacyjnych: kilka razy ginął i odnajdywał się zeszyt ćwiczeń (ten z
wiewiórką), kiedy zgubił się ostatecznie i trzeba było powiedzieć o tym Pani,
Amelka rzuciła się z płaczem na łóżko i zawołała: „Wolałabym już umrzeć !”
- egzaltacja i podobieństwo do jednej
dziewczynki z książki nieprzypadkowe!
A
potem był galowy strój, wzruszeni rodzice, wielkie pióro i oficjalna
nominacja na pierwszoklasistę.
Domowa edukacja wczesnoszkolna.
Pierwszy miesiąc szkoły upłynął pod patronatem samych ważnych spraw, jeśli chodzi o edukację trwała powtórka z umiejętności zdobytych w przedszkolu. Trzeba było przećwiczyć szlaczki, narysować szkołę, założyć zeszyt lektur i nauczyć się kilku piosenek i wiersza na akademię. Tymczasem my (Młoda i ja) kontynuowałyśmy naszą domową edukację, utrwalając podstawę programową: ćwiczyłyśmy pisownię liter w specjalnie założonym do tego zeszycie, czytałyśmy i liczyłyśmy. Ponieważ głoskowanie, sylabizowanie i czytanie pojedynczych wyrazów opanowałyśmy na całkiem dobrym poziomie, postanowiłyśmy że odwrócimy role i Amelka zacznie mi głośno czytać. Jak ulał nadaje się do tego seria „Czytam sobie” poziom pierwszy od wydawnictwa Egmont. Według informacji wydawcy, poziom pierwszy, czyli: „Składam słowa”, to pierwszy etap nauki płynnego czytania. Utrwala zdobyte już umiejętności głoskowania i pozwala czytać pierwsze zdania, które składają się na krótkie historyjki liczące sobie od 150 do 200 wyrazów. To że historie są krótkie wcale nie znaczy że są banalne. Amelka przeczytała mi: „Figle w fokarium” napisane przez poetę i krytyka literackiego Marcina Sendeckiego, a zilustrowane przez Ewę Poklewską - Koziełło. Opowiadanie dzieje się w fokarium na Helu, a jego głównymi bohaterami są foki - stali bywalcy jak Bubas i Unda, ale i zupełnie nowi początkowo bezimienni lokatorzy. Książka ma zalety które cieszą czytające dziecko, jest: ciekawy temat, który może natchnąć do rozmowy na temat ochrony gatunków zagrożonych jak i podpowiedzieć kierunek planowanych wakacji. To mądry zabieg kiedy pierwsza czytanka godzi pożyteczne czyli: temat i umiejętności z zabawnym, a więc: radośni i śmiesznie narysowani bohaterowie, których los interesuje małego czytelnika - a to bardzo ważne bo zespala czytanie z rozumieniem tekstu! Czytałyśmy powoli, powtarzając zdania, aby Amelka zrozumiała że poszczególne wyrazy łączą się ze sobą w zdania i pojedyncze sensy. To był milowy krok, jeszcze wiele przed nami, ale pierwsze koty za płoty i dobrze się stało że towarzyszył nam przy tym jeden z kilkunastu tytułów serii „Czytam sobie”.
Pierwszy miesiąc szkoły upłynął pod patronatem samych ważnych spraw, jeśli chodzi o edukację trwała powtórka z umiejętności zdobytych w przedszkolu. Trzeba było przećwiczyć szlaczki, narysować szkołę, założyć zeszyt lektur i nauczyć się kilku piosenek i wiersza na akademię. Tymczasem my (Młoda i ja) kontynuowałyśmy naszą domową edukację, utrwalając podstawę programową: ćwiczyłyśmy pisownię liter w specjalnie założonym do tego zeszycie, czytałyśmy i liczyłyśmy. Ponieważ głoskowanie, sylabizowanie i czytanie pojedynczych wyrazów opanowałyśmy na całkiem dobrym poziomie, postanowiłyśmy że odwrócimy role i Amelka zacznie mi głośno czytać. Jak ulał nadaje się do tego seria „Czytam sobie” poziom pierwszy od wydawnictwa Egmont. Według informacji wydawcy, poziom pierwszy, czyli: „Składam słowa”, to pierwszy etap nauki płynnego czytania. Utrwala zdobyte już umiejętności głoskowania i pozwala czytać pierwsze zdania, które składają się na krótkie historyjki liczące sobie od 150 do 200 wyrazów. To że historie są krótkie wcale nie znaczy że są banalne. Amelka przeczytała mi: „Figle w fokarium” napisane przez poetę i krytyka literackiego Marcina Sendeckiego, a zilustrowane przez Ewę Poklewską - Koziełło. Opowiadanie dzieje się w fokarium na Helu, a jego głównymi bohaterami są foki - stali bywalcy jak Bubas i Unda, ale i zupełnie nowi początkowo bezimienni lokatorzy. Książka ma zalety które cieszą czytające dziecko, jest: ciekawy temat, który może natchnąć do rozmowy na temat ochrony gatunków zagrożonych jak i podpowiedzieć kierunek planowanych wakacji. To mądry zabieg kiedy pierwsza czytanka godzi pożyteczne czyli: temat i umiejętności z zabawnym, a więc: radośni i śmiesznie narysowani bohaterowie, których los interesuje małego czytelnika - a to bardzo ważne bo zespala czytanie z rozumieniem tekstu! Czytałyśmy powoli, powtarzając zdania, aby Amelka zrozumiała że poszczególne wyrazy łączą się ze sobą w zdania i pojedyncze sensy. To był milowy krok, jeszcze wiele przed nami, ale pierwsze koty za płoty i dobrze się stało że towarzyszył nam przy tym jeden z kilkunastu tytułów serii „Czytam sobie”.
Bo matematyka królową nauk jest…
Kiedy byłam uczniem, delikatnie rzecz ujmując, matematyka była moją piętą Achillesową.
W liceum wiele dobrych książek przeczytałam na lekcji matematyki, a jedna z najlepszych wiadomości jakie w tamtym czasie usłyszałam, to że matura z matematyki nie jest obowiązkowa! Minęło kilka lat i uświadomiłam sobie, że nie lubiąc i unikając uczenia się matematyki straciłam ważną perspektywę poznawczą. Wielu filozofów studiowało matematykę, wybitni muzycy i artyści mają umysły analityczne i na matematykę wrażliwe. Ucząc się z Amelką staram się nie zarażać ją moim strachem przed matematyką, ale mimo najszczerszych chęci brakowało mi pomysłu jak mądrze zachęcać Młodą do nauki matematyki. Dlatego bardzo się cieszę, że w nasze ręce trafiły książki: „ Fredek i jeden do pary” i „Fredek i miara wszystkiego”. To naprawdę oryginalny projekt, książki łączą to co wydawałoby się niemożliwe, a więc: historię z bohaterami i zabawnymi ilustracjami z zadaniami matematycznymi oraz praktycznymi matematycznymi umiejętnościami. Czytamy z Amelką opowieść o Fryderyku Epsilonie Dwudziestym - niepełnoletnim, niespełna osiemdziesięcioletnim królewiczu, mieszkającym na planecie Pedanterii, który jest już znudzony swoją perfekcyjnie uporządkowaną planetą i nie pytając o zgodę rodziców wsiada do gwiezdnego ścigacza i obiera kurs na najbardziej zabałaganioną planetę spośród wszystkich wszechświatów. Naturalnie tą planeta jest Ziemia. Na Ziemi Fredek poznaje Jagodę, dziewczynka tez ma już dość - swoich braci i domu w którym nic nie można znaleźć. Fredek i Jagoda razem przeżyją kilka przygód, a przy okazji nauczą dzieciaki: szacowania, mierzenia, ważenia, korzystania z kalendarza i zegara, a także liczenia pieniędzy w portfelu. Książki funkcjonują w ramach projektu: „liczę sobie”, my przerabiamy poziom drugi przeznaczony dla dzieci od pięciu do siedmiu lat, ale jest jeszcze poziom pierwszy sygnowany przez króla Gromoryka, który jest adresowany dla przedszkolaków i poziom trzeci ze szczurkami w tytule na którym pojawiają się: ułamki, arytmetyka i zagadki logiczne - a to wszystko zawsze w otoczeniu literatury! Na uwagę zasługuje jeszcze graficzny zamysł książki: Fredek jest bohaterem matematycznej bajki, w którą wkleja się naklejki i uzupełnia zadania ołówkiem, która ma „skrzydełko” z dyplomem sukcesu i stronę poświęconą wielkim matematycznym umysłom, na poziomie drugim jest to Izaak Newton i Sofja Kowalewska - a wszystko to po to aby do literatury i lekcji matematyki dodać jeszcze lekcję historii! Książki z serii liczę sobie to fascynujące trzy w jednym!
Nie samą szkołą żyje pierwszoklasista!
Po całym tygodniu nauki i wrażeń przychodzi wreszcie piątek i upragnione dwa dni wytchnienia. Co za ulga! Można wreszcie pospać do dziewiątej ( nie dotyczy rodziców pierwszoklasisty), pojeździć z Krzysiem na rowerze, albo poleżeć do góry brzuchem i powspominać wakacje - a jeśli wakacje to i remont. Dziwne skojarzenia? Niekoniecznie, jeśli w sobotę leży się na dywanie i czyta nową Basię - „ Basię i remont”. W najnowszej odsłonie przygód ulubionej bohaterki: przecieka wanna, nad łóżkiem Basi smutno kwitnie fioletowa plama - pamiątka po pewnym, rysunkowym pomyśle, a mieszkanie Basi i jej rodzinny wymaga odświeżenia, jest też o mamie która podejmuje męską decyzję i zarządza remont, o dwóch panach fachowcach ( obaj to złote rączki tyle że w dwóch rozmiarach: „s”: i „XXL”). Jest także radość jaką daje malowanie specjalnym pędzlem i zapach farby w nowiutkim mieszkaniu. Coś o tym wiemy, jeszcze długo wakacyjny lipiec i sierpień kojarzyć nam się będą z majstrem pochłaniającym kanapki z szynką i z całym tym ambarasem - z remontem!
A wieczorem…
Nie da się ukryć, że jest już październik, po obiedzie pierwszak się trochę pokręci po domu i robi się szaro, a tu siły zregenerowane długim snem i zaczyna się pierwszakowi w sobotni wieczór nudzić. Można porysować- ale ile można?! Można pooglądać kreskówki, ale dużo lepiej jest w coś zagrać! Tylko że pierwszak zmęczony całym tygodniem edukacji odmawia udziału w quizach i grach logicznych, co pozostaje? Dobra gra zręcznościowa! „ Zlot pingwinów”, to gra jak sama nazwa donosi o pingwinach, które lubią „małe opalanko”, a że pingwiny mogą i lubią się opalać na krach lodowych to zmienia zazwyczaj leniwe opalanie w sport ekstremalny! Małe pełza po pokoju, dyżurnym sokolim okiem jest tata, więc my z Młodą rozkładamy „Zlot pingwinów” na stole w kuchni. Najpierw montujemy lodowiec: z czterech tekturowych listewek składamy ramkę w jej środku umieszczamy cztery szklane kulki – to za ich sprawą kra lodowa zachowa swój ruchomy i nieobliczalny charakter. Na krze instalujemy lodowiec, żeby pingwiny w trakcie kąpieli słonecznych miały się o co opierać. Składamy także tekturowe mewy i tasujemy spory stosik kart z podobiznami: dużych i małych pingwinów, mew, morsów, ryb i chmur. Rozdaje karty po równo dla Młodej i dla mnie i gramy! W grze chodzi o to by pingwiny wytrzymały zmasowany atak trudności i opalały się jak najdłużej, nawet z chmurami i mewami na głowie! Kiedy ze stosiku losujemy małego pingwinka, to opieramy go delikatnie o dużego staramy się ich nie strącić – inaczej zarobimy pierwsze punkty karne. A dlaczego małego pingwinka opieramy o dużego? To całkiem oczywiste, małym ptakom szybko marzną łapki od lodu i dlatego tulą się do dorosłych. Jeśli w następnej kolejce wylosujemy ze stosiku morsa strącamy nim dużego pingwina, morsy tez lubią się opalać ale są mało towarzyskie. Mors nie strąca z kry małych pingwinków, nawet mors ma jakieś zasady! Jeśli wylosowaliśmy chmurę - kładziemy ją na pingwinach, albo na lodowcu, podobnie postępujemy z mewą, tyle że dla utrudnienia nie kładziemy na lodowej wieżyczce karty tylko małą, tekturową mewkę, a kartę rozkładamy przy naszym stanowisku gracza. Są jeszcze rybki – kleszczyki, które zachęcone dobra pogodą podgryzają pingwiny i usuwają je z kry. W trakcie grania robi się wesoło i nie zawsze przepisowo: kra odjeżdża, zawodnicy starają się nie dopuścić żeby nie odpłynęła po za akwen oceanu- stołu kuchennego, karty spadają, nie wiadomo kto dotknął ich ostatni i kto ma wspaniałomyślnie wliczyć je w swój dorobek punktów karnych! Ostatecznie (przynajmniej do czasu następnego przetasowania i rozdania) gra się kończy kiedy jeden z gracz nie ma już swoich kart, albo mama zauważyła że podbiera z jej stosika.
Nie da się ukryć, że jest już październik, po obiedzie pierwszak się trochę pokręci po domu i robi się szaro, a tu siły zregenerowane długim snem i zaczyna się pierwszakowi w sobotni wieczór nudzić. Można porysować- ale ile można?! Można pooglądać kreskówki, ale dużo lepiej jest w coś zagrać! Tylko że pierwszak zmęczony całym tygodniem edukacji odmawia udziału w quizach i grach logicznych, co pozostaje? Dobra gra zręcznościowa! „ Zlot pingwinów”, to gra jak sama nazwa donosi o pingwinach, które lubią „małe opalanko”, a że pingwiny mogą i lubią się opalać na krach lodowych to zmienia zazwyczaj leniwe opalanie w sport ekstremalny! Małe pełza po pokoju, dyżurnym sokolim okiem jest tata, więc my z Młodą rozkładamy „Zlot pingwinów” na stole w kuchni. Najpierw montujemy lodowiec: z czterech tekturowych listewek składamy ramkę w jej środku umieszczamy cztery szklane kulki – to za ich sprawą kra lodowa zachowa swój ruchomy i nieobliczalny charakter. Na krze instalujemy lodowiec, żeby pingwiny w trakcie kąpieli słonecznych miały się o co opierać. Składamy także tekturowe mewy i tasujemy spory stosik kart z podobiznami: dużych i małych pingwinów, mew, morsów, ryb i chmur. Rozdaje karty po równo dla Młodej i dla mnie i gramy! W grze chodzi o to by pingwiny wytrzymały zmasowany atak trudności i opalały się jak najdłużej, nawet z chmurami i mewami na głowie! Kiedy ze stosiku losujemy małego pingwinka, to opieramy go delikatnie o dużego staramy się ich nie strącić – inaczej zarobimy pierwsze punkty karne. A dlaczego małego pingwinka opieramy o dużego? To całkiem oczywiste, małym ptakom szybko marzną łapki od lodu i dlatego tulą się do dorosłych. Jeśli w następnej kolejce wylosujemy ze stosiku morsa strącamy nim dużego pingwina, morsy tez lubią się opalać ale są mało towarzyskie. Mors nie strąca z kry małych pingwinków, nawet mors ma jakieś zasady! Jeśli wylosowaliśmy chmurę - kładziemy ją na pingwinach, albo na lodowcu, podobnie postępujemy z mewą, tyle że dla utrudnienia nie kładziemy na lodowej wieżyczce karty tylko małą, tekturową mewkę, a kartę rozkładamy przy naszym stanowisku gracza. Są jeszcze rybki – kleszczyki, które zachęcone dobra pogodą podgryzają pingwiny i usuwają je z kry. W trakcie grania robi się wesoło i nie zawsze przepisowo: kra odjeżdża, zawodnicy starają się nie dopuścić żeby nie odpłynęła po za akwen oceanu- stołu kuchennego, karty spadają, nie wiadomo kto dotknął ich ostatni i kto ma wspaniałomyślnie wliczyć je w swój dorobek punktów karnych! Ostatecznie (przynajmniej do czasu następnego przetasowania i rozdania) gra się kończy kiedy jeden z gracz nie ma już swoich kart, albo mama zauważyła że podbiera z jej stosika.
Nie
jestem typem ambitnego gracza, nie gram dla wygranej, częściej dla śmiechu,
dlatego czuję usatysfakcjonowanym adresatem „Zlotu pingwinów”, zresztą Młoda
która lubi grać żeby WYGRYWAĆ , przyznała że gra też jej się bardzo podobała.
Kochane
pierwszaki z rodzinami miłego czytania, grania i nauki matematyki i do
następnych lektur Honoratki!
Renata Piątkowska: „ Mądra głowa zna przysłowia”, wyd. bis.
W recenzji: Joanna Wachowiak: „Kot kameleon”, wyd. bis.
Cisza według mamy – standard jedyny dostępny.
Jestem bardzo nietypową gadułą - gadułą samotnikiem. Mam kilka swoich miejsc w których lubię posiedzieć sama: pomilczeć i popatrzeć na rzekę, ale czasem w te miejsca zabieram kogoś kogo lubię i wtedy gadam jak nakręcona. Może tylko się ładuję w samotności i może moje zwyczaje są dziedziczne?
W gruncie rzeczy to że gaduła rodzi gadułę łatwo przewidzieć, ale czasem skala przekazanej cechy może Zadziwiać! Mnie nie zamykająca się buzia Amelki zadziwia, mówi o wszystkim - z emfazą na ulubione tematy: planety, gwiazdy, komety, sprzątanie świata, i mówi cały czas - nawet w trakcie jedzenia, tylko czekać aż zacznie mówić przez sen. W takich okolicznościach tygodniowy wyjazd Amelki na wakacje z babcią był… tygodniowym świętem ciszy. Nie była to jednak cisza w której można usłyszeć trzepot skrzydeł lecącego motyla. Epicentrum remontu: walące się ściany, kucie w tych które się ostały, odgłosy rozmów „panów fachowców”, przypominające o sobie Małe i niekończące się kroki: w górę i w dół, a jednak na swój sposób było cicho, na sposób znany tylko mamom – odczułam różnicę.
Dziecko regeneruje się dwa razy szybciej.
Potem wróciła Młoda, było dużo radości i bardzo dużo nowych tematów do rozmów. A to o tym co zobaczyła w Rabce, a to o przejażdżce na kucyku,
o genialnym (według Amelki) parku liniowym, o bulgoczących basenach, o pysznych gofrach i o jednej pani która sprzedała jej i babci nieświeży popcorn: „A tak przecież NIE WOLNO robić!” Zrozumiałam wtedy dwie rzeczy: po pierwsze dziecko regeneruje się dwa razy szybciej niż dorosły, a po drugie że Amelka działa jak kondensator: naładuje się rozgadaną energią i musi ją oddać - najlepiej mnie. Więc znowu był remont, panowie fachowcy, „gruchoczące” Małe i jeszcze Amelka chodząca za mną krok w krok i swoim zwyczajem trajkotająca. Pojawił się także nowy wątek. Na wakacjach gaduła Amelka poznała swoją imienniczkę i ta druga Amelka opowiedziała jej o przysłowiach. Bogata w nową wiedzę Amelka oświadczyła mi:
-Mamo ja wiem co to są przysłowia!
-Świetnie Amelko, to powiedz mi co to są przysłowia.
-Wiesz to są takie mądre myśli! Mamo, a powiedzieć Ci jedno przysłowie?
- No jasne Amelko, powiedz.
- No to słuchaj. Gdzie trzy muchomorki się biją, tam czwarty siedzi patrzy sobie i je chipsy!
Zaniemówiłam z wrażenia - dwie Amelki, w parku liniowym, w Rabce powołały do życia ciekawą i rozszerzoną interpretację przysłowia: gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta.
- Amelko - zaczęłam prostować, chociaż ciągle byłam pod wrażeniem umiejętności twórczych mojego dziecka - to przysłowie brzmi trochę inaczej.
- Naprawdę?- dopytywała rozczarowana Młoda, a kiedy usłyszała przysłowie w oryginale była jeszcze mniej przekonana. Od słowa do słowa, nie pozostało nic innego jak tylko przyjrzeć się przysłowiom z bliska.
Sprawdzona strategia postępowania z gadułą.
Z mojego doświadczenia wynika, że gadułę można „skutecznie uciszyć” na dwa sposoby: po pierwsze gadułę można wystraszyć. Opowiada się gadule że jeśli nie przestanie w tej chwili mówić to język jej tak urośnie, że nie zmieści się jej w ustach. Gaduła reaguje błyskawicznie: z piskiem przerażenia biegnie do łazienki gdzie w lustrze obserwuje stan swojego języka. Sposób ten ma dwa mankamenty: kiedy rodzic zaczyna go stosować ma wyrzuty sumienia, że tak nie ładnie obchodzi się z własnym dzieckiem, kiedy upewnia się w przekonaniu, że MUSI GO STOSOWAĆ BO INACZEJ PĘKNIE MU GŁOWA - dziecko już się nie boi, bo ktoś życzliwy i postronny wyjaśnił mu że język nie rośnie od mówienia?!
Wtedy pozostaje tylko pójść po rozum do głowy i podejść dziecko psychologicznie! Rodzic który podchodzi dziecko psychologicznie na ogół już wie że gaduła pozostanie gadułą, ale można jeszcze przebieg tego stanu załagodzić. Zadaje się gadule temat do rozmów, na przykład: co to są przysłowia? Każdego wieczora czyta się o przysłowiach, potem gaduła zasypia
i we śnie tworzy listę pytań do zadanego tematu, a następnego dnia stawia się „malutki waruneczek”: bardzo chętnie porozmawiam z Tobą o przysłowiach Amelko, ale najpierw mamusia się musi zastanowić i przemyśleć temat, a do tego mama POTRZEBUJE CISZY… Czasem gaduła jest wyrozumiała, chcąc spenetrować i przegadać temat dogłębnie da umęczonemu człowiekowi godzinkę ciszy. Warto jednak podkreślić, że tak dzieje się: CZASEM!
Temat do rozmowy – przysłowia pod lupą.
W sprawie sposobów na gadułę – na dwoje babka wróżyła, uda się albo się nie uda, ale z tematem do rozmów to już nie musi być kwestia przypadku, chociaż czasem przez przypadek wpada człowiekowi w ręce naprawdę wartościowa książka.
„Mądra głowa zna przysłowia” Renaty Piątkowskiej od wydawnictwa bis, to zbiór piętnastu opowiadań w których motywem przewodnim jest przysłowie. Kilkustronicowe opowiadania nie męczą i nie epatują „podręcznikową mądrością”, dzięki czemu przykuwają uwagę gaduły, która słuchając chętnie pochłania je „po trzy na raz”. Nie odpędzą i zainteresują także dziecko które dopiero zaczyna swoją przygodę z czytaniem i skupianiem uwagi nad czytanym tekstem. Każda historia rozgrywa się na dwóch planach: pierwszy plan jest współczesny i dotyczy przygód i problemów dzieci przedszkolnych oraz wczesnoszkolnych - tak więc są: kłótnie w rodzeństwie i złośliwy starszy brat, wielkie marzenie o hulajnodze, plotkujące koleżanki z nowej klasy, nieodwzajemnione pierwsze miłości, nauka gotowania, dylemat z kim by tu usiąść w ławce, czy wreszcie upiorna koza strasząca biwakowiczów! Za problemów i dylematów dzieciaków wyziera plan drugi. Dotyczy relacji niedźwiedziej przysługi do budzika schowanego w pralce, albo zagadnienia laku, kitu i nieuczciwie zjedzonego wafelka. Dowiemy się także dlaczego
o niezdecydowanych mówi się że przebierają jak w ulęgałkach, albo jak ma się dom bez książek do domu bez okien, reasumując: sercem każdego opowiadania jest przysłowie. Ogromnymi walorami książki Renaty Piątkowskiej są: dziecięca perspektywa, bohaterowie z którymi chętnie się identyfikują młodzi słuchacze
i duże poczucie humory - śmieją się mali i duzi. Mali z upiornej kozy, duzi
z kobyłki u płotu.
Wdzięczna jestem dwóm Amelkom, że w parku liniowym w Rabce kreatywnie dyskutowały o przysłowiach, dzięki temu naprowadziły mnie na trop książki Renaty Piątkowskiej.
Gaduła w szerszej perspektywie.
Dobry przykład zazwyczaj idzie z góry - Młoda leży na dywanie i słucha audiobooka: „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery w interpretacji Jolanty Fraszyńskiej. Ja w pokoju obok prasuję, słucham i myślę sobie że trudno o bardziej sławną gadułę niż Ania Shirley, która jak wiadomo nie poprzestawała na byciu tylko gadułą, była jeszcze marzycielką. Wieczorem czytamy do poduszki: „Kota Kameleona” Joanny Wachowiak. Mamy umowę, że po włożeniu aparatu ortopedycznego nie rozmawiamy, ale Amelkę aż skręca żeby coś powiedzieć - podskakuje ona i materac, w ustach trzeszczy różowy aparat. Wreszcie ustępuję, wystarczy że lekko skinę głową a za znakiem aprobaty idą pytania:
- Mamo, kim jesteś w tej bajce?
- Jak to kim jestem Amelko?
- No wiesz, bo ja jestem trochę Natalką i trochę babcią Anielą, bo lubię takie bacie czarodziejki.
- Ona nie jest czarodziejką Amelko tylko zielarką.
- Acha rozumiem… czyli zielarki noszą kapelusze i mają zaczarowanego kota!
I tak dalej i dalej bo znowu gadamy. Uśmiecham się do siebie, może Amelka jest niepoprawnie rozgadana, ale ma też wyobraźnię - taka kombinacja ciekawie rokuje na przyszłość.
Wracając do „Kota Kameleona”- to historia o dziewczynce, która odwiedza dawno niewidzianą babcię. Wizyta nie należy do wyczekiwanych, na domiar złego tata pomylił walizki i Natalka zostaje w domu babci Anieli bez ukochanego tygryska i bez konsoli gier. Można się załamać, albo zwiedzić strych. Od słowa do słowa, domek na pustkowiu okazuje się kopalnią skarbów po którym chętnie oprowadza pozornie nie lubiący dzieci kot Blekot. Jak to się wszystko skończy? Drogie gaduły i drogie milczki nie musicie wysilać wyobraźni, obejrzyjcie ilustracje Emilii Dziubak i poczytajcie z rodzicami „Kota Kameleona”!
Kochane gaduły do zobaczenia w następnych Lekturach Honoratki!
W recenzji: Piotr Nowicki, „To się w głowie nie mieści”, wyd. Skrzat
Barbara Wicher, „Detektyw Łodyga na
tropie zagadek przyrodniczych”, wyd. Skrzat oraz
Maurycy Polaski, „Żabki i żabki czyli słowne
pułapki”, wyd. Skrzat.
Na horyzoncie zmiany.
Idziemy
szybkim krokiem, co jakiś czas Amelka przeskakuje z jednej chodnikowej płyty na
drugą, albo zmienia krok na bardziej taneczny. Ale ja wiem, że te wszystkie
zabiegi służą odwróceniu uwagi - mają ją uspokoić. Idziemy na pierwsze
spotkanie do szkoły, od września Amelka będzie już uczennicą. Póki co nic nie
działa i Młoda rozpoczyna rozmowę. – Wiesz mamo, mam pewne obawy, (w tym
miejscu na jej buzi pojawia się grymas strachu i dodaje), co do tej szkoły.
Powtarzam słowo w słowo zapewnienia, że ktoś tak odważny i żywiołowy nie może
się bać szkoły, ale moje argumenty już nie działają – po drugiej stronie ulicy
jarzy się oranż świeżo odmalowanego budynku szkoły. Amelka chowa się za moimi
plecami, teraz obie jesteśmy zestresowane, a w mocnym uścisku pocą się nam dłonie.
Wchodzimy na świetlicę i chociaż udało nam się nie spóźnić, na krzesełkach i
pod ścianami tłoczą się już przyszli pierwszoklasiści i ich rodzice. Mimo, że
wśród zgromadzonych na sali Amelka rozpoznała wiele znajomych buzi i mimo że
podbiegły do niej dwie dobre koleżanki - nie odstępuje mnie na krok. Kiedy
zajmuję wolne miejsce, uparcie siada mi na kolanach. Dopadają mnie wątpliwości,
przypominam sobie że niedawno prowadziłam ją do przedszkola, a teraz początek
szkoły, JUŻ, a przecież sześć lat skończy dopiero w listopadzie?!Tymczasem
na świetlicę przyszła pani dyrektor, wita zgromadzonych i wprowadza w zasady
funkcjonowania szkoły, w odróżnieniu co do mnie Amelka jest skupiona i słucha.
Przyszłe wychowawczynie odczytują listy nazwisk swoich przyszłych wychowanków, na
świetlicy pojawia się zgiełk. Dzieci nie chcą wychodzić na środek, rodzice
przekonują i namawiają, pada imię i nazwisko Amelki i głośny komunikat Młodej:
- Mamo, to ja, wstawaj idziemy!! No i poszłyśmy. Dalej sprawy potoczyły się już
zwykłym dla Amelki tempem: wybierała ławkę i miejsce do siedzenia, wypełniała w tempie ekspresowym ćwiczenia przyniesione
przez panią wychowawczynię i naturalnie była aktywna! Kiedy oświadczyła
nauczycielce, że ona bardzo się cieszy na rzeźbienie w drzewie, bo mamusia jej
powiedziała (???) że będziemy to robić w szkole, poczułam na sobie wzrok
wszystkich dzieci, rodziców i nauczycielki naturalnie. Poczułam także jak
zmienia się kolor mojej twarzy na bardziej „indiański” i poczułam wreszcie, że Młoda chociaż nie skończyła jeszcze sześciu lat w
szkole sobie poradzi. Wracałyśmy do domu w zupełnie innych nastrojach, starym
zwyczajem Amelce nie zamykała się buzia i mówiła że podobają jej się czerwone
włosy jej nowej PANI, że chciałaby żeby jej nowy tornister był różowy i że w
ławce siedzieć będzie chyba z Karolinką. Nie wiem czy Karolinka o tym wie, ale
Amelka ma już swoją wizję.
Nowy tornister i nietypowe wakacyjne
lektury.
Kupiłyśmy
nowy różowy tornister z kotkiem, a w komplecie z piórnikiem i workiem na buty.
Teraz Amelka siedzi na dywanie wszystko dokładnie ogląda i pokazuje śliniącej
się ze szczęścia Zosi. Potem jeszcze przymierzanie, oglądanie się w lustrze i
spacery po domu w nowym tornistrze na plecach. Jak się dowiedziałam są to
zupełnie normalne testy tornistrów i dzieci na całym świecie tak robią, a po za
tym Zosia lubi sobie na ten tornister w ruchu patrzeć. Kiedy tornister zostaje
już dokładnie sprawdzony, a Małe usypia w leżaczku, siadamy na kanapie i
rozmawiamy o wakacjach. Tak się składa, że to ostatnie wakacje Młodej kiedy
jest jeszcze przedszkolakiem, co prawda już absolwentką bo przedszkole
zamknięte, akademia się odbyła a dyplom przedszkolaka stoi na honorowym miejscu
– obok kolekcji ręcznie zrobionych bransoletek. Co teraz? Za tydzień Amelka
wyjeżdża z babcią na wakacje,a
my rozpoczynamy remont. Do tego czasu trzeba się zrelaksować, a najlepsze do
tego są wakacyjne lektury. Na ogół rodzice w wakacje mają urlop i mają więcej
czasu na czytanie, wydawać by się mogło że to świetny czas żeby nadrobić
książkowe zaległości i czytać z dzieciakami grube i treściwe powieści dla najmłodszych. Oczekiwania rodziców
mogą się jednak rozminąć z oczekiwaniami dzieci, więc żeby spotkać się w połowie
drogi trzeba użyć sposobu. Moja propozycja książek na wakacje jest taka: jeden
podręcznik myślenia o niebieskich migdałach, jeden tomik wierszyków, które
rozbawią ale i czegoś nauczą i jedna książka z przygodami detektywa - ekologa.
Pomiędzy śniadanie i obiadem.
Pomiędzy
śniadaniem i obiadem Zosia ucina sobie drzemkę, przy dobrych wiatrach mam
godzinę, żeby w coś zagrać albo poukładać puzzle z Młodą. Ale teraz mam: „To się
w głowie nie mieści” Piotra Nowickiego, najbardziej kolorową i twórczą
instrukcję o tym jak marzyć i
fantazjować. To siedemnaście kreatywnych ćwiczeń, można je wykonywać z
zamkniętymi oczami (robiąc przerwy na oglądanie inspirujących ilustracji,
wykonanych przez Alicję Musiał), można leżeć na kanapie, albo na trawie w
ogródku, a co trzeba robić? Trzeba dumać. Duma się na zadane tematy: o tym czy
lepiej być wielkim olbrzymem czy małą myszką? O tym ile radości sprawia myszce
uczta złożona z jednej tabliczki czekolady! O tym jak by to było mieszkać na
planecie- słoniu? Po chwili przychodzą pierwsze efekty, wędrujące myśli
prowadzą nas od planety słonia do Dziw - wieloryba, który za to że pożarł
piętnaście okrętów został przez Słońce unieruchomiony, a ludzie zasiedlili go
jak wyspę. To skojarzenie z „Konikiem Garbuskiem”. Potem gramy: „W chowanego w
kolory”, Amelka szuka dookoła siebie czegoś rudego i bez namysłu wymienia rude
warkocze Pipi Pończoszanki. Gra w fantazjowanie zaprowadziła nas od
przypadkowych skojarzeń do literackich konotacji. Nie powiedziałam o tym
Młodej, ale po cichu byłam zachwycona – nie ma większego wyzwania dla
czytającego rodzica jak uczyć czytania swoje dziecko, a jeśli dziecko zaczyna
odwoływać się do literatury to znaczy że literatura jest dla jego myśli
naturalnym środowiskiem – to znaczy że czytający rodzic odniósł swój pierwszy
mały sukces. Na końcu książki znajduje się spis treści dla rodziców, z którego
można się dowiedzieć jaka jest praktyczna/ dorosła strona wspólnego myślenia o
niebieskich migdałach, ta część książki przeznaczona jest dla jeszcze nieprzekonanych
o wymierności ćwiczeń zaproponowanych przez autora. Dowiadujemy się czego uczą
poszczególne ćwiczenia, a mamy do czynienia z całą galerią eksponatów w służbie
myślenia abstrakcyjnego, a więc: posługiwanie się skalą wielki/ mały przy
opisie świata, poszukiwanie wzorów i analogii, nauka przewidywania i
planowania, rozumienie przemijania oraz zmiany, rozwój wyobraźni wzrokowej, a
także rozwój empatii. Dla dorosłego człowieka to co nazwane staje się oswojone,
zaraz potem kiedy zrozumiemy zamiar z jakim autor zwraca się do czytelnika
łatwiej będzie nam oddać się beztroskiemu dumaniu - tylko my, nasze dzieciaki i
całe wszechświaty do wydumania. Leżeć i marzyć przedpołudniem - kusząca
perspektywa.
Po obiedzie – Armagedon!
Może
i Małe wyspało się do obiadu, ale potem przypomniało sobie o ząbkowaniu i już
nie ślini się z radości tylko krzyczy, a żeby tego było mało pada deszcz, więc
Młoda raczej nie pobawi się w ogródku?! Trzeba coś wymyślić. Jak na złość
wszystko się znudziło i malowanie i rysowanie i lepienie z plasteliny i
słuchanie ulubionych bajek też! Na szczęście można wybudować zamek dla królowej
Koników Pony i można jeszcze posłuchać audiobooka ze śmiesznymi wierszykami. „Żabki i żabki czyli słowne pułapki”
Maurycego Polaskiego, to dwanaście wierszyków, których bohaterami są:
zamki, pióra i jeż - techniczne dno, ekspres
i tempo ekspresowe, rakiety, jabłka, żabki, gąsienice, piłki, babki, drogi i homonimy. Słuchając audiobooka i bawiąc się, dziecko zauważy że temat wiersza jest zabawny i można się pośmiać, że same wierszyki rymują się i szybko zapadają w pamięć, a aspekt „podwójnego znaczenia” i tego czym są homonimy wymaga już obecności rodzica. Nie ma się czego obawiać, uczulanie i nauka języka polskiego nie muszą być trudne. Wystarczy wspólne, głośne odczytanie wiersza, a w tłumaczeniu zjawiska pomagają sugestywne ilustracje stworzone na zasadzie rebusa. Nie łudźmy się że dziecko w lot nauczy się terminu „homonimy” i jego znaczenia na pamięć, ale na pewno zrozumie idee – a to jest najważniejsze.
i tempo ekspresowe, rakiety, jabłka, żabki, gąsienice, piłki, babki, drogi i homonimy. Słuchając audiobooka i bawiąc się, dziecko zauważy że temat wiersza jest zabawny i można się pośmiać, że same wierszyki rymują się i szybko zapadają w pamięć, a aspekt „podwójnego znaczenia” i tego czym są homonimy wymaga już obecności rodzica. Nie ma się czego obawiać, uczulanie i nauka języka polskiego nie muszą być trudne. Wystarczy wspólne, głośne odczytanie wiersza, a w tłumaczeniu zjawiska pomagają sugestywne ilustracje stworzone na zasadzie rebusa. Nie łudźmy się że dziecko w lot nauczy się terminu „homonimy” i jego znaczenia na pamięć, ale na pewno zrozumie idee – a to jest najważniejsze.
Na dobranoc trochę ekologicznych
sensacji.
W
wakacje na jaw wychodzi brutalna prawda: przedszkole jest nieocenioną pomocą w
wychowaniu i organizowaniu czasu dla dziecka, szczególnie kiedy ma się jeszcze
drugie, małe dziecko?! Kiedy zbliża się pora spania, jestem już nieźle skonana,
mam za sobą dwie kolacje, dwie kąpiele, a w tle dzień na szybkich obrotach –
tak, ja jestem już na rezerwie a dziewczyny niekoniecznie. Radek usypia Zosię,
a my z Amelką czytamy. Wakacyjna lektura na dobranoc musi przewidywać
„wakacyjny surwiwal” i być tak skonstruowana, żeby na aktywne i wypoczęte dziecko mieć sposób, a
więc: zaciekawić, zmusić do ostatniej (tego dnia) aktywności intelektualnej, a
na końcu zaspokoić chęć poznania i uśpić. W skrócie: wszystko w niej musi być
„bardziej”: bohater bardziej interesujący, temat bardziej ciekawy – najlepiej dwa w jednym, a
sama książka mogłaby jeszcze mieć coś więcej niż tekst i ilustracje, najlepiej
naklejki i coś co następnego dnia rano można wyciąć. Czy istnieje taka książka?
Istnieje seria o detektywie Łodydze. „Detektyw
Łodyga na tropie zagadek przyrodniczych” autorstwa Barbary Wicher to nikt inny tylko: pies, detektyw i ekolog w jednym
- jego krótkie przygody pod różnymi tytułami: „Nieziemski robal”; „Duchy
czyściochy”; „Basen na stole” i „Poszukiwacze skarbów” są tylko pretekstem do propagowania tematów pro
ekologicznych. Wśród wymienionych są: dbanie o glebę i naszą planetę,
oszczędzanie wody, czy zastosowanie i produkcja czystej energii. Tematy
związane z ekologią bardzo interesują i inspirują dzieci, przy niewielu innych zagadnieniach tak dobrze snuje się
dyskusja, może dlatego lepiej mieć zapas sił witalnych kiedy na tapecie jest
„Detektyw Łodyga”. Łodyga ma kwalifikacje na bycie wakacyjną lekturą, przygody
o nim zostały wydane przez wydawnictwo Skrzat w cyklu: „ Pierwsze czytanki” co
umożliwia Wam przynajmniej trzy różne sposoby czytania: przez dorosłego jako
historię do poduszki z bonusowym długim panelem dyskusyjnym, jeśli Wasze
dziecko potrafi już czytać możecie czytać go na role, a ponieważ Łodyga jest
napisany dużą trzcionką nadaje się także jako przykładowy tekst do czytania
przy nauce czytania właśnie. Na końcu książki znajduje się quiz wiedzy
dotyczący wcześniej omawianych zagadnień, karty memo do wycięcia, naklejki-
nagrody dla super detektywa i kilka propozycji DIY- czyli jak nadać śmieciom drugie życie , a przy okazji
zająć czymś świeżo upieczonego absolwenta przedszkola. Kończy się zwykły
wakacyjny dzień, wakacyjne lektury w pogotowiu na pewno przydadzą się jutro.
Spotkanie dwudzieste drugie: O dniu taty
na BIS.
W recenzji: Barbara Stenka: „Tatax i inne historyjki o tatusiach”, wyd. BIS.
Od siebie.
Dopiero się uczę i nie
wiele wiem o ojcostwie. Mój tata rozwiódł się z moją mamą i ze mną piętnaście
lat temu. Uogólniając można powiedzieć że nie mam taty. Nie, nie zamierzam
biadolić, nie o tym będzie ten tekst. Niestety mam taką cechę charakteru, że
jeśli z czymś sobie nie radzę to upycham
po kątach pamięci i liczę że zapomnę, a wiadomo że jak się coś upycha to
prędzej czy później wypadnie. I tak niepozornie, przy okazji swojego święta
wyszedł na światło dzienne mój upchany tato. Jak już wyszedł, to okazało się że
nie ma o czym mówić, bo prawie nie pozostawił po sobie śladu. Czarna dziura
sprawiła że zaczęłam jeszcze intensywniej myśleć o ojcu, a kiedy go w myślach
szukałam wyłonił się ojciec mojej przyjaciółki. Nie będzie wielkiego kontrastu,
że mój tata był beznadziejny, a tata Asi wspaniały i bohaterski – nic z tych
rzeczy. Ojciec Aśki lubił oglądać telewizję, czytał w kuchni gazetę i palił
mentolowe papierosy, Kornel - jamnik Asi był praktycznie jego psem. Dużo ze
sobą spacerowali, ja przynajmniej miałam wrażenie że nikt tu nikogo nie
wyprowadzał, to były ich wspólne spacery. Dzisiaj, zwyczajny do granic tata Asi
chodzi na spacery z jej synem, a ja myślę że tak musi wyglądać normalna relacja
ojciec- córka. Nawet jeśli się mylę, bo oprócz upychania mam jeszcze skłonność
do idealizowania, to jednego jestem pewna: najważniejsza jest obecność. Mojego
taty praktycznie nigdy nie było, dlatego pojęcie i rola ojca są w moim życiu jeszcze
ciepłym od nowości tematem.
Od autorki.
Mam
wrażenie że z podobnego założenia wyszła Barbara Stenka, autorka zbioru
opowieści zatytułowanych: „Tatax i inne historyjki o tatusiach”. W dziewięciu
opowiadaniach, na stu czternastu stronach autorka opisuje domowy drugi plan,
czyli w większości polskich rodzin „tatusiową strefę wpływów”. Standardowo jest:
mama, dzieciaki i zamykający peleton tata, a ja od dłuższego czasu myślę że
gdyby nie dobry tata to peleton nie dotarłby szczęśliwie do mety. Chociaż
czasem nie liczy się meta, tylko wspólne uprawianie sportu.
Podobnie
wykoncypowały: Marylka i Martynka - córki słynnego maratończyka, mistrza
Wadzinowskiego. Tata sportowiec rzadko bywa w domu, trenuje i występuje na
zawodach, ale jak już zawita szczęścia nie ma końca. Są też plany by rozbudzić
w córkach mistrza pasję taty i pobiec pierwszy wspólny mini maraton. Ale to nie
jest takie łatwe po prostu przebiec trzy kilometry po pachnącym lesie. Problemy
zaczynają się już od rozgrzewki, każdy ma inną koncepcję. Czym dalej w las tym
maraton bardziej pali na panewce, wiele rzeczy przeszkadza i rozprasza uwagę
biegaczek: a to „półka na drzewie”, a to lotnia, a to dzięcioł, który nie je
batonów, a to strumyczek, a to telefon który się zgubił… Coś mi się zdaje że to
będzie najtrudniejszy maraton mistrza Wadzinowskiego.
Zresztą
nikt nie mówił że bycie tatą jest proste, a jeśli jest się jeszcze tatą z misją
to piętrzą się Himalaje przeszkód i trudności. Wystarczy punkt zapalny: zepsuta
winda w bloku,
a z wspomnianego drugiego planu wyłania się tata bohater. Jest zaopatrzony w cukierki i ma do pomocy swoje dzieci: Maciusia i Zuzankę, którą wszyscy i ona sama nazywają „Ają”. Tata jest z ducha społecznikiem i chce zaopatrzyć w jedzenie wszystkich staruszków z bloku, pomijając oczywiście tych z parteru. Sąsiedzi, jak to najczęściej bywa, nie mogą pomóc, więc tata z Maciusiem i Ają w nosidełku rozpracowują kryzys żywieniowo- logistyczny w bloku. Najpierw: spis lokatorów, potem odwiedziny u staruszków, zrobienie list sprawunków
i wyprawa do sklepu. Są też pierwsze problemy: wózek ugina się od nadmiaru zakupów, Aji trzeba zmienić pieluchę, a w supermarkecie nie ma punktu dla taty z dzieckiem. Niestety mniejsze kryzysy rodzą większe, zapakowany od podłogi po sufit zakupami samochód zatrzymuje się i odmawia współpracy, trzeba zadzwonić po taksówkę?!A jak to wszystko się skończy? Jak zwykle, rzeczywistość nie dorasta tacie społecznikowi do kostek, a windy czasem naprawiają stanowczo za szybko!
a z wspomnianego drugiego planu wyłania się tata bohater. Jest zaopatrzony w cukierki i ma do pomocy swoje dzieci: Maciusia i Zuzankę, którą wszyscy i ona sama nazywają „Ają”. Tata jest z ducha społecznikiem i chce zaopatrzyć w jedzenie wszystkich staruszków z bloku, pomijając oczywiście tych z parteru. Sąsiedzi, jak to najczęściej bywa, nie mogą pomóc, więc tata z Maciusiem i Ają w nosidełku rozpracowują kryzys żywieniowo- logistyczny w bloku. Najpierw: spis lokatorów, potem odwiedziny u staruszków, zrobienie list sprawunków
i wyprawa do sklepu. Są też pierwsze problemy: wózek ugina się od nadmiaru zakupów, Aji trzeba zmienić pieluchę, a w supermarkecie nie ma punktu dla taty z dzieckiem. Niestety mniejsze kryzysy rodzą większe, zapakowany od podłogi po sufit zakupami samochód zatrzymuje się i odmawia współpracy, trzeba zadzwonić po taksówkę?!A jak to wszystko się skończy? Jak zwykle, rzeczywistość nie dorasta tacie społecznikowi do kostek, a windy czasem naprawiają stanowczo za szybko!
Od końca.
Jeśli
dobry tata stoi wiernie na drugim planie, to zazwyczaj tylko pomaga: czasem
pcha wózek, czasem naprawia rower, czasem uklepie schabowego, albo popuszcza
latawca, ale jest i to że zawsze jest na wyciągnięcie ręki jest nieobliczalnie
ważne. Jeśli go nie ma, za plecami pierwszego planu jest szaro, pusto i zawsze
czegoś brakuje. Trudno właściwie powiedzieć czego, ale brakuje i to uczucie nie
mija. Cieszę się że za plecami moich dziewczynek rozciąga się malowniczy, mądry
i bogaty w dobre rady drugi plan - nasz TATA.
Wszystkim
tatusiom którzy chcieliby subtelnie zaakcentować swoją obecność, wszystkim
mamom które chciałyby podziękować swoim połówkom i wszystkim zajętym sobą
dzieciakom polecam czytanie opowiadań: „Tatax
i inne historyjki o tatusiach”.
Do następnych przyjemnych Lektur
Honoratki!
Spotkanie dwudzieste pierwsze: Post jubileuszowy.
W recenzji: ”Świerszczyk. Wielka Księga.”, wyd. Egmont.
Wanda Chotomska: „Kubuś i jego gromadka”
oraz „ Kubuś i lekcje ze Stumilowego Lasu”, wyd. Egmont.
Jubileusz z perspektywy mamy.
Trzydziestego
maja mieliśmy z Radkiem rocznicę ślubu. Już sześć lat jestem żoną, pięć i pół mamą
i żoną. W tym czasie wszystko się zmieniało, stawało na głowie, nie zawsze było
różowo. Pamiętam jak pojechałam na spotkanie mojej grupy i Radek trzy godziny
spacerował z małą Amelką w wózku w okolicy naszego uczelnianego klubu, żebym
mogła porozmawiać ze znajomymi, a jednocześnie żebym była blisko Amelki.
Pamiętam też naszą pierwszą rocznicę ślubu, postanowiliśmy pojechać razem do
Krakowa na obiad i na spacer, tyle że dwa dni przed wyjazdem zepsuł nam się
wózek i musieliśmy zabrać mój wózek. No i pojechaliśmy: my, półroczna Amelka i
dwudziesto sześcio letni wózek, zresztą piękny z pluszową budą i wiklinową
gondolą – spodobał się grupie japońskich turystów, kilka minut błyskały flesze.
Cząstka naszej rodziny jest w Japonii. Jest też w Meksyku. Moja przyjaciółka
Carmen przysłała Amelce strój ludowy na drugie urodziny, zdjęcie Amelki w
czerwonej spódnicy wyszywanej cekinami stoi na komodzie w jej sypialni. Cztery
miesiące temu urodziła się Zosia, wyprowadziliśmy się z naszej zaczytanej
kawalerki i wróciliśmy do mojego domu rodzinnego. Powroty nie są łatwe, znowu
jesteśmy na starcie i wszystko zaczynamy od początku, ale jesteśmy razem, we
czwórkę.
Jubileusz z perspektywy człowieka
dojrzałego (już prawie trzydziesto jednoletniego).
Ktoś
kiedyś napisał, że dorosłe życie przynosi wstyd. Czasem przynosi wstyd, ból i smutek,
ale na szczęście przynosi też całą paletę radości - przynosi rodzinę i
przyjaźń. Czuję się spełniona jako mama, ale zawsze wiedziałam że chciałabym
rozwijać swoje pasje i robić coś dla siebie. Mój blog, który w maju obchodził
trzecie urodziny, pozwala mi ciągle być człowiekiem z pasją i z tożsamością. Wiem
kim jestem ponieważ ciągle się czymś interesuję i znajduję czas na czytanie.
Jubileusz z perspektywy czytelniczki
Świerszczyka.
Jestem
dzieckiem przedszkolanki. Z dzieciństwa pamiętam jak mama wycinała z tektury
stosy: liści, żołędzi, kasztanów i jabłuszek. Potem było wspólne malowanie.
Pamiętam też jak odrestaurowywała kukiełkowy teatrzyk. Ciągle mam przed oczami
te buzie z masy papierowej, sukienki z koronki, włosy z włóczki i korony
wyklejane sreberkami od cukierków. Była jeszcze obowiązkowa wycieczka, raz na
dwa tygodnie do kiosku ruchu i zakup prasy dziecięcej: „Misia”; „ Pentliczka” i
„ Świerszczyka”. Zazwyczaj kupowałyśmy po dwa numery wszystkiego, ale
ostatecznie moja kolekcja też trafiła do przedszkola. Kiedy urodziła się Amelka
pożałowałam tej decyzji, ale podjęłam następną: będziemy razem z Amelką
wędrowały do kiosku i kupowały prasę dziecięcą. Ze starej, wymienionej przeze
mnie gwardii ostał się tylko „Świerszczyk”, na szczęście czas działa tylko na
jego korzyść. Tak, bo „Świerszczyk” pamięta nie tylko zasmarkany nos mojego
pokolenia, właściwie to sięga pamięcią jeszcze dwa pokolenia wstecz. Po Polsce
chodzą babcie, mamy i wnuczki które łączy lektura „Świerszczyka”. „Świerszczyk”
liczy sobie siedemdziesiąt wiosen, ale jak na staruszka wygląda bardzo młodo.
Mapa dwutygodnika od lat wygląda podobnie, rozpoczynamy od historyjki
obrazkowej z przygodami czarownicy Irenki, potem jest obowiązkowy wiersz -
chwała za to „Świerszczykowi” że propaguje niemodne już dzisiaj czytanie
poezji. Następnie kącik dla tych którzy znają litery i czytają samodzielnie,
zaraz potem „Z pamiętnika pewnego Świerszczyka” czyli szkolne i nie tylko przygody Bajetana Hopsa –
tytułowego bohatera magazynu. „Świerszczyk” nie byłby sobą gdyby nie krzyżówka,
duża wkładka quizów, zgadywanek, komiksy z Zającem Kicajem z Kotkiem Mamrotkiem
(od tego ostatniego zawsze z Amelką
zaczynamy wstępne przeglądanie i czytanie „Świerszczyka”) i najlepsze na koniec: „Wielkie czytanie”. „Wielkie
Czytanie” podobnie jak każdy numer „Świerszczyka” jest tematyczne, bo każdy
numer magazynu poświęcony jest innemu zagadnieniu, tak więc co dwa tygodnie
czytamy, a potem dyskutujemy o czymś innym - to kolejny twórczy aspekt
sędziwego już „Świerszczyka”. Myślę sobie, że jeśli magazyn trzyma poziom od
1945 roku, bo wtedy właśnie pierwszego maja ukazał się w kiosku pierwszy numer,
to należą mu się ukłony, a jego czytelnikom prezent. Dla fanów czytania i
lektury „Świerszczyka” najlepszym prezentem na urodziny ulubionego prasowego
tytułu mógłby być sam „Świerszczyk” tyle, że większy, a nawet super size! Uderz
w stół, a nożyce się odezwą - w maju „Świerszczyk” i Literacki Egmont połączyli siły i
ukazał się: „Świerszczyk. Wielka księga”. Jest w niej wszystko co
świerszczykoholicy lubią najbardziej, a więc: ”Z pamiętnika pewnego
Świerszczyka”, wiersz, komiksy: „Kotek
Mamrotek” i „Zając Kicaj”, „Litery znam, więc czytam sam” oraz „Wielkie
czytanie”.
A czym się różni „Świerszczyk. Wielka księga” od „Świerszczyka” kupowanego w kiosku co dwa tygodnie? Tym co jeden kawałek tortu od całego tortu - rozmiarem przyjemności! Wielka świerszczykowa księga ma prawie dziesięć razy więcej stron, a więc nie niespełna trzydzieści, a niespełna dwieście pięćdziesiąt! Taki „gruby Świerszcz” czyta się dłużej i na wiele sposobów. Jak już wspominałam, my z Amelką czytamy „Świerszczyka” od Kotka Mamrotka, pozostali pewnie czytają od innej ulubionej strony, albo od deski do deski, a wielką księgę Świerszczyka można czytać na hasło stop. Jak to działa? Ja powoli kartkuję „grubego Świerszcza”, Młoda mówi „stop” i ma niespodziankę bo wypada różnie, a to na mały wiersz o małym „Smuteczku”, a to na bardzo u nas w domu aktualne opowiadanie o początkach szkoły pt. ”Łucja czy Łukasz”, a to na literackie spotkanie z obcym - „Zielony na czerwonym”, a to na wyczekiwanego „Kotka Mamrotka i Koci Kosmos”. Zabawa jest przednia, trwać może kilkanaście wieczorów, tyle że niekoniecznie sprzyja szybkiemu zasypianiu.
A czym się różni „Świerszczyk. Wielka księga” od „Świerszczyka” kupowanego w kiosku co dwa tygodnie? Tym co jeden kawałek tortu od całego tortu - rozmiarem przyjemności! Wielka świerszczykowa księga ma prawie dziesięć razy więcej stron, a więc nie niespełna trzydzieści, a niespełna dwieście pięćdziesiąt! Taki „gruby Świerszcz” czyta się dłużej i na wiele sposobów. Jak już wspominałam, my z Amelką czytamy „Świerszczyka” od Kotka Mamrotka, pozostali pewnie czytają od innej ulubionej strony, albo od deski do deski, a wielką księgę Świerszczyka można czytać na hasło stop. Jak to działa? Ja powoli kartkuję „grubego Świerszcza”, Młoda mówi „stop” i ma niespodziankę bo wypada różnie, a to na mały wiersz o małym „Smuteczku”, a to na bardzo u nas w domu aktualne opowiadanie o początkach szkoły pt. ”Łucja czy Łukasz”, a to na literackie spotkanie z obcym - „Zielony na czerwonym”, a to na wyczekiwanego „Kotka Mamrotka i Koci Kosmos”. Zabawa jest przednia, trwać może kilkanaście wieczorów, tyle że niekoniecznie sprzyja szybkiemu zasypianiu.
Reasumując,
„Świerszczyk. Wielka Księga” to wspaniały prezent dla wszystkich którzy
„Świerszczyka” świetnie znają i regularnie czytają, ale może też być długim
pierwszym rozdziałem do nowej znajomości – do znajomości z najstarszym i
najlepszym polskim magazynem dla dzieci. Nieprzekonanych proszę jeszcze o
głośne przeczytanie następujących nazwisk: Zofia Stanecka, Natalia Usenko,
Małgorzata Strzałkowska, Grzegorz Kasdepke, Elżbieta Pałasz, Rafał Witek,
Roksana Jędrzejewska - Wróbel i wielu innych, wspaniałych dziecięcych autorów którzy
gwarantują najwyższej próby poezję i prozę dla dzieci, rodziców i dziadków.
Myśląc o perspektywie Zosi.
W
naszej domowej biblioteczce są trzy półki z książkami, o których myślałam że
przeszły w stan dłuższego leżakowania – to pierwsze książeczki Amelki. Już wkrótce trzy
półki razem z zawartością zmienią właściciela i zaczną służyć Zosi. Są wśród nich: wiersze
i drobne opowiadania wydane na mięsistych, tekturowych stronach, kieszonkowy
zbiór Brzechwy, trzy inaczej zilustrowane i wydane „ Lokomotywy” Tuwima, których
dzięki „ciufom” i „pufom” lubi słuchać każdy świeżo wypiekany, młody czytelnik,
są też kontynuacje przygód paczki ze Stumilowego Lasu pt. „Świat Kubusia
Puchatka”. Właśnie do spadku po Amelce dołączyły: „Kubuś i jego gromadka” oraz
„Kubuś i lekcje ze stumilowego lasu”- to jak słusznie się domyślacie
kontynuacja przygód znanych i lubianych bohaterów ze Stumilowego Lasu
przystępnie opowiedzianych przez Wandę Chotomską. Śmiało można powiedzieć, że
obie pozycje wprowadzają najmłodszego czytelnika w świat Kubusia Puchatka i
jego przyjaciół. Jeśli podium oraz tytuł: „znawcy i specjalisty od Kubusia”
uzyskuje ten czytelnik, który czyta sam
albo z rodzicem „Kubusia Puchatka” i „Chatkę Puchatka” autorstwa A.A Milne w niestarzejącym się tłumaczeniu Ireny Tuwim, to tytuł „początkującego
pasjonata” należeć się będzie wszystkim tym, którzy z otwartymi oczami, nitką
śliny w kąciku ust, a czasem z asystą smoczka rozpoczynają czytanie: „Kubusia i
lekcji ze Stumilowego Lasu” oraz „Kubusia i jego gromadki”. Nie należy obawiać
się, że dostajemy ładnie opakowany „produkt Kubusiopodobny”, nic z tych rzeczy.
Każdy ze znanych bohaterów jest ciągle sobą: Kubuś ma słabość do miodku i
namiętnie wymyśla mruczanki, które z racji łączenia się namiętności, łatwo
przechodzą w mlaskanki. Kłapołuchy jest niereformowalnym marudą, Prosiaczek
mniej boji się tylko w towarzystwie Kubusia, Królik pozostał niezmiennym
perfekcjonistą z jedynym dobrym planem w głowie, Tygrysek skacze, a Krzyś jak
dostanie kartkę i ołówek to także stworzy mruczankę tyle że Krzysiową. Wczoraj
wieczorem przeprowadziłam eksperyment: położyłam małą Zosię na leżaczku obok
łóżka Amelki i przeczytałyśmy razem jedno z opowiadań z żółtego tomiku – „ Kubusia i jego gromadki”. Żaden cud się nie
stał, ale Małe, leżało, nie płakało i było z nami, to wystarczająco dobry
początek żeby mieć nadzieję że powtórzę swój największy wychowawczy sukces i
zarażę czytaniem jeszcze drugą moją córkę.
Do
przyjemnego spotkania w następnych Lekturach Honoratki!
Spotkanie dwudzieste: Kocie sprawy.
W recenzji: „Jak wytresować kota?”, Dawid Ratajczak, wyd. Skrzat, Kraków 2015 i „Kotek”, Wiesław Drabik, wyd. Skrzat.
Na
początku się przyznam, zrobię to od razu, bez owijania w bawełnę i bez zbędnych
ceregieli – nie lubię kotów. Tak, wiem czym ryzykuję. Lubię czytać od dawna i
zauważyłam, ze osiemdziesiąt procent ludzi dzielących moje zainteresowania lubi
czytać i ma kota. Bloga piszę od dwóch lat i w tym środowisku panują podobne
upodobania: ludzie lubią czytać, mają kota i fotografują książki. A w kadrze
często pojawia się koci ślad: pyszczek, ucho, albo chociaż ogon. Świat ludzkich
czytelników jest pełen ich kocich towarzyszy, tak więc pozostaje mi tylko mieć
nadzieję, że po moim wyznaniu nie zmniejszy się grono czytających „Lektury
Honoratki”. Na swoją obronę powiem, że moje relacje z kotami wcale nie są takie
jednoznaczne i ciągle się krystalizują. Teraz jestem na etapie: obserwowania,
opisywania
i cichego pomagania kotom.
i cichego pomagania kotom.
U
mnie w domu nigdy nie było kotów, do momentu pojawienia się Filemona, ale o tym
później, zawsze były psy. Zanim się urodziłam, mój pradziadek Maciek miał
jamnika Fafika. Dziadek i pies byli myśliwymi, dziadek polował na bażanty, a
Fafik na lisy. Przyjaźń dziadka z jamnikiem w mojej rodzinie jest owiana legendą: dziadek i pies byli
nierozłączni i żyli w przyjaźni, no przynajmniej do zimy. Na zimę do dziadka przychodził jeż,
dziadek pozwalał mu przezimować za piecem w kuchni, co bardzo irytowało Fafika.
Jeż spał na zapiecku, dziadek czyścił strzelbę, a Fafik obrażony nie pozwalał
się głaskać aż do wiosny. Kiedy byłam już na świecie, w domu mieliśmy kundelkę
Mikę, takie maleństwo na kształt kiełbaski z nóżkami jak patyczki - świetna do
grzania domowych papci. Od kiedy pamiętam Mika była siwiuteńką staruszką, spała
w koszyku obok lodówki i posikiwała gdzie popadnie, prawdopodobnie ze starości.
Kiedy byłam w drugiej klasie, ojciec pod pazuchą kurtki przyniósł mi moją
jamniczkę – Punię. Historia Punii ma jednak tragiczne zakończenie, dlatego w
tym momencie, na wiele lat kończy się zwierzęca linia w mojej rodzinie. Od
tamtego czasu nikt z nami nie mieszka, żadnego ujadania ani miauczenia,
pomijając gdakanie babcinych kur. Cisza.
Filemon.
Od
zawsze lubiłam siedzieć na parapecie naszego południowego okna, gapić się na
ogród i na las, mogłam to robić wiele godzin zupełnie bezproduktywnie, no chyba że się
zakochałam, to wtedy wzdychałam i gapiłam się na las. Któregoś dnia zauważyłam
że coś porusza się w paprociach, okazało się że to dzika kotka urodziła małe kociątko. Na
podwórku, pod moim oknem czarna jak węgiel kotka urodziła czarne jak węgielek
kociątko. Zaczęłam im nosić mleko i zaczęłam je podglądać. Tego co dzieje się w
głowie kota można się tylko domyślać, ale któregoś dnia otworzyłam drzwi, a na
wycieraczce siedziało kociątko, spojrzało na mnie oczami w kolorze limonki i
nonszalancko przemaszerowało pomiędzy moimi nogami. Pewnie tak chciało
zakomunikować, że zostaje. I chociaż wszyscy byli przeciwni, kociątko zostało, i dostało imię świadczące że kot potrafi wszystko - nawet białe zamienić w
czarne. Czarny Filemon nosi bajkowe imię białego kotka. Filemon cały czas jest
niezależny, pomieszkuje w obrębie domu, pozwala się karmić, ale ani na chwilę
nie zrezygnował ze swojej wolności. Kiedy wyprowadziłam się z domu koci duch
poszedł moim śladem. Na balkonie naszej kawalerki pojawił się pręgowany kot, lubiący mleko
i nasze wieczorne czytanie. Siedział na balkonie z nosem przyklejonym do szyby, wypijał zostawione dla niego mleko i słuchał
bajek. W ciepłe wieczory zostawiałam uchylone
okno, żeby lepiej słyszał. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to nie
jestem taką klasycznie nielubiącą kotów osobą, ja po prostu nie wyobrażam sobie
posiadania kota.
Mieć, czy nie mieć kota?
Jest
na świecie wielu zdeklarowanych przyjaciół kotów, takich którzy nie wyobrażają
sobie życia bez kota. Są tacy którzy od kotów trzymają się z daleka i tacy jak
ja, którzy koty szanują ale chodzą innymi niż kocie ścieżkami. Są jeszcze tacy którzy zastanawiają się czy
wziąć kota do domu. I szczególnie dla tych ostatnich jest adresowana książka
Dawida Ratajczaka pt „Jak wytresować kota?”. Książka jest warta przeczytania z
trzech powodów: jest ciekawa, zabawna i w inteligentny sposób gra z konwencją poradnika.
Dlaczego ciekawa i zabawna?
Nie
przypuszczałam, że życie domowego kota może być ciekawe?! Okazuje się że
standard obrzydliwy, czyli: kąpanie, przycinanie pazurów, wizyta u weterynarza
i sam fakt mieszkania z kotem są jedną wielką kopalnią żartu sytuacyjnego.
Głównym problemem człowieka jest to, że ma jakąś wizję, w tym przypadku wizję
posiadania kota. Człowiekowi wydaje się, że przyniesie kotka, wsadzi go do
specjalnie dla niego kupionego legowiska, nasypie mu karmy do kolorowej
miseczki i już sobie będą tak razem żyć do końca świata. Nic bardziej błędnego!
Kot jest wielkim indywidualistą, ma charakter, nastroje i humory, w ogóle cały
przypomina zaplecze sklepu dla magików – kot jest nieprzewidywalny. Jak inaczej
można określić zwierzę, które nie zawaha się zaatakować właściciela gdyby ten
wpadł na pomysł odświeżenia go w wannie, albo utyje i skutecznie uniemożliwi nam odchudzenie go, albo
zaadaptuje nasze łóżko na swoje, albo zje naszego ulubionego kwiatka, a potem
go zwróci w dziesięciu różnych miejscach? Tak właśnie zachowuje się trudny
przypadek ogólnie sklasyfikowanego „mruczka”. Autor pisząc o prozie kocio -
ludzkiego życia robi to rubasznie, lekko i okrasza dowcipem. Ma ponadto niemały
talent do sekwencji: „życie z kotem daje nam możliwość poczucia się we własnym
domu jak gość”; „gruby kot jest nadal szybki, tylko krócej” ; ”mycia kota się
nie zapomina” ; „kot ma słuch dobry, ale wybiórczy” i wiele innych mini puent
po których może nastąpić tylko wybuch śmiechu. Styl pisarski Dawida Ratajczaka to
kolejny atut, nie ma się wrażenia „bycia pogrążonym w lekturze” to raczej
przyjemna pogawędka o kotach, która trwa: jeden duży kubek kawy zbożowej i dwie
filiżanki herbaty ziołowej, może upłynąć jeszcze szybciej jeśli zaliczyliście
kurs szybkiego czytania.
Poradnik, a nie poradnik.
Koronną cechą poradnika jest: opisywać konkretny
przedmiot lub zagadnienie, radzić jak rozwiązać problem, kierować, pouczać,
epatować wiedzą. W przypadku „Jak wytresować kota?” definicja jest tylko w
połowie trafiona. Autor rozjaśnia mroki przed tymi którzy o kotach nie wiedzą nic, ale zarazem nie sili się na nieomylność i wiedzę
absolutną. Naturalnie jako doświadczony „właściciel” dwóch kotów może uczulać i
przestrzegać, ale będąc obeznanym w zmienności kociego charakteru wie że w
zasadzie każdy kot musi być traktowany indywidualnie. Dawid Ratajczak miał
dobre intencje – chciał kota teoretycznie przybliżyć człowiekowi i to się udało.
W przypadku „kociego tematu” warto pamiętać że teoria i praktyka często chodzą
dwiema różnymi drogami, a sam opisywany idzie nonszalancko trzecią
ścieżką.
Zakończenie z „Kotkiem” i z kotami.
„Jak wytresować kota” jest książką adresowaną do czytelnika w każdym wieku, mojej Amelce bardzo podobał się rozdział o „Myciu kota” ja śmiałam się od pierwszego skrzydełka okładki, przez dwieście trzy strony aż do drugiego skrzydełka okładki, gdzie autor w dziesięciu punktach wymienia w czym kot jest lepszy od mężczyzny, a w czym od kobiety. Bez wątpienia Dawid Ratajczak jest popularyzatorem kociego tematu, jego książkę warto przeczytać, aby nie tracąc dobrego humoru być bardziej świadomym z konsekwencji brania odpowiedzialności za tak charakterne stworzenie jakim jest kot.
Dla
najmłodszego członka rodziny w której się czyta i uczy czytania dzieci,
(zarówno rodziny w której kot jest, albo w której kota nie ma) polecam „Kotka”
Wiesława Drabika, krótki, rymowany tekst i duże kolorowe ilustrację przyciągają
uwagę nawet najmłodszego słuchacza – sprawdziłam to na naszej Zosi!
Pozdrawiam i zapraszam na następną Lekturę
Honoratki!
Spotkanie dziewiętnaste: Podchody pod Kucyki Pony.
W recenzji komiksy: „Mój Kucyk Pony:
Przyjaźń to magia” i „Lucky Luke”, wyd. Egmont.
Mody…
Jako
dziecko uwielbiałam lalki Barbie, była to miłość absolutna i bezkrytyczna.
Chociaż z dzisiejszej perspektywy nie wiem jak można lubić lalkę - małą
kobietkę, której biust przypomina kształtem obgryzioną ekierkę, która ma biodra
nie wiele szersze od kolan i kładzie się spać w pełnym makijażu? Nie rozumiem
mojej dziecięcej fascynacji Barbie, podobnie nie rozumiem szaleństwa Amelki na
punkcie Koników Pony?! Mamy w domu chyba wszystkie możliwe Pony gadżety:
gazetki, skarpetki, pudełeczka na skarby z konikami, linijki, zakładki do
książek, kolorowanki i same kucyki w trzech rozmiarach: duża Księżniczka
Celestia, średnie i mniejsze klaczki, a nawet maleństwa z jajek niespodzianek.
A ostatnio pobłażliwy, babciny króliczek wielkanocny przyniósł Amelce lalkę
kucyka?! I znowu ta sama śpiewka: powtarzający się kształt klepsydry,
zamiast biustu zdeformowana ekierka i tylko buzia konika i modny kolor -
wrzosowa skóra i jagodowe włosy?! Amelka oszalała ze szczęścia, ale nie na
długo. Po kilku dniach bycia nierozłącznie związaną z „fioletową pięknością”,
Amelka wsadziła lalkę- kucyka do łóżeczka dla lalek, w którym śpi już piątka
innych lalek i cztery kucyki, przykryła ją kołderką i stwierdziła że nowa
przyjaciółka wyjechała na wakacje. I tak wygląda ekspresowa historia wielkiego
marzenia o posiadaniu na własność kolejnej wariacji na punkcie konika.
Oczywiście kucyki ciągle się pojawiają, są jednym z domowych leitmotivów.
Ostatnio znów słucham o następnym konikowym marzeniu, podobno potrafi robić przewrotki
w tył?! Żeby nie zwariować, albo nie nabawić się jakiejś „konikofobii”,
postanowiłam wziąć Kucyki Pony sposobem. Razem z Amelką przeczytałyśmy komiks:
„Mój Kucyk Pony: Przyjaźń to magia”. Wspólne czytanie komiksu, różni się od
wspólnego czytania książki. Siła przekazu treści i ilustracji ma w komiksie
zupełnie inny wymiar niż w książce. Czytając dziecku książki, raz na kilka
stron pokazujemy mu ilustracje, uchylamy w ten sposób tylko rąbka tajemnicy,
całą resztę mały słuchacz musi wyobrazić sobie sam. Tymczasem w komiksie to
ilustracje akcentują i przemawiają głośniej niż sama treść. Dlatego komiks ma
tyle samo przeciwników co wielbicieli. Ilustracje w komiksie niosą historię, ma
to niewątpliwie taką zaletę że po wspólnym odczytaniu komiksu, dziecko które
jeszcze nie potrafi czytać, może z łatwością do komiksu wrócić. Jest jeszcze
jeden powód, wspólna lektura komiksu zapewnia większą interakcję czytającego (
mamy/ taty) ze słuchaczem ( dzieckiem). Siedzimy obok siebie, razem czytamy i
oglądamy komiks, komentujemy nie tylko przygody kucyków, ale także co ważne dla
malej dziewczynki ich wygląd, czarodziejskie moce, sugestywne miny. Reasumując,
mamy szanse bliżej się kucykom przyjrzeć. Czytając Amelce komiks: „Mój Kucyk
Pony, przyjaźń to magia” spędziłyśmy wspólnie czas: pośmiałyśmy się z
głupiutkiej Pinkie Pie, poznałam alter ego Amelki w świecie kucyków czyli
Rainbow Dash - to ta która robi przewrotki w tył, a także lata i ma tęczową
grzywę! Ponad to komiks przywrócił do życia wszystkie śpiące w wakacyjnym łóżeczku
lalki i koniki- dostały herbatę z plastikowego serwisu i razem z Amelka
przejrzały komiks o magii i przyjaźni!
I
chyba były tą aktywnością równie zaskoczone jak ja!
Droga
mamo, jeśli chcesz zobaczyć błysk zachwytu w oczach swojej córki, koniecznie
zabierzcie na majówkę komiks: ”Mój Kucyk Pony, przyjaźń i magia” od Egmontu,
kto wie może przypomnisz sobie jak z rajstop swojej mamy szyłaś sukienki lalkom
Barbie!?
Miłości…
Nigdy
nie wiadomo co z dziecka uda nam się przemycić w dorosłe życie, można
namiętnie żuć owocową gumę i nie dbać o wypadające plomby. Można też kochać tą
samą, chłopięcą miłością Asteriksa i Lucky Luka. Jeśli komiks o Kucykach Pony
uszczęśliwił moją Amelkę, to album z przygodami Lucky Luka bardzo ucieszył
Radka. Nieważne jak byłby zmęczony po całym dniu, wieczorem i tak leży na
kanapie i czyta. Tomik sprawi przyjemność każdemu kolekcjonerowi, albo po
prostu małym i dużym chłopcom. Jest ładnie wydany: twarda okładka, kredowy
papier, przedruki czarno białych zdjęć Dzikiego Zachodu – to wszystko sprawia,
że ma się dużą przyjemność obcowania z lekturą komiksu. Ale jest jeszcze
komiksowe serce w tym przypadku bardzo pojemne, czyli piętnaście przygód
niezłomnego kowboja. Można czytać od początku do końca, a można zacząć od
swojej ulubionej, np. od „ Zachodniej gościnności”. Kiedy ja czytam Lucky Luka
wyobrażam sobie jak skrajnie mieszczański i konserwatywny tata Mikołajka bierze
syna na kolana i zamiast czytać po pracy swoją nieśmiertelną gazetę, czyta z
synem historyjki o kowbojach i Indianach. Ciekawe czy taka wizja przeszła
kiedyś Rene Goscinnemu przez myśl?
Przyjemnego
czytania i do następnego spotkania!
Spotkanie osiemnaste: Kwiecień plecień, bo przeplata:
trochę czytania, trochę oglądania i trochę rysowania.
W recenzji: „Damą być. Jak się ubierać i zachowywać w różnych sytuacjach”, Zofia Stanecka, wyd. Egmont
„Basia
i piłka nożna”, Zofia Stanecka, wyd. Egmont oraz „Basia. Gdzie jest Kajetan?”
Zofia Stanecka i Marianna Oklejak, wyd. Egmont Art.
Poetycki wstęp.
W
wierszu Wandy Chotomskiej pt.”Pan Kwiecień”, tytułowy Pan Kwiecień w fiołkowym
berecie chodzi po świecie i trochę jak poeta, trochę jak czarodziej zmienia
świat. A to doczepia skrzydła i piecze torty ze śniegu, a to zrywa z klombu
słonie – robi wszystko co można sobie wyobrazić. Podobnie jak kwietniowi poeci
postępuje tylko jedna kapryśna pani. Pani Wiosna. Za oknem trwa pogodowy
karnawał, wiatr poleruje niebo jak lustro do srebrnego połysku. Czarne chmury
połykają białe chmurki, grubną, pękają i pada deszcz ze śniegiem. A wieczorem
kiedy czytamy z Amelką „Basię i piłkę nożną” grzmi
i zrywa się pierwsza wiosenna burza. Wszystkiego można się po tej wiośnie spodziewać, dlatego warto się dobrze przygotować.
i zrywa się pierwsza wiosenna burza. Wszystkiego można się po tej wiośnie spodziewać, dlatego warto się dobrze przygotować.
Jeśli poranny spacer, to jak na damę przystało tylko z
parasolką!
Bardzo
ucieszyła mnie wiadomość, że Zofia Stanecka wydała nową książkę, a kiedy
dowiedziałam się, że jest to poradnik savoir vivreiu do radości doszło jeszcze
uznanie. Czy może istnieć większe wyczucie tematu i czasu, niż wydanie książki
o tym jak należy się ubierać i zrobić to wczesną wiosną? „Damą być. Jak się
ubierać i zachowywać w różnych sytuacjach” to pogodowo-modowe perypetie z życia
dwóch sióstr: Juli i Poli. Obie różnią się jak ogień i woda, albo jak wiosenny
poranek od wiosennego popołudnia. Starsza - Jula, stara się być zawsze
elegancka i dystyngowana. Wie jak należy się ubrać na plażę, albo na spacer w
górach, a jeśli nie wie to zawsze może się poradzić mamy – świetnie ubranej i
kulturalnej pani architekt. I jeszcze jedna, niezwykła cecha Julii, sprawnie i
szybko pakuje walizki swoje i siostry! Takie dziecko to skarb, szczególnie
przed wyjazdem na wakacje. Druga, młodsza siostra, może
w sprawach mody nie jest taka „akuratna”, ale za to ma swój styl. Gustuje w wizerunku „na tygrysa”. Właściwie, to nie tylko wizerunek, to styl bycia. Mały tygrysek ma swoją ukochaną, tygrysią piżamkę i niezawodną hulajnogę, a na plażę wkłada zawczasu ( już do jazdy samochodem) kąpielowe majtki! Osiem rozdziałów „Damą być” Zofii Staneckiej wyczuli małe elegantki i małe tygrysice na sprawy mody i pogody oraz, co ważne, lektura jest aktualna nie tylko wczesną wiosną, ale przez cały rok – od balu po zaśnieżoną górkę przed blokiem.
w sprawach mody nie jest taka „akuratna”, ale za to ma swój styl. Gustuje w wizerunku „na tygrysa”. Właściwie, to nie tylko wizerunek, to styl bycia. Mały tygrysek ma swoją ukochaną, tygrysią piżamkę i niezawodną hulajnogę, a na plażę wkłada zawczasu ( już do jazdy samochodem) kąpielowe majtki! Osiem rozdziałów „Damą być” Zofii Staneckiej wyczuli małe elegantki i małe tygrysice na sprawy mody i pogody oraz, co ważne, lektura jest aktualna nie tylko wczesną wiosną, ale przez cały rok – od balu po zaśnieżoną górkę przed blokiem.
Słoneczne popołudnie i sport.
Kiedy wreszcie wysypie się z chmur cały zapas śniegu i deszczu, a czasem tak właśnie dzieje się po obiedzie, można wziąć piłkę i pograć, na przykład w nogę.
Według
współczesnych naukowców aktywność fizyczna jest rozwiązaniem większości
ludzkich problemów.
Wie
o tym dobrze Zofia Stanecka, dlatego w nowej przygodzie „Basi” wiele się wokół
sportu dzieje: cała rodzina z różnych powodów ogląda mecz piłki nożnej w
telewizji, ktoś robi się ważny z powodu kółka sportowego, ginie pewna karta,
Basia rozważa ucieczkę z domu, mama okazuje się genialną napastniczką, a na
koniec ktoś z kimś się pogodzi, żeby wspólnymi siłami wygrać mecz na trawie.
Czytając najnowszą przygodę „Basi” i stary i nowy czytelnik poczują się jak w
domu – tak właśnie działa Basia.
PS
„Basię i piłkę nożną” zaleca się czytać, po wcześniejszym wybieganiu się po
parku, to sprawdzony przez Amelkę sposób na wiosenne czytanie i szybkie
zasypianie!
Chwila oddechu i wieczorne kolorowanie.
Wiele
razy na moim blogu pisałam o książkach od Literackiego Egmontu wysoko oceniając
ich treść, tym razem chciałabym napisać kilka zdań o szacie graficznej.
Ilustratorzy tworzący dla książek Egmontu: Marianna Oklejak, Marta Ruszkowska,
Joanna Rusinek czy Daniel de Latour, to artyści którzy własną, niepowtarzalną
kreską dookreślili treść i stworzyli bohaterów i ich światy. Nie wyobrażam
sobie, żeby Basia mogła wyglądać inaczej! Basia bez okrągłego brzuszka, za
długiej grzywki, bez maślanych oczek i bez piegów na nosie to nie Basia! Jest
tylko jedna Basia, a jej charakter – dobre strony i słabości mają tylko jedną
autorkę i bez wątpienia ma ona wyobraźnię i talent! To poruszające, że
ktoś potrafi narysować zadarty nos, a taki ma właśnie Jula, albo stworzyć
interesujący komiks o historii naszego kraju. Nie potrafię rysować, ale myślę
że ilustrator jest pierwszym komentatorem tekstu, a jest to bardzo
odpowiedzialna profesja. Jego emocje i wyobrażenia wraz z rosnącą liczbą
czytelników zyskują status masowy. W każdym domu w którym zamieszkała Basia,
zamieszkało także jej narysowane ucieleśnienie. Dla małego czytelnika to jak
postać jest narysowana znaczy jaka jest.
Spotkanie siedemnaste: O Bajkowych
fenomenach - recenzja „Ręcznikowca”.
W recenzji: „Ręcznikowiec”, Joanna M.
Chmielewska, wyd. Bajka.
Fenomeny z bajek.
Gdyby
rozłożyć bajkę, jak bryłę na matematyce i narysować jej siatkę, to można by
wyróżnić jej stałe elementy. Na szkielet bajki składałyby się: obowiązkowy
bohater, którego losy śledzi czytelnik - bywa że bohater jest też opowiadaczem,
czyli narratorem bajki, ale nie jest to jego główne zadanie i jest od tej
reguły wiele odstępstw. Zaraz za bohaterem podąża czarny charakter, który w
bajce pełni niepodważalnie ważną rolę - opozycji wobec bohatera. Nie ma w
świecie przedstawionym bajkowej historii ważniejszego konfliktu niż odwieczne
starcie pozytywnego bohatera ze szwarccharakterem. Nie wyobrażam sobie co by
się stało z bajką gdyby nie te wszystkie: czarownice, wiedźmy, podstępne
trolle, mściwe chochliki, diabełki mieszkające w dziuplach drzew, Buki,
rozbójnicy i inni - jedno jest pewne bez nich bohater nic by nie zrobił,
niczego by nie odkrył i nic ciekawego by mu się nie przydarzyło, jednym słowem
bohater zanudziłby się na śmierć! Ale świat nie jest czarno- biały i bajki nie
traktują tylko o dobrych i złych charakterach, dlatego trzecim stałym
konstruktem bajki są fenomeny. Fenomen najłatwiej opisać jako pozornie zwykłą
rzecz, która oprócz podstawowego zastosowania ma jakieś tajemnicze działanie,
albo ukrytą moc. Najbardziej znanym fenomenem jest lampa Aladyna, niby zwykła
lampa a jak ją potrzeć to wszyscy wiedzą co się stanie. Popularnymi bajkowymi
fenomenami są także: latająca skrzynia, zaczarowane buty, zatrute jabłko,
magiczne nasiona, szklane buciki, ośla skórka i ręcznik. Słucham? Nie
słyszeliście o ręczniku? Czyli o Ręcznikowcu też nie?
Fenomen z ręcznika.
Właściwie
ja też do niedawna nie słyszałam o ręczniku fenomenie. Może wie coś na
ten temat jakiś wezyr, ale w tej szerokości geograficznej Ręcznikowce
dotychczas nie występowały. Wygląda na to, że Joanna M. Chmielewska na potrzeby
bajki z Bajki stworzyła zupełnie oryginalny bajkowy fenomen. Jest Ręcznikowiec
z ręcznika, właściwie to jest ręcznikiem który spadł z wieszaka, ułożył się w
coś na kształt stworka, albo Yody z „Gwiezdnych wojen” i zaczął oddziaływać.
Oddziaływanie to trafne sformułowanie, ponieważ Ręcznikowiec nie mówi, nie
czaruje, nie lata i jak na materię bajkową działa bardzo subtelnie, innymi
słowy Ręcznikowiec działa we frotowych rękawiczkach. Ale może od początku,
wspomniany wieszak z którego spadł ręcznik i stał się Ręcznikowcem znajduje się
w łazience Alka i jego rodziny. Jest to zupełnie zwyczajna rodzina: mama, tata,
Alek i jego dwie siostry, starsza Aleksandra i młodsza Julka. Nie ma w rodzinie
Alka biedy, niesprawiedliwości, ani żadnego chuligana - reasumując rodzina Alka
nie potrzebowała ingerencji magicznej siły, a jednak pod wpływem Ręcznikowca i
na skutek dobrych przyzwyczajeń zaczynają się w rodzinie Alka dziać rzeczy
niezwykłe. Jakie? Istnieje duże prawdopodobieństwo,
że Ręcznikowiec przekonał Julkę do jedzenia warzyw, a przynajmniej marchewki. Ola wybrała idealnego chłopaka, a Alek i jego koledzy zakolegowali się z Panem Piotrem, natomiast wszyscy członkowie rodziny dużo, na głos i płynnie czytali w wannie.
że Ręcznikowiec przekonał Julkę do jedzenia warzyw, a przynajmniej marchewki. Ola wybrała idealnego chłopaka, a Alek i jego koledzy zakolegowali się z Panem Piotrem, natomiast wszyscy członkowie rodziny dużo, na głos i płynnie czytali w wannie.
Bilans jak najbardziej pozytywny.
Fenomeny
z bajek są nieziemskie, czasem od ich mocy jeżą się włosy na głowie czytelnika.
Wszystkie mają jedną cechę wspólną, dają się poznać , to znaczy że objawiają
swoją niezwykłość, a potem giną w bajkowej fabule. Bo czy ktoś słyszał o
dalszych losach siedmiomilowych butów? Ja na pewno nie! Tymczasem Ręcznikowiec
pozostał do końca nieodgadniony, dla przykładu: jak porozumiewał się z rodziną
Alka? Może za pomocą telepatii? Zniknął także w sposób tak prosty jak się
pojawił, ale nie będę zdradzać zakończenia.
Wydaje mi się, że muszę zmienić swoją hipotezę, dopóki istnieją cudaki takie jak Ręcznikowiec, nie można jeszcze z matematyczną precyzją narysować siatki bajki, przynajmniej nie bajki z Bajki.
W (pretekście do) recenzji: „Dzieci z Bullerbyn”: Astrid Lindgern, wyd. Nasza Księgarnia.
Wydaje mi się, że muszę zmienić swoją hipotezę, dopóki istnieją cudaki takie jak Ręcznikowiec, nie można jeszcze z matematyczną precyzją narysować siatki bajki, przynajmniej nie bajki z Bajki.
Ja
i Amelka gorąco polecamy lekturę „Ręcznikowca”, z uwagi na oryginalną treść i
wizerunek Ręcznikowca, jak mówi Amelka „słodko” narysowanego. Ja dodam jeszcze,
że wspomniane „słodkie” ilustracje są autorstwa Emilii Dziubak.
Przyjemnego czytania i do następnego
spotkania! :)
Spotkanie szesnaste: Wiadomości z
frontu.
W (pretekście do) recenzji: „Dzieci z Bullerbyn”: Astrid Lindgern, wyd. Nasza Księgarnia.
Kontekst.
Minęło
już dobre pięć lat od kiedy w domu było niemowlę. I nagle znowu jest - takie
małe, robak w śpiochach… I niby człowiek pamięta jak się kąpie, czy zmienia
pampersa, ale i tak jest w szoku i tak się musi na nowo przyzwyczajać.
Już
na początku wszystko się kończy: ośmiogodzinny niczym niezmącony sen, czytanie
w łóżku, rodzinne układanie puzzli i granie w planszówki o piątkowym filmie i
piwie z mężem nie wspominając. KONIEC, wszystko przechodzi do historii,
przynajmniej na jakieś dwa lata. Małe ma swoje zasady gry i konsekwentnie
(krzykiem) je egzekwuje. Zosia lubi drzemać (nie mylić ze spać) kołysana i z
głową na piersi. W nocy wstaje - jak w zegarku, co trzy godziny,
a następne pół godziny opróżnia „cyca”, wyjątkiem jest pobudka o północy, wtedy pół godziny opróżnia cyca, a potem robi kupę!? Kto małemu zabroni?
a następne pół godziny opróżnia „cyca”, wyjątkiem jest pobudka o północy, wtedy pół godziny opróżnia cyca, a potem robi kupę!? Kto małemu zabroni?
W
domu wszyscy chodzą ogłupiali: Radek jak zombie, ja jak zombie z zapaleniem
zatok, a Amelka żali się na głos: „zaraz mi pęknie głowa”! W takich domowo-
wojennych warunkach, żeby nie zwariować, trzeba koniecznie znaleźć jakąś strefę
neutralną, jakiś cichy kąt. Nie przychodzi mi do głowy nic lepszego niż
wieczorne czytanie do poduszki. Żeby tradycja mogła ocaleć i żeby mama ze
starszą siostrą mogły poczytać, tata bierze wykąpanego
i nakarmionego „Pomidorecka” i buja nim, kołysze, huśta…- jak zwał tak zwał, ale robi to dobrą godzinę! Chwała mu za to, dzięki tato.
i nakarmionego „Pomidorecka” i buja nim, kołysze, huśta…- jak zwał tak zwał, ale robi to dobrą godzinę! Chwała mu za to, dzięki tato.
Szerszy kontekst.
Siedzę
w pokoju Amelki. Czytamy, trochę rozmawiamy, a ja powolutku odzyskuję kolory i
wracam do życia. Przez pierwszy miesiąc życia naszej Zosi przeczytałyśmy
niestarzejące się przygody dzieci z Hałasowa, tak na język polski tłumaczy się
nazwę trzech zagród: Północnej, Środkowej i Południowej. Pewnie już
wiecie o kim mowa? Mój powrót do żywych i śmiech Amelki tłumiony kołdrą
zawdzięczamy: „Dzieciom z Bullerbyn” autorstwa Astrid Lindgern.
Astrid
Lindgern napisała „Dzieci z Bullerbyn” w 1947 roku, pierwsze polskie wydanie
w tłumaczeniu Ireny Szuch-Wyszomirskiej ukazało się w 1957 roku. Książka liczy już sobie sześćdziesiąt osiem lat, a wciąż jest interesująca, wciąż jest esencją dziecięcej radości. Bardzo podoba się słuchającej pięciolatce, a na czytającą mamę działa jak wehikuł czasu. Kiedy mama czyta, znowu ma osiem lat i włóczy się po polach. Towarzyszy jej zaprzyjaźniona dzieciarnia, która dawno gdzieś zniknęła, dorosła, wyjechała na Wyspy, ma już swoje rodziny i swoje dzieci. Ale dopóki czytam, wszyscy mamy osiem lat, skończyła się szkoła i są wakacje. Właśnie odkryliśmy na łące mały murowany mostek, pod którym przepływa potoczek cieniutki jak wstążeczka. Potem skaczemy, jak w transie, po dachu starego autobusu, który porzucony zarósł trawą. Sypią się szyby, jęczy metalowy dach, a my śmiejemy się z całych sił - kto jak najgłośniej. Wolno nam, jesteśmy mali, świeży, całe życie jeszcze przed nami.
w tłumaczeniu Ireny Szuch-Wyszomirskiej ukazało się w 1957 roku. Książka liczy już sobie sześćdziesiąt osiem lat, a wciąż jest interesująca, wciąż jest esencją dziecięcej radości. Bardzo podoba się słuchającej pięciolatce, a na czytającą mamę działa jak wehikuł czasu. Kiedy mama czyta, znowu ma osiem lat i włóczy się po polach. Towarzyszy jej zaprzyjaźniona dzieciarnia, która dawno gdzieś zniknęła, dorosła, wyjechała na Wyspy, ma już swoje rodziny i swoje dzieci. Ale dopóki czytam, wszyscy mamy osiem lat, skończyła się szkoła i są wakacje. Właśnie odkryliśmy na łące mały murowany mostek, pod którym przepływa potoczek cieniutki jak wstążeczka. Potem skaczemy, jak w transie, po dachu starego autobusu, który porzucony zarósł trawą. Sypią się szyby, jęczy metalowy dach, a my śmiejemy się z całych sił - kto jak najgłośniej. Wolno nam, jesteśmy mali, świeży, całe życie jeszcze przed nami.
Amelka
polubiła dziewczynki, szczególnie narratorkę Lisę, cały czas kibicowała im
kiedy na swój sympatyczny i rozchichotany sposób rywalizowały z chłopakami. „Ja
się nigdy nie ożenię mamo!”, powtarzała. A potem śmiała się w poduszkę kiedy
golusieńki Lasse siedział na kamieniu w strumieniu, grał na grzebieniu i udawał
wodnika. No tak, Lasse to miał wyobraźnię, nie miałabym nic przeciwko takiemu
zięciowi. Oczywiście w przyszłości, w odległej przyszłości!
I zakończenie.
W
domu mamy dwa wydania „Dzieci z Bullerbyn”, pierwsze z 1988 kupione przez moją
mamę kiedy zaczynała pracę w przedszkolu i drugie moje wydane w 1993 roku,
miałam wtedy dziewięć lat i pierwszy raz zetknęłam się z paczką z Bullerbyn. Po
latach obie książki są zaczytane, pomięte, z wypadającymi stronami, nie ma
drugiej książki w tak opłakanym stanie w naszej domowej biblioteczce. Myślę
sobie, że to największy komplement dla opowieści, czytana tyle razy, że aż o
ból przyprawia jej widok. Z całą pewnością Zosi trzeba będzie już kupić nowy
egzemplarz. Jutro zaczynamy z Amelką następną czytaną podróż sentymentalną, tym
razem będzie to:” Doktor Dolittle i jego zwierzęta”.
Trzymajcie za mnie kciuki i do następnej
lektury Honoratki! :)
Spotkanie piętnaste: Post po terminie,
czyli o tym jakie książki znalazły się pod choinką.
W recenzji:
„Tsatsiki i tata poławiacz ośmiornic”: Moni Nilsson,
wyd. Zakamarki.
„Kłopoty rodu Pożyczalskich”: Mary Norton, wyd. Dwie
Siostry.
„Przygody Pippi”: Astrid Lindgern, wyd. Nasza
Księgarnia.
To
duży przywilej być prawą, zaczytaną ręką świętego Mikołaja i decydować które
książki trafią do świątecznych paczek. Myślę sobie, że w rankingu świątecznych
przyjemności kupowanie książek przewyższa u mnie nawet nienasycenie wigilijnym
barszczykiem z uszkami! A więc do dzieła! Nurkuję w moim ulubionym dziale:
„Książki dla dzieci”, w mojej ulubionej księgarni internetowej i szukam, ale nie
poruszam się po omacku, mam sprawdzone tropy.
Trop pierwszy: Dużo śmiechu, daje dużo do myślenia!
Po
przeczytaniu z Amelką pierwszej książki z przygodami świeżo upieczonego
pierwszoklasisty, syna samotnie wychowującej, rockandrollowej mamy - wiedziałam,
że na pewno kupię następny tomik. Kilkoma ruchami i kliknięciami myszki wkładam
do wirtualnego koszyka: „Tsatsiki i tata poławiacz ośmiornic”. Czytając
Tsatsikiego, trzęsie się brzuch i w nadzwyczaj przyjemny sposób spala się
świąteczny tłuszczyk. Ale historia Tsatsikiego, to nie tylko feeria sprawnie
opisanych przygód małego chłopca, to nie tylko „błękitne ptaki” drugoplanowych
bohaterów, a więc: Mamuśki, Pera Hammara czy Jensa, to także nie tylko humor i
kulturowa stłuczka z obyczajami innego kraju. Na marginesie, o tym ze Szwecja
to nie Polska można się przy głośnym czytaniu zająknąć i zarumienić na co
drugiej stronie! Tsatsiki jak czkawka wraca do mnie kiedy już położę Amelkę
spać po wieczornej lekturze. Zastanawiam się nad samotnie wychowującą mamą. Mamuśka
ma raczej nietuzinkową pasję niż zawód, ma też rozterki sercowe i wychowawcze,
przystojnego współlokatora
i
rozkochanego w niej kolegę z zespołu. Moni Nilsson napisała cykl zabawnych
przygód o Tsatsikim i sprawnie wplotła w niego wątek feministyczny. Autorce
udaje się zapukać do poglądów współczesnej mamy. Jaki jest tego efekt? To
zależy od mamy. Może w przygodach Tsatsikiego zaczytuje się samotna z wyboru
mama i tylko się uśmiecha na myśl że jej szwedzka koleżanka zabiera swojego
syna w podróż do Grecji, żeby poznał swojego biologicznego i niczego się
niespodziewającego ojca?! A może portret nagiej Mamuśki w salonie Janisa będzie
szokiem dla innej mamy? Wszystko zależy od poglądów czytającej mamy. Ja nie
będę się wymądrzać o tolerancji, od kiedy wydałam z siebie najdłuższe:
”yyyyyyy”, zamiast na głos przeczytać o spostrzeżeniach Tsatsikiego na temat
wielkości siusiaka jego taty!? Jednak uważam, że przykład Mamuśki jest nośny,
może natchnąć swobodą, luzem i akceptacją siebie - tego ostatniego, jak i samego
Tsatsikiego – Tsatsikiego Johanssona nigdy nie za wiele! Pozostaje mi doradzać
w sprawie książkowych prezentów Króliczkowi wielkanocnemu, oczywiście polecę mu
trzecią cześć przygód chłopca z ulicy Parkowej.
Jeśli
coś jest klasyczne, albo kultowe to musi być powszechnie znane. Ostatnio
zapytałam Amelkę dlaczego ciągle stuka palcem w czoło i mruczy coś pod nosem? Z
oburzeniem odpowiedziała, że jej i Kubusiowi Puchatkowi to zawsze pomaga
w myśleniu. No tak, Kubusia Puchatka zna każdy – to ta powszechnie
rozpoznawalna klasyka, klasyka która była już pożywką niezliczonych filmów
animowanych, dała twarz niejednej kolorowance, albo okładce zeszytu. Ale
istnieje jeszcze druga twarz klasyki, ta nierozpoznawalna przez tłumy i trochę
zapomniana. Z tego oblicza zdmuchuje kurz wydawnictwo Dwie Siostry
wydając między innymi serię: „Mistrzowie ilustracji”. Od pewnego czasu zbieramy
sobie z Amelką tytuły wydawane w tej kolekcji, więc pewnie i na ten temat
pojawi się wkrótce jakiś post. Póki co, brytyjska perełka, pierwszy tytuł
z
pięciotomowego cyklu o rodzinie Pożyczalskich. „Kłopoty rodu Pożyczalskich”
Mary Norton, to rzecz o brytyjskim odpowiedniku Krasnoludków. Naturalnie
Pożyczalscy są kwintesencją angielskiego gustu: popijają herbatę, wiedzą którzy
z ich sąsiadów są dobrze urodzeni, a którzy sobie tylko szlachectwo uzurpują,
lubią ładne przedmioty oraz meble i tylko mieszkają nie w centrum Londynu, a
pod podłogą w kuchni ich ludzkich sąsiadów. Historię Strączka, Dominiki i ich
córki Arietty czyta się nobliwym tonem, rozkoszując się w archaicznym już
dzisiaj języku, operującym słowami- zaklęciami takimi jak: lamus, pianola czy
serwantka. Akcja toczy się nieśpiesznie, w rytm wyszywanej przez Panią May
kołdry. „Kłopoty rodu Pożyczalskich” czytałyśmy z Amelką w świąteczne
przedpołudnia, świetnie komponowały się z ciepłym światłem choinki i smakiem
świątecznych ciasteczek.
Zrobiłyśmy
coś absolutnie niezgodnego z rodzimą tradycją - pożyczyłyśmy sobie w święta
trochę czasu dla siebie, żeby poczytać…
Pippi
jest idolką Amelki. Trudno o lepszą kandydatkę na wzór, Pippi ma czym
zaimponować: jest nadzwyczaj silna (potrafi podnieść i wynieść na werandę konia),
jest córką pirata i zarazem króla Murzynów i nie rozstaje się ze swoim
najlepszym przyjacielem - ze swoją małpką Panem Nilssonem. W takich
okolicznościach Pippi powala na łopatki wszystkie możliwe księżniczki, nawet
Oślą Skórkę i disnejowską Zosię, a ja myślę sobie po cichu: „NA SZCZĘŚCIE”!
Z Pippi Pończoszanką - indywidualistką Amelka spotkała się pierwszy raz za sprawą nie książki, a mini serialu dla dzieci. Znalazłam w Internecie filmy z lat siedemdziesiątych o przygodach Pippi, chciałam pokazać Młodej że oglądać można nie tylko kreskówki, że istnieje także kino dla dzieci. Rybka wzięła przynętę, spodobała się zarówno bohaterka jak i konwencja. Wiadomo jednak, że nawet najlepszy film nie zastąpi literackiego pierwowzoru, stąd trzeci książkowy prezent pod choinką - słoneczny tomik „Przygód Pippi” od wydawnictwa Nasza Księgarnia. Pippi pierwszy raz wydana była w Polsce
w 1958 roku i wcale się od tego czasu nie zestarzała, krążą w niej witalne soki: nigdy nie nudzących się przygód, dziecięcej fantazji no i są jeszcze ilustracje,
Z Pippi Pończoszanką - indywidualistką Amelka spotkała się pierwszy raz za sprawą nie książki, a mini serialu dla dzieci. Znalazłam w Internecie filmy z lat siedemdziesiątych o przygodach Pippi, chciałam pokazać Młodej że oglądać można nie tylko kreskówki, że istnieje także kino dla dzieci. Rybka wzięła przynętę, spodobała się zarówno bohaterka jak i konwencja. Wiadomo jednak, że nawet najlepszy film nie zastąpi literackiego pierwowzoru, stąd trzeci książkowy prezent pod choinką - słoneczny tomik „Przygód Pippi” od wydawnictwa Nasza Księgarnia. Pippi pierwszy raz wydana była w Polsce
w 1958 roku i wcale się od tego czasu nie zestarzała, krążą w niej witalne soki: nigdy nie nudzących się przygód, dziecięcej fantazji no i są jeszcze ilustracje,
w
kolorach złota i miedzi – śmieszne, nie wydumane, po prostu dobre.
O
tym, że jestem wielbicielką całej „Biblioteki Wydawnictwa Nasza Księgarnia”
pisałam już nie raz, oko mi ucieka na jeszcze kilka tytułów, więc pewnie na blogu
coś jeszcze o książkach od tego wydawnictwa napiszę.
Zakończenie dla spokojności!
Tych
którzy martwią się, że Amelkę zagłaskała zaczytana prawa ręka świętego Mikołaja
i że biedaczka dostała pod choinkę same książki, uspokajam - aż tak bardzo
jeszcze nie sfiksowałam! No i są jeszcze inne ręce kupujące w imieniu świętego
prezenty: te do zabawy, te z czekolady, te normalne prezenty…
Pozdrawiam i do następnej lektury!
Spotkanie czternaste: Skończyłam
trzydzieści lat i odkrywam komiksy?! Lepiej późno niż wcale!
W recenzji - komiksy:
„Kubatu”: Przemysław Surma i Jakub Syty, wyd. Egmont.
„Wszystko będzie dobrze”: January N. Misiak, wyd.
Egmont.
I gra: „Pędzące jeże”.
Wstęp, czyli co było to nie jest!
i zaczynam nadrabianie braków, a jest co nadrabiać! Rene Goscinny, autor książek o moim ukochanym Mikołajku, to człowiek od komiksów – ja o tym nie wiedziałam, a Radek tylko się roześmiał i z ostatniej wizyty u swoich rodziców przywiózł pełne pudło „Asteriksów”! Teraz czytają z Amelką, a ja się wstydzę i podsłuchuję. Co robić, kiedy się schodzi na dziki ląd? Oczywiście można go wygooglować, można też zdać się na własną intuicję. Jako uczennica klasy maturalnej zainteresowałam się muzyką jazzową – spodobała mi się, ale rozeznania w niej nie miałam. Wymyśliłam sobie, że do nieznanego mi jazzu przyłożę lepiej mi znaną mapę mojego hobby; czyli wiedzy o filmie. I tak czytając o filmografiach poszczególnych państw, czy po prostu o ciekawych tytułach filmowych zwracałam coraz większą uwagę na muzykę towarzyszącą obrazowi, zaczęłam też wyławiać utwory, płyty i wykonawców jazzowych. Słuchanie jazzu rozpoczęłam od słuchania jazzowej muzyki filmowej, ten trop doprowadził mnie do genialnej ścieżki dźwiękowej z filmu: „Czarny Orfeusz”. Z biegiem czasu dryfowałam w różne strony. Miłość do jazzu dzisiaj już przygasła, ale wielkie odkrycia i ukochani wykonawcy, tacy jak: Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Pat Metheny, Nina Simone czy Dave Brubeck’s będą ze mną już na zawsze! Lubię ich, odkryłam ich zdając się na własny gust
i pewnie dlatego są mi tacy bliscy. W ogóle uważam, że nie w każdej dziedzinie trzeba być ekspertem, można być za to cichym sympatykiem! Taka myśl patronuje mi od kiedy zainteresowałam się komiksem, nie mam konkretnego planu działania, a jednak szczęście początkującego jest ze mną! Przypomniałam sobie film animowany: „Persepolis” o dorastaniu dziewczynki w ogarniętym rewolucją islamską Iranie. Pamiętałam, że film bardzo mi się podobał i że oparty był na komiksie, a właściwie na powieści graficznej (bo tak brzmi poprawna nazwa) więc postanowiłam przeczytać pierwowzór- nie zawiodłam się! Szukając informacji o „Persepolis” trafiłam na analizy treści i ilustracji odsyłające mnie do różnych i bardzo bogatych estetycznie stron internetowych poświeconych komiksowi. Oglądam, czytam i oczy mi rosną!
W
między czasie miał miejsce jeszcze jeden przyjemny zbieg okoliczności, czytając
w niedzielę do kawy „Wysokie Obcasy” natknęłam się na artykuł poświęcony Quino,
autorowi Mafaldy i zakochałam się bez pamięci! Kilkuletnia, argentyńska
dziewczynka - rewolucjonistka interesująca się polityką rozbawiła mnie
jak już dawno nikt, szkoda tylko, że w Polsce można ją co najwyżej polubić na
facebooku.
Egmont czyta w moich myślach!
W
zaistniałych okolicznościach: kiedy chodzę sobie i zwiedzam nową dla mnie,
komiksową ziemię, bardzo przyjemną niespodziankę sprawiło mi wydawnictwo
Egmont, proponując do recenzji dwa komiksy. W 2013 roku wspomniane wydawnictwo
ogłosiło „Konkurs imienia Janusza Christy na komiks dla dzieci”. Ja
dowiedziałam się, że Janusz Christa był uznanym polskim autorem komiksów,
twórcą jednej z najpopularniejszych w naszym kraju serii zatytułowanej: „ Kajko
i Kokosz”. Mój teść do dzisiaj uważa, że „Kajko i Kokosz” to jedno
z przyjemniejszych wspomnień z jego dzieciństwa, nie licząc wszystkich wygranych, podwórkowych meczy w piłkę nożną! Ale do rzeczy, do recenzji wybrałam dwa komiksy: „Kubatu” duetu autorów: Przemysława Surmy i Jakuba Sytego oraz „ Wszystko będzie dobrze” według pomysłu Januarego N. Misiaka.
z przyjemniejszych wspomnień z jego dzieciństwa, nie licząc wszystkich wygranych, podwórkowych meczy w piłkę nożną! Ale do rzeczy, do recenzji wybrałam dwa komiksy: „Kubatu” duetu autorów: Przemysława Surmy i Jakuba Sytego oraz „ Wszystko będzie dobrze” według pomysłu Januarego N. Misiaka.
Wybrałam
te dwa komiksy nieprzypadkowo, myślałam o dwóch odbiorcach- to dwie dziewczyny,
jedna właśnie skończyła pięć lat, a druga trzydzieści lat i obie świat komiksu
dopiero poznają. Komiks „Kubatu”
zapewnił mi efektowny rewanż na Radku, Amelka wolała poczytać go ze mną niż z
nim „Asteriksa”!
I
wcale mnie to nie dziwi, „Kubatu” to komiks świetnie wyczuwający potrzeby
najmłodszego czytelnika, sprawdza się we wspólnej lekturze z rodzicem, albo
w
samodzielnym czytaniu. Śmiało może po niego sięgnąć uczeń szkoły podstawowej.
Kolorowe ilustracje w „dużych okienkach”, czytelna czcionka, ciekawa fabuła z
jasnym przesłaniem i happy endem to dodatkowe walory które utrzymają
zainteresowanie młodego adepta komiksu. Tytułowy „Kubatu” to pluszowa zabawka,
mała papużka która towarzyszyła Kajowi prawie przez siedem lat, teraz chłopiec
uważa się za wystarczająco dorosłego, aby już z nią nie zasypiać i właśnie ta
decyzja rozpoczyna niezwykłą przygodę Kaja i Kubatu. Wybiorą się razem do
magicznej krainy, którą włada Czarnoksiężnik i wysyła do dzieci żywe
przytulanki, a te mają za zadanie czytać w ich snach. Pomysły dzieci są
inspiracją dla Czarnoksiężnika przy konstruowaniu wynalazków. Kaj będzie musiał
udowodnić, że jego przyjaźń z Kubatu była prawdziwa i godna zapamiętania, czy
mu się uda i co jeszcze go czeka „za miastem”? Warto przeczytać i zobaczyć!
Dla
siebie wybrałam: „Wszystko
będzie dobrze” Januarego N. Misiaka. Dokonałam tego wyboru ze względu na
temat. Interesuje mnie on jako osobę piszącą i dotyczył mnie, kiedy sama byłam
dzieckiem. Niewielu dorosłych zastanawia się nad samotnością dzieci, pewnie są
i tacy którzy uważają, że akurat samotność dzieci nie dotyczy. A jednak, dzieci
bywają samotne, szczególnie w świecie dorosłych i ich problemów. Jest to świat
w który zostają wprowadzone wbrew swojej woli i często uciekają z niego do
światów równoległych – do krain z wyobraźni. Rozwód rodziców to jeden z takich
momentów, kiedy z szafy wyskakuje gadająca żaba - mająca zadatki na
filozofa i będąca przewodniczką po dzikiej krainie, która wygląda trochę jak amazońska
puszcza deszczowa. Rytuał przejścia przez drzwi szafy do krainy magii od razu
kojarzy się z „Opowieściami z Narnii”, a jednak za drzwiami nie czeka na
czytelnika Lew Aslan, Biała Czarownica i odwieczny konflikt dobra ze złem, jest
za to bezimienna dziewczynka, bezimienna żaba i droga którą należy przejść,
żeby odszukać Śpiących Policjantów i własną, wewnętrzną harmonię. „Wszystko
będzie dobrze” jest w moim poczuciu komiksem psychologicznym, napisany i
narysowany jest tak jakby miał za zadanie opisać stan ducha zagubionej osoby:
dookoła ogromny i trochę straszny las, pusta łódź na brzegu, cisza, egzotyczne
motyle, uzdrawiający deszcz, gwiezdne Spa, które ładuje energią z kosmosu,
budka z pierogami w środku pustkowia i domek z wygodnym łóżkiem kiedy trzeba
się przespać- to tylko kilka dowodów na to że ludzka podświadomość mieści w
sobie tyle samo ciemności, co światła. Droga, którą idzie dziewczynka ma
właściwości terapeutyczne: uspokaja, odsuwa od podróżniczki jej problemy i co
ważne, droga ma swój koniec. Finał komiksu utrzymany jest w tym samym tonie co
cała historia- nie wybuchają fajerwerki, jest spokojnie, powraca zachwiana
równowaga, dziecko znowu czuje się bezpieczne.
Bardzo podobał mi się ten komiks, dotrzymał obietnicy jaką niesie w tytule.
Bardzo podobał mi się ten komiks, dotrzymał obietnicy jaką niesie w tytule.
A na deser dużo śmiechu- „Pędzące jeże”.
Przyjemnie było poczytać razem z Młodą „Kubatu”, a potem jeszcze usiąść wygodnie w fotelu i uwierzyć, że „Wszystko będzie dobrze”, ale na deser przydałby się jakiś mocny akcent, trochę zdrowego śmiechu – i oto także zadbało wydawnictwo Egmont przysyłając nam do przetestowania grę planszową: „Pędzące jeże”. No i się zaczęła – jeżomania! Gra jest prosta i przyjemna, może w nią bawić każdy kto: jest akurat w grupie wiekowej od sześciu do stu sześciu lat, lubi spędzać czas z rodziną, nie myli się w liczeniu, albo uczy się liczyć i odnosi w tej dziedzinie niekwestionowane sukcesy. Szczególnie dobrze spędzają w towarzystwie „Pędzących jeży” czas Ci, którzy: nie maja nadwrażliwych uszu i nie przeszkadza im głośny, dziecięcy okrzyk: „WYGRAŁAM!!!!” Gra nie wymaga długiego studiowania ulotki z zasadami, gracie tyle razy ilu jest uczestników zabawy, chociaż z doświadczenia już wiem, że w przypadku wieczoru z jeżami tą regułę łamie się najczęściej i to nie tylko ze względu na prośbę najmłodszego gracza! Wiadomo nie od dziś, że tata lubi liczyć punkty!
„Pędzące
jeże” to gwarancja wesołej zabawy i dobry plan na listopadowy, piątkowy wieczór
- polecamy!
Mama,
tata i Amelka. :) Do następnej Lektury Honoratki!
„Basia i nowy braciszek” oraz „Basia i narty”: Zofia Stanecka, wyd. Egmont.
Spotkanie trzynaste: Rodzinne radości
łamane przez problemy, dwie mądre książki na pomoc i urlop naszej „Basi”.
„Basia i nowy braciszek” oraz „Basia i narty”: Zofia Stanecka, wyd. Egmont.
„Ja też chcę mieć rodzeństwo”: Astrid Lindgern, wyd.
Zakamarki.
Za trzy miesiące będzie nas czwórka - to już żadna tajemnica. Amelka bardzo się ucieszyła - zresztą wiadomość trafiła na podatny grunt, ale zacznijmy od początku… Od pewnego czasu słyszałam, że wszyscy mają psa albo kota tylko Ona Nie! Wątek „zwierzątka” trochę ucichł, od kiedy przychodzi do nas „dziki kot”. „Dziki kot” ma na naszym balkonie dwie miseczki – popija mleko, a Młoda podgląda go przez szybę. I Amelka zadowolona i kot też! Ten ostatni chyba nawet bardziej, w końcu udaje mu się zachować swój status quo.
Wieczorem
czytamy w łóżku bajki, my pod kołdrą, a kot przyklejony do okna balkonowego –
nawet nasz „ dziki kot” lubi książki!
Cisza
i spokój nie trwają zbyt długo, jak to w życiu rodzinnym:
-Mamo,
a wiesz że Karolinka ma starszego brata? Fajnie jest mieć starszego brata!
-
Bardzo fajnie.
-
A czy ja będę mieć starszego brata?
-
Nie Amelko, nie możesz mieć starszego brata.
-
Dlaczego nie?!
-
Ponieważ to Ty jesteś pierwszym dzieckiem moim i taty. Zawsze już to Ty
będziesz starsza.
-
Mamusiu, a chociaż dzidziusia możemy mieć?
Rozmowa,
która toczyła się kilka miesięcy wcześniej okazała się prorocza. Moje dziecko
wygadało sobie rodzeństwo. Kiedy Amelka ponownie zapytała o dzidziusia –
dzidziuś był już w drodze. Amelka najpierw zareagowała typowo dla siebie: spontanicznej
radości nie było końca. Każda spotkana na ulicy osoba dowiadywała się, że w
zimie urodzi się nam braciszek, albo siostrzyczka!
I
tutaj zaczynają się schody- rozwiązanie coraz bliżej, a Amelka staje się coraz
bardziej wrażliwa i delikatna. Dotychczas pewne siebie i przebojowe dziecko
stało się płaczliwe, smutne, albo nadąsane. Dużo rozmawiałyśmy, oglądałyśmy
zdjęcia Amelki jak była malutka – na chwilę pomagało, a potem Młoda straciła
apetyt i zaczęły się „nocne i dzienne strachy”. Teraz Amelka boi się: czarownic
(chociaż wie, że występują tylko w bajkach), przedszkola (które dotychczas
uwielbiała), że się pomyli i źle zrobi zadanie w zeszycie ćwiczeń
(skoncentrowana, bardzo ładnie pisze szlaczki i literki). Na chwile obecną każda uwaga kończy się wybuchem płaczu. Mam trudny orzech do zgryzienia, zawsze kiedy tak się dzieje pomagają mi:
(skoncentrowana, bardzo ładnie pisze szlaczki i literki). Na chwile obecną każda uwaga kończy się wybuchem płaczu. Mam trudny orzech do zgryzienia, zawsze kiedy tak się dzieje pomagają mi:
a.
Mały kaliber problemu: rozmowa i „coś słodkiego” (żelki, albo gumy
rozpuszczalne)
b.
Średni kaliber problemu: rozmowa, „coś słodkiego” i spacer, albo wycieczka.
c.
Duży kaliber problemu – wytaczamy działa: rozmowa, „coś słodkiego”, spacer albo
wycieczka i co najważniejsze- sprawdzone książkowe tytuły.
Brutalna
prawda jest taka: jak trwoga to do internetowej księgarni! Wiedziałam, że na
pewno sięgnę po pomocną dłoń „Basi” – „Basia i nowy braciszek” to dobry trop.
Interesował mnie też punkt widzenia najbardziej empatycznych i cierpliwych
rodziców na świecie, czyli szwedzkich rodziców, wybór padł na: „Ja też chcę
mieć rodzeństwo” Astrid Lindgern. Zamówiłam książki i przystąpiłam do
zaleczania rodzinnego problemu o „dużym kalibrze”! Zaplanowaliśmy wycieczkę do
Jaskini Łokietka, a w plecaku oprócz drugiego śniadania znalazły się ulubione
słodycze. Spacer po Ojcowskim Parku Narodowym się udał, jaskinia i nietoperze
gacki zrobiły na Młodej duże wrażenie – a w międzyczasie trochę rodzinnie
porozmawialiśmy. Radek wspominał swoje dzieciństwo, opowiadał jak pojawiła się
jego młodsza siostra Klaudia, jak podkradał jej bananowe „Gerberki” i
oczywiście jak po mistrzowsku pchał wózek! Atmosfera się rozluźniła, tego dnia
obyło się bez łez, a wieczorem w łóżku czytałyśmy i oglądałyśmy: „Basię i nowy
braciszek” i „Ja też chcę mieć rodzeństwo”- pomogło, ale żebyśmy się dobrze
zrozumieli: cuda rzadko się zdarzają, Młoda popłakuje, grymasi i co jakiś czas
pyta:
-
Mamo, czy będziesz mnie kochać zawsze?
-
Zawsze Duszku.
-
Nawet jak już będziesz starą babcią?
-
Nawet jak będę bardzo, bardzo starą babcią Amelko!
Młoda
się śmieje, idzie do siebie, a po chwili słyszę jak tłumaczy swojemu Bacusiowi
(piesek przytulanka), że zawsze go będzie kochać, a teraz mogą razem pooglądać
nowe książki.
„Basia i narty”
Miłość
do „Basi” była miłością od pierwszego czytania! O czym już nie raz wspominałam
i pisałam. Dzięki „Basi” oswoiłam: wyprawę do przedszkola czy dentysty, ale też
racjonalnie (mam nadzieję) ukróciłam toksyczną miłość do słodyczy i
telewizora. Dzięki ”Basi” mam w domu małą baletnicę i mam wystarczająco dużo
argumentów, żeby nie mieć kolejnego telefonu komórkowego. Bez „Basi” byłoby jak
nie u nas, bo u nas „Basia” ma swoja półkę i stałe miejsce w zaczytanych
sercach. Dlatego pisząc tą laurkę dla „Basi” bardzo się cieszę, że najbardziej
zaangażowana w domowe problemy bohaterka też od czasu do czasu ma urlop i
wyjeżdża w góry, żeby odpocząć i nauczyć się jeździć na nartach. Oczywiście
muszą być komplikacje: niedospani i wiecznie zmęczeni rodzice z niedoborem
cierpliwości, złowrogi wyciąg narciarski, ale w zamian za to jest wujek „dobra
rada” i talent pedagogiczny w jednym, a na koniec happy end po góralsku: czyli
dwudaniowy, pyszny obiad z deserem. Basiu odpoczywaj i wracaj do nas!
Ten
tekst dedykuję moim dziewczynom: Amelce którą kocham nad życie i nad serduszko (tak
sobie mówimy na uszko) i Zosi, która kopie od czwartego miesiąca i urodzi się w
zimie.
Przerażona
(bo cudów nie ma) mama Ania :)
PS.
Dobre rady dotyczące: pojawienia się w rodzinie drugiego dziecka,
radzenia sobie z dziecięcą zazdrością, czy wreszcie rozwiązania dylematu: jak
to jest być mamą dwójki, kiedy się zawsze było smutnym jedynakiem – proszę
zostawiać w komentarzach! Chętnie poczytam! A póki co do następnej Lektury
Honoratki!
Spotkanie dwunaste: W paczce można dowiedzieć się
więcej!
„Nasza paczka na niepodległość o sześciu polskich świętach”: Zofia
Stanecka, wyd. Egmont.
(Ja za czasów " paczki z
lasku"!)
Wspomnienie mojej paczki.
Kiedy
miałam osiem lat złamałam lewą rękę i chociaż zrobiłam się czerwona jak burak i
wybuch płaczu miałam na końcu nosa, był to najszczęśliwszy początek wakacji
jaki mogłam sobie wymarzyć. Cała purpurowa wsiadłam na rower i sama, bez
niczyjej pomocy dojechałam do domu! Złamanie było konkretne i miało ładną
nazwę: „złamanie zielonej gałązki”. Siwiuteńki chirurg, o posturze
przypominającej wielkiego puchacza, nachylił się na de mną i zapytał:
-
Kim dama będzie w przyszłości?
- Bohaterem.-
Wyszeptałam.
-
Jeśli bohaterem, to koniecznie dama potrzebuje dwóch rąk.- Skwitował pan
doktor. Patrzyłam na niego oczarowana, ale nie długo, bo zaraz pociągnął mnie
za nadgarstek, coś chrupnęło, ja krzyknęłam, a szarmancki pan doktor tym razem
rzeczowo powiedział do pielęgniarki: „ gips do łokcia na pięć tygodni”. Potem
wyszedł. To mógłby być opis pierwszego zawodu płcią przeciwną jakiego doznałam
w życiu, ale tak naprawdę to był opis poświęcenia. Złamana ręka była jak rana
poniesiona na froncie, obnosiłam przybrudzony gips prawie połowę wakacji na
znak odwagi! Ten gips to była sprawa honorowa, najwyższe odznaczenie i był mi
strasznie potrzebny, żeby udowodnić mojej paczce, że zasługuję na miano członka
grupy. Wszystko ułożyło się po mojej myśli, żeby udowodnić męstwo, wspinałam
się na najwyższe drzewo w lasku, spadłam prawie z czubka, ale złamałam rękę,
miałam gips i zdobyłam szacunek. Od tego momentu moja pozycja w „ekipie z
lasku” była ugruntowana. To było wyróżnienie: ganiać z dzieciakami z lasku,
wszyscy oni byli niezwykli, ciekawi i w ogóle nie z tego świata. Było wśród
nich troje rodzeństwa: Przemek - najstarszy, więc najmądrzejszy, Marta, która
miała rude włosy do kolan, piegi na policzkach, kwiatki we włosach i wierzyła
że jest nimfą, więc cały czas chodziła tanecznym krokiem (nawet jak skakała w
gumę, to miało się wrażenie że tańczy) i najmłodsza z rodzeństwa - mała Ania,
która nie była nimfą i nie zjadła jeszcze wszystkich rozumów za to miała
przeczucia, przeważnie złe. Miała też jedno na chwilę przed moim upadkiem z
drzewa, już sięgałam ostatniej gałęzi kiedy mała Ania powiedziała: „gruchnie
jak nic!” I gruchnęłam! Oprócz tego niezwykłego rodzeństwa w paczce była też:
Ilonka za którą jak sznurek ciągnął się wianek ledwo chodzących braci i sióstr
i Paweł rok młodszy od Przemka, zawsze gotowy żeby rzucić nam jakieś wyzwanie:
na przykład wyprawę po zmierzchu do domu w którym straszy!
To
były czasy! Codziennie odkrywałam coś nowego, więc jednego dnia szliśmy do lasu
gdzie, Przemek udawał Tarzana i podciągał się po pniu sosny jak po lianie –
oczywiście mu się udało wczołgać na sam wierzchołek, stracił tylko skórę z ud.
Innym razem w lasku umarł kot Ilonki, Marta wymyśliła że trzeba go
opłakać i wyprawić mu pogrzeb, więc cała ekipa zbierała kwiaty i puszkami po
konserwach kopała grób. Raz nawet znaleźliśmy skarb, ale okazało się, że jego
właściciel- dziadek Przemka, Marty i małej Ani nie był zadowolony z naszego
odkrycia. To była wielka drewniana beczka, uradowani postanowiliśmy zrobić z
niej okręt piracki, tuż przed demontażem górnego wieka przyszedł dziadek trójki
rodzeństwa i rozgonił nas na cztery wiatry. Dziadek Przemka, Marty i małej Ani
był osobowością, milkliwy, zgarbiony, wiecznie coś zbierał do dużego
wiklinowego kosza. Później dowiedziałam się, że był zielarzem i szukał ziół z
których przyrządzał nalewki i smarowidła na bóle brzucha, mięśni czy gardła, a w
wielkiej beczce przygotowywał zakwas na żur, który sprzedawał sąsiadom.
W
myślach nazywałam go już zawsze „dziadkiem od żuru”.
Paczka patriotyczna od Egmontu.
Lektura
„Naszej paczki i niepodległości” przyniosła mi potrójną przyjemność, po pierwsze:
to naturalnie wspomnienia mojej paczki, po drugie: lubię twórczość
(chociaż to takie poważne słowo) pani Zofii Staneckiej, a po trzecie: podoba mi się pomysł na samą książkę. To naprawdę ciekawe rozwiązanie, połączenie perypetii bandy dzieciaków z historią naszego kraju i sześciu narodowych świąt. Wydawałoby się sprawa nie do pogodzenia: z jednej strony rozbrykana gromada uciekająca po szkole do swojej bazy, a z drugiej trudna i dla dzieci często nudna historia Polski, ale udało się! Sukces równo rozkłada się na kilka czynników, pierwszym jest: „Nasza paczka”, czyli grupa dzieciaków o wyraźnie zarysowanych charakterach i rolach. Młody czytelnik szybko znajdzie wśród nich siebie, a także typy które lubi, których absolutnie nie lubi, albo z których można się pośmiać. Sepleniąca i ciągle objadająca się Maśka niewątpliwie budzi sympatię. Dziarska Jagoda, to połączenie najlepszej koleżanki z „równym chłopem”. Oczywiście musi być wódz, czyli Jacek, a jeśli jest kapitan to i pierwszy oficer czyli Malinowski, no i na przyczepkę „kujon”- marudny, wszystkowiedzący, ale nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Wypisz wymaluj- Wiktor. Nad każdym małoletnim przedsięwzięciem czuwa zawsze jakiś duch opiekuńczy - dla przykładu dziadek pogrążony we wspomnieniach i żujący żelki, ale zawsze z dobrą radą na podorędziu.
to naturalnie wspomnienia mojej paczki, po drugie: lubię twórczość
(chociaż to takie poważne słowo) pani Zofii Staneckiej, a po trzecie: podoba mi się pomysł na samą książkę. To naprawdę ciekawe rozwiązanie, połączenie perypetii bandy dzieciaków z historią naszego kraju i sześciu narodowych świąt. Wydawałoby się sprawa nie do pogodzenia: z jednej strony rozbrykana gromada uciekająca po szkole do swojej bazy, a z drugiej trudna i dla dzieci często nudna historia Polski, ale udało się! Sukces równo rozkłada się na kilka czynników, pierwszym jest: „Nasza paczka”, czyli grupa dzieciaków o wyraźnie zarysowanych charakterach i rolach. Młody czytelnik szybko znajdzie wśród nich siebie, a także typy które lubi, których absolutnie nie lubi, albo z których można się pośmiać. Sepleniąca i ciągle objadająca się Maśka niewątpliwie budzi sympatię. Dziarska Jagoda, to połączenie najlepszej koleżanki z „równym chłopem”. Oczywiście musi być wódz, czyli Jacek, a jeśli jest kapitan to i pierwszy oficer czyli Malinowski, no i na przyczepkę „kujon”- marudny, wszystkowiedzący, ale nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Wypisz wymaluj- Wiktor. Nad każdym małoletnim przedsięwzięciem czuwa zawsze jakiś duch opiekuńczy - dla przykładu dziadek pogrążony we wspomnieniach i żujący żelki, ale zawsze z dobrą radą na podorędziu.
Drugi
składnik sukcesu to tandem pisarza i ilustratora, daje dobre efekty jeśli
wspomniani się rozumieją i każdy z nich bierze udział w opowiadaniu historii.
Powstaje wtedy pisarsko-ilustratorska sztafeta, pisarz i ilustrator razem
prowadzą tok narracji każde swoimi środkami, ale do wspólnej mety – i tak się
dzieje w „Naszej paczce”. Zofia Stanecka opowiada historię starą jak świat; o
dziecięcej przyjaźni i świecie w którym się ona rozgrywa, a Daniel Latour
komentuje je śmiesznymi, trochę komiksowymi ilustracjami, ale też tworzy mapki i
objaśnia symbole , kiedy tłumaczy kontekst istnienia danego święta, albo zrywu
który do niego doprowadził. W książce jest też odwrotnie niż w rzeczywistości,
to historia występuje w kolorze, jakby chciała przypomnieć, że składają się na
nią losy prawdziwych ludzi z krwi kości, a przygody „Naszej paczki”
naszkicowane są czarnym tuszem na tle białej strony, co oznacza że mogą
być fikcyjne, ale powołane zostały w zaszczytnym celu: by przybliżyć dzieciom
skostniałe chociaż ciągle aktualne pojęcia, takie jak: niepodległość,
święto pracy, strajk, prawa człowieka, konstytucja i wiele innych.
Wreszcie
trzeci czynnik składający się na sukces książki i zarazem trudny do przeoczenia
dla rodzica, to ponownie historia naszego kraju, którą można sobie dyskretnie
odświeżyć w trakcie wspólnej, pouczającej lektury.
Gorąco
polecam – mama, po lekturze z córką.
Pozdrawiam
i do następnego spotkania. :)
Spotkanie jedenaste: Wydłużanie wakacji.
Agnieszka Gadzińska: „Figle i psoty Kaktusa i Skloty”, wyd. Skrzat.
Wróciliśmy z wakacji: ja z opalonymi stopami i z moim pierwszym, wygrzebanym z piasku bursztynem. Radek z na przemian bolącym dużym palcem i łokciem (starość nie radość), a Młoda przywiozła: dwa białe patyki, latawiec, wór muszelek i rumień!? Tak, zdecydowanie rumień zakaźny był największym zaskoczeniem tego sezonu letniego. Dojrzewał dwanaście dni, po czym zakwitł czerwonymi plamami na całym ciele Amelki i nawet pupy nie oszczędził!? Oczywiście zareagowaliśmy książkowo najpierw biorąc rumień za oparzenie słoneczne i aplikując wapno na uczulenia i czopek na gorączkę. Noc nie przyniosła poprawy, no i ta pupa w plamki? Ruszyliśmy na poszukiwanie pediatry, znalazł się jeszcze na Wyspie Sobieszewskiej, gdzie spędzaliśmy wakacje. Rejestracja przebiegła bez problemu i po trzydziestu minutach grania w kolory, weszliśmy do gabinetu miejscowej pani doktor. Po obejrzeniu Amelki padła diagnoza: rumień zakaźny. Pediatra wypisała receptę na same leki skuteczne i z najwyższej półki, jak się potem okazało wszystkie homeopatyczne. Organizm młodej wyraźnie obśmiał metodę leczenia zalecaną przez wakacyjną panią medyk i do domu wracaliśmy wioząc w foteliku skrzyżowanie opalonej marchewki z burakiem?! Na szczęście nasza lekarka przepisała już syropy antywirusowe i Młoda zaczęła powoli wracać do ludzkiego wyglądu. Po trzech dniach od powrotu z urlopu, ja wyrównałam poziom czerwieni na jedną rodzinę i dokonałam niewykonalnego – mianowicie zaraziłam się dziecięcą chorobą zakaźną! Kiedy po dwóch tygodniach wreszcie wszyscy wyzdrowieli, Młoda kładąc się do łóżka wyznała mi że jest „ strrrrasznie zmęczona i przydałyby jej się wakacje, bo tamte nad morzem to były tak dawno temu, że ona już nic nie pamięta!”
Masz
babko placek, pomyślałam ja: dwanaście dni maratonów (bo spacery Amelkę nudzą),
dwa dni ratowania chorego Indianina, dwa tygodnie rekonwalescencji Młodej i
mojej, a po wakacjach nad Bałtykiem w cztero i pół letniej głowie nie zostało
już ani śladu?!! Na szczęście, dla utrapionej rumieniem rodziny, wydawnictwo
Skrzat przysłało nam „ Figle i psoty Kaktusa
i Skloty” Agnieszki Gadzińskiej. I co z tego zapytacie? Otóż bardzo wiele, bo wspomniane „Figle i psoty” działają lepiej niż kanapki z nutellą i pierwszorzędnie poprawiają humor!
i Skloty” Agnieszki Gadzińskiej. I co z tego zapytacie? Otóż bardzo wiele, bo wspomniane „Figle i psoty” działają lepiej niż kanapki z nutellą i pierwszorzędnie poprawiają humor!
Książka
opowiada perypetie przyjaciół: Skloty, jej młodszej siostry Tysi, Matyldy, Buby
i Papiego oraz dwóch kotów: Kaktusa i Cactussy, psa Frędzla i chomiczki Wandzi.
Nietaktem było by dodawać, że zwierzęta ( póki co bez Wandzi) mówią ludzkim
głosem, bo przy okazji tak nietuzinkowej paczki to się rozumie samo przez
się! Czytamy z Młodą pierwszą przygodę: „Wielkanocny prezent”. Bohaterką
historii jest Tysia, która zazdrości kuzynce Lilce okazałego, długiego
warkocza. Empatyczna Sklota, chcąc pocieszyć siostrę robi dla niej perukę.
Pomaga naturalnie kot Kaktus. Razem dziurawią wściekle zielony czepek pływacki,
a przez dziurki przewlekają włosy z czarnej włóczki. Efekt jest piorunujący,
oszalała z radości Tysia prezentuje nowy image mamie, a ta z wrażenia wyrzuca w
powietrze tacę ze śniadaniem! Amelka przewraca się na brzuch i głośno rechocze,
razem z nią śmieję się i ja, chociaż w głębi duszy wiem, ze problem rzadkich
włosów bawi po czasie. Świetnie pamiętam miesiące, kiedy głowiłam się jak
zaczesać trzy kudełki Amelki, żeby wyglądały odrobinę dziewczęco?! Ale śmiejemy
się i czytamy dalej, w następnym rozdziale ekipa Skloty łamie sobie głowy nad
melancholią psa Frędzla, nie mogę Wam zdradzać zakończenia (za dużo już tego
dobrego!), ale jeśli szukacie odświeżonej interpretacji słowa ”kryzys” musicie
sięgnąć po „Figle i psoty Kaktusa i Skloty”!
Przeczytałyśmy
z Amelka „Figle” w trzy wieczory, Młoda najgłośniej obśmiała głupiutkiego
Adrianka i maseczkę z błota, potem obejrzałyśmy razem zdjęcia z wakacji i
zmęczenie rumieniem i wizytami u lekarzy minęło jak ręką odjął!
Dla
mnie sprawa jest zupełnie jasna: nic nie wskórałabym bez Skloty! Jeśli więc z
jakichkolwiek powodów Wasze wakacje nie do końca się udały, albo nastrój po
nich odparował za szybko, poczytajcie z dzieciakami „Figle i psoty Kaktusa i
Skloty”.
Pozdrawiam
i do następnej lektury! Ania :)
Spotkanie dziesiąte: Strach nie doczytać
do końca - recenzja powieści z dreszczykiem.
Pierwszy dreszczyk: Marcin Pałasz: „Elf i dom strachów”, wyd. Skrzat.
Pierwszy dreszczyk: Marcin Pałasz: „Elf i dom strachów”, wyd. Skrzat.
Drugi dreszczyk: Grzegorz Gortat : „Miasteczko
ostatnich westchnień” wyd. Ezop.
W
gwoli uczciwości i od początku: jestem, byłam i pewnie już zawsze będę
tchórzem. Moje tchórzostwo jest dosyć oryginalne i działa terapeutycznie,
mianowicie poprawia humor. Oczywiście nie mnie, ja jak na tchórza przystało:
boję się, piszczę i zestresowana wskakuję pod koc, co bardzo cieszy osoby mi
towarzyszące. Najbardziej w tym stanie lubi mnie moja przyjaciółka Asia,
o której już tutaj pisałam. Kiedy byłyśmy studentkami i spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę, Asia wykorzystywała moje tchórzostwo z premedytacją! Mówiła: ”Miałam paskudny dzień. Wypożyczmy jakiś film na wieczór?” No i kończyło się jak zawsze, tuż po przekroczeniu progu, dzisiaj już reliktu przeszłości, wypożyczalni kaset video i DVD, dopadała jakiś horror, albo inny pomiot grozy i wbijała we mnie spojrzenie basseta: „Chmielku zrób mi tą przyjemność”- wskazywała na opakowanie, sugestywnie krwisto czerwone i pewna swojego sukcesu imała się przekupstwa dodając: „zrobię ci Twoje ulubione kanapki!” Zawsze dawałam za wygraną, pewnie dlatego że łakomstwo jest we mnie silniejsze nawet niż strach. Potem standardowo: ja piszczałam, zamykałam oczy i chowałam się pod kocem, a moja droga przyjaciółka od półtorej do dwóch godzin rechotała. Po złym humorze nie zostawało ani śladu, tylko po seansie trzeba było mnie odprowadzić na autobus, bo obawiałam się powtórki z japońskiego, albo hiszpańskiego scenariusza! Od dłuższego czasu robię sobie sama kanapki, z Asią pijemy kawę, a filmów i opowieści grozy unikam.
o której już tutaj pisałam. Kiedy byłyśmy studentkami i spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę, Asia wykorzystywała moje tchórzostwo z premedytacją! Mówiła: ”Miałam paskudny dzień. Wypożyczmy jakiś film na wieczór?” No i kończyło się jak zawsze, tuż po przekroczeniu progu, dzisiaj już reliktu przeszłości, wypożyczalni kaset video i DVD, dopadała jakiś horror, albo inny pomiot grozy i wbijała we mnie spojrzenie basseta: „Chmielku zrób mi tą przyjemność”- wskazywała na opakowanie, sugestywnie krwisto czerwone i pewna swojego sukcesu imała się przekupstwa dodając: „zrobię ci Twoje ulubione kanapki!” Zawsze dawałam za wygraną, pewnie dlatego że łakomstwo jest we mnie silniejsze nawet niż strach. Potem standardowo: ja piszczałam, zamykałam oczy i chowałam się pod kocem, a moja droga przyjaciółka od półtorej do dwóch godzin rechotała. Po złym humorze nie zostawało ani śladu, tylko po seansie trzeba było mnie odprowadzić na autobus, bo obawiałam się powtórki z japońskiego, albo hiszpańskiego scenariusza! Od dłuższego czasu robię sobie sama kanapki, z Asią pijemy kawę, a filmów i opowieści grozy unikam.
Stało
się jednak tak, że wydawnictwo Skrzat przysłało mi „ Elfa i dom strachów”
Marcina Pałasza, a miłościwie mi szefujący redaktor Grześ Raczek dosłał jeszcze
„Miasteczko ostatnich westchnień” Grzegorza Gortata, reasumując: trzeba wejść w
straszne buty raz jeszcze!
Księżyc
w pełni, cień nietoperza, staroświecki domek, uśmiechnięty chłopak i poważna,
ale sympatyczna mordka psa - tak z grubsza prezentuje się okładka „Elfa i domu
strachów”. Są jeszcze dwa rozkładane skrzydełka stron tytułowych z których
dowiadujemy się o tym że autor powieści jest ceniony i często nagradzany, a z
zawodu: optymista i pisarz. Jak dla mnie nie może być lepszego połączenia! I
jeszcze jedna, ale kluczowa informacja, „Elf i dom strachów” jest czwartą
częścią serii, a to znaczy że zaczynam czytanie od końca. Pojawia się niepokój:
ma być strasznie i w dodatku nie chronologicznie, czy w ogóle odnajdę się w
fabule? Zaczynam czytać i dzieje się coś absolutnie nie do przewidzenia jak na
powieść o duchach - zaczynam się śmiać! Nie mogłam inaczej
zareagować, ponieważ czytam monolog wewnętrzny psa, który kocha swojego
człowieka, nazywa go Dużym i właśnie, o zgrozo, ugryzł go w tyłek trochę z
emocji, trochę bo chciało mu się sikać i nie mógł się doczekać spaceru.
Obawy minęły jak ręką odjął, spokojna czytam dalej!
Ujmując
fabułę i bohaterów po bożemu, sprawa prezentuje się następująco: Duży pisze
książki dla młodzieży, ma syna którego fascynują zjawiska paranormalne i psa,
który nie toleruje wyjazdów służbowych Dużego, dlatego odreagowuje stres na
walizkach swojego pana. Duży właśnie przygotowuje się do kolejnej podróży
i spotkania autorskiego z dziećmi w Jasienniku, kiedy okazuje się że jedyne
miejsce w jakim będzie mógł przenocować to świeżo odremontowany i
najprawdopodobniej nawiedzony pensjonat „Pod Wzgórzem”. Młody węszy w
zbiegu okoliczności przygodę i namawia tatę, żeby razem zabawili się w
łowców duchów. Rozpoczyna się planowanie wyprawy, zakupy gadżetów wykrywających
duchy i ratowanie walizek, lekko już nadgryzionych przez Elfa.
Zagłębiając się w historię, czyli idąc dalej w powieściowy las, jest tylko
ciekawiej, nie da się ukryć że i trochę strasznie, co absolutnie nie oznacza że
można stchórzyć i nie doczytać do końca.
„Elfa
i dom strachów” czyta się od deski do deski, jednym haustem, a w trakcie
lektury ubolewa się tylko nad znaczkiem gwiazdki, pod którym widnieje
adnotacja: „Fragmenty oznaczone gwiazdką, odnoszą się do wydarzeń opisanych w
książkach: „Sposób na Elfa”; „Elfie gdzie jesteś?” i „Elf Wszechmogący”. Kto
nie czytał, niech zajrzy. Koniecznie!” Ja skuszę się na pewno!
Drugi dreszczyk, czyli nad rzeką leży
mistyczne miasteczko.
„Miasteczko
ostatnich westchnień” przypomina mi inną mądrą książkę, która opowiada o trudnym
losie zwierząt, myślę o „ Folwarku zwierzęcym” Georga Orwella. Obie
powieści opisują trudne doświadczenia zwierząt z człowiekiem: złe traktowanie,
wycieńczenie morderczą pracą, czy przemoc. Tyle, że „ Folwark zwierzęcy” w
swojej symbolicznej wymowie dotyczy buntu, rewolucji, a w końcu ideologicznego
oszustwa, które prowadzi do nieuczciwości i wyzysku. Z „Miasteczkiem ostatnich
westchnień” sprawa wygląda prościej, od początku wyczuwamy intencje autora i wiemy
kto jest czarnym charakterem, a kto ofiarą. Zwierzęta, zarówno dzikie jak i
udomowione, po męczeńskiej śmierci trafiają do miejsca, które można określić
czyśćcem dla zwierząt. Żyją w nim spokojnie, nie zaznając głodu i zapominając o
doświadczeniach swoich poprzednich wcieleń. Oczywiście proces terapeutyczny u
różnych mieszkańców ma inny przebieg, są tacy jak koza Maria Antonina, w której
ciepło i chęć udzielania pomocy są silniejsze niż stare urazy, ale są też
Ci drudzy, poniżeni i noszący w sercu urazę jak pitbull Raben. Racje jednych i
drugich zetrą się ze sobą, kiedy szczury Remus i Romulus odnajdą na brzegu
rzeki ludzkie niemowlę. Czy zwierzęta pomogą dziecku, a może będą wobec niego
obojętne? „Miasteczko ostatnich westchnień” to powieść o ludziach, o
ułomnościach naszych charakterów, które często skrywamy za drzwiami naszych
domów i piwnic. Wbrew podejrzeniom najbardziej mroczna część tej książki wcale
nie dotyczy krainy umarłych zwierząt.
Przetrwałam,
obyło się bez nurkowania pod koc, skończyłam czytać dwie powieści grozy! Jestem
z siebie dumna, ale losu kusić nie będę i nie pochwalę się swoimi dokonaniami
przed Asią. A zupełnie serio i z ręką na sercu, mogę się zdeklarować, że
przeczytam każdą opowieść z dreszczykiem, jeśli jednym z jej bohaterów będzie
pies o dużych uszach i jeszcze większym sercu!
Pozdrawiam
i do następnej lektury! :)
Spotkanie dziewiąte: Szatnia poetycka.
W szatni ukryły się: „Pcha szachrajka” Jana
Brzechwy i „Rymobranie” Agnieszki Frączek od wydawnictwa Wilga.
„Dziecięca klasyka- wiersze dla
dzieci”;” Stefek Burczymucha i inne wiersze” oraz „ Wierszyki czterolatka” od
wydawnictwa SBM.
„Julian Tuwim- wiersze dla dzieci” od
wydawnictwa Liwona i „Jan Brzechwa księga wierszy” wydany przez PiK, a także
trzy wspaniałe wybory poezji: (Ludwika Jerzego Kerna, Danuty Wawiłow i
Wandy Chotomskiej) od Naszej Księgarni.
Nastroszony wstęp.
Polska poezja dla dzieci ma
nieuczciwie kiepską prasę, tomiki wychodzą rzadziej niż opowiadania, bajki, czy
powieści, a jak już się pojawiają to mają mniej czytelników i recenzje też są
zdawkowe, krótkie. Pierwszy powód takiego stanu rzeczy jaki mi się nasuwa to
dzisiejsza niepopularność samych poetów. Poeta dzisiaj, to typ nieprzystosowany
do życia, dziwnie nieobecny, staroświecki
i niedochodowy, ponad to w opinii wielu, poetą może być każdy. Co dopiero poetą dziecięcym!? Ten ostatni to stereotypowy niespełniony literat, albo zdziecinniała przedszkolanka. Tymczasem, mamy w kraju poetycki Olimp, mamy kilkunastu poetów-klasyków na których wychowały się całe pokolenia polskich dzieci i o czym nie wszyscy wiedzą mamy wielu współczesnych, zdolnych poetów i bardzo ciekawe tłumaczenia poetów dziecięcych spoza granic kraju. Reasumując nastroszony wstęp, poezja dla dzieci żyje i ma klasę, ujmując temat bez patosu i aktualnie: poezja ciągle daje radę!
i niedochodowy, ponad to w opinii wielu, poetą może być każdy. Co dopiero poetą dziecięcym!? Ten ostatni to stereotypowy niespełniony literat, albo zdziecinniała przedszkolanka. Tymczasem, mamy w kraju poetycki Olimp, mamy kilkunastu poetów-klasyków na których wychowały się całe pokolenia polskich dzieci i o czym nie wszyscy wiedzą mamy wielu współczesnych, zdolnych poetów i bardzo ciekawe tłumaczenia poetów dziecięcych spoza granic kraju. Reasumując nastroszony wstęp, poezja dla dzieci żyje i ma klasę, ujmując temat bez patosu i aktualnie: poezja ciągle daje radę!
Dwa grosze od mamy.
Miałam
w życiu epizodzik aktorski, może niewielki, ale z sukcesami. Jako uczennica
szkoły podstawowej i liceum ogólnokształcącego, brałam udział w konkursach
recytatorskich i nie chwaląc się byłam wyróżniana, a nawet wygrywałam. Byłam
też prześladowana za znamię inności jakim dla klasy, jest ochotnik z wierszem
na ustach idący na konkurs.
I
z tego ostatniego byłam najbardziej dumna, wiadomo artystyczny życiorys,
niezrozumienie rówieśników, woda na młyn dla pryszczatego nastolatka! Oprócz
bujnego rozkwitu mojego ego, wspomniane lata to ważny okres w mojej edukacji, z
konkursu na konkurs poznawałam coraz to innych poetów. Przygoda
zaczyna się w trzeciej klasie, z wierszem Igora Sikiryckiego
„O pszczółce”. Nikt na mnie wtedy nie stawiał, nauczycielka uległa namowom mojej mamy, która poznała się na moich artystycznych preferencjach. Tak więc zabrano mnie jako piąte koło u wozu. Okazało się, że mama miała nosa, mojej wychowawczyni spadły z wrażenia okulary, a ja zdobyłam trzecie miejsce. Potem szło już sprawnie: rozgrzewka międzyszkolna, konkurs miejski, wojewódzki - czyli coraz wyższa półka. Poszukiwanie wiersza: musi być oryginalny i mało znany. Wertujemy tomiki z poszarzałymi kartkami i sztywne numery „Misia” oraz „Pentliczka”, poznaję wiersze: Ludwika Jerzego Kerna, Wandy Chotomskiej, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Danuty Wawiłow i Danuty Gellnerowej. Oprócz troski o warsztat i zainteresowania poezją, pojawia się rywalizacja. Zacieram ręce, kiedy na scenę wchodzą po sobie dwie dziewczynki i obie recytują: „ Żurawia i czaplę” Jana Brzechwy - konkurencja topnieje! Dobra passa trwa do drugiej klasy liceum, potem coś się nie udało, nie pomógł strój wypożyczony z teatru, pewność siebie okulała, wycofałam się.
Po latach trochę szkoda, zostały wspomnienia, wiersze i jeszcze coś.
„O pszczółce”. Nikt na mnie wtedy nie stawiał, nauczycielka uległa namowom mojej mamy, która poznała się na moich artystycznych preferencjach. Tak więc zabrano mnie jako piąte koło u wozu. Okazało się, że mama miała nosa, mojej wychowawczyni spadły z wrażenia okulary, a ja zdobyłam trzecie miejsce. Potem szło już sprawnie: rozgrzewka międzyszkolna, konkurs miejski, wojewódzki - czyli coraz wyższa półka. Poszukiwanie wiersza: musi być oryginalny i mało znany. Wertujemy tomiki z poszarzałymi kartkami i sztywne numery „Misia” oraz „Pentliczka”, poznaję wiersze: Ludwika Jerzego Kerna, Wandy Chotomskiej, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Danuty Wawiłow i Danuty Gellnerowej. Oprócz troski o warsztat i zainteresowania poezją, pojawia się rywalizacja. Zacieram ręce, kiedy na scenę wchodzą po sobie dwie dziewczynki i obie recytują: „ Żurawia i czaplę” Jana Brzechwy - konkurencja topnieje! Dobra passa trwa do drugiej klasy liceum, potem coś się nie udało, nie pomógł strój wypożyczony z teatru, pewność siebie okulała, wycofałam się.
Po latach trochę szkoda, zostały wspomnienia, wiersze i jeszcze coś.
Zamiłowanie
do głośnego czytania wierszy, jest w moim przypadku przyjemnością porównywalną
z jedzeniem białej czekolady, tyle że nie odkłada się na brzuchu (NA SZCZĘŚCIE!), a w wyobraźni. Ostatnio dużo radości dostarczyło mi „Cukrowe
miasteczko” Danuty Gellnerowej, jak zawsze smacznie wydane przez „Bajkę”.
Wiersze takie jak: „Jesień u fryzjera”; „Kocurek”; „Krokusy” czy tytułowe
„Cukrowe miasteczko” przypominają mi stare czasy, szumią gwarem adeptów poezji
tłoczących się w salach koncertowych, świetlicach, czy domach kultury i
czekających nerwowo na swój występ.
Dwa grosze od Młodej.
Zakończenie z Bambolami.
Swój
pierwszy wiersz napisałam w pierwszej klasie, byłam z niego bardzo dumna, może
dlatego pamiętam go do dzisiaj?!
„Życie to poezja.
Wesoła i smutna.
Lecz z biegiem lat zanika i traci swój czar.”
Jeszcze
bardziej niż ja była z niego dumna moja mama, właściwie to ten wiersz
i lektura książki o magicznym znaczeniu dat urodzenia, dały jej niezmąconą pewność że wyrosnę na pisarza. Ciągle czekam, a dodam tylko że już nie rosnę. Ale, w przyrodzie nic nie dzieje się bez powodu, dzięki przekonaniu mamy miałam przygody recytatorskie, jestem ciągle aktywną czytelniczką poezji i zaraziłam wierszami Młodą. Na samym początku czytałam jej JulianaTuwima i Jana Brzechwę (ten wybór nasuwa się automatycznie), ale też utwory: Marii Konopnickiej, Stanisława Jachowicza, czy Ignacego Krasickiego. Na pamięć uczyłyśmy się „Chorego kotka”, „Stefka Burczymuchy”, ale pierwszym z którego zrobiłyśmy rytuał był wiersz: „Dobranoc..”Małgorzaty Strzałkowskiej, mówiłyśmy go razem kładąc Młodą spać. Właściwie to ciągle go mówimy, jeśli zapomnę, Amelka mnie poucza: „ Mamo, kolacja była, kompanie było, zęby były, czytanie było”, ja padając na twarz mówię: „No to wszystko już było”, a wtedy Młode ripostuje: „ A wierszyk!?” No i mówimy wierszyk!
i lektura książki o magicznym znaczeniu dat urodzenia, dały jej niezmąconą pewność że wyrosnę na pisarza. Ciągle czekam, a dodam tylko że już nie rosnę. Ale, w przyrodzie nic nie dzieje się bez powodu, dzięki przekonaniu mamy miałam przygody recytatorskie, jestem ciągle aktywną czytelniczką poezji i zaraziłam wierszami Młodą. Na samym początku czytałam jej JulianaTuwima i Jana Brzechwę (ten wybór nasuwa się automatycznie), ale też utwory: Marii Konopnickiej, Stanisława Jachowicza, czy Ignacego Krasickiego. Na pamięć uczyłyśmy się „Chorego kotka”, „Stefka Burczymuchy”, ale pierwszym z którego zrobiłyśmy rytuał był wiersz: „Dobranoc..”Małgorzaty Strzałkowskiej, mówiłyśmy go razem kładąc Młodą spać. Właściwie to ciągle go mówimy, jeśli zapomnę, Amelka mnie poucza: „ Mamo, kolacja była, kompanie było, zęby były, czytanie było”, ja padając na twarz mówię: „No to wszystko już było”, a wtedy Młode ripostuje: „ A wierszyk!?” No i mówimy wierszyk!
Pamiętacie Bambole? To te same, które zjadły ręce, nogi i nadgryzły brzuch Pani sekretarki z przedszkola Młodej. Bambole to pierwsze i pełnokrwiste postacie wymyślone przez Amelkę.
Bambole
zostały powołane do życia jako cichy przejaw buntu. Zazwyczaj wygląda to tak:
-
Amelko zjedz brokuły/ brukselkę/ gotowaną marchewkę.
-
NIE ZJEM!!!
-
Amelko jeśli będziesz jadła warzywa to wyrośniesz na sportowca! (To dla Młodej
argument nie do podważenia i zarazem wielkie marzenie).
-
No dobbbbbbrze… (dłubie w talerzu) Mamo, a wiesz że Bambole nigdy nie jedzą
warzyw?!
-
Dlaczego?
-
Umierają od warzyw!!!!
-
To nie możliwe, warzywa są zdrowe.
-
Ale Bambole robią się od nich zielone, bolą je brzuszki i jeszcze maja od
warzyw pryszcze.
A potem umierają!!!
A potem umierają!!!
-(Krótka
konsternacja, szukam w miarę dobrej riposty). To dobrze, że Ty nie jesteś
Bambolem. ( Mówię to , bo nic innego nie przychodzi mi do głowy?!)
-(Młoda
zwiesza głowę nad zupełnie już rozgniecioną warzywną breją
i
wzdycha). Mama Bamboli nigdy nie kazała by im jeść warzyw.
Tak
to Bambole są zawsze w pogotowiu, żeby obnażyć „mamusiowe mądrości”, muszę być
czujna inaczej grozi mi bambolowy nokaut. Jednego co do Bamboli jestem pewna,
są pierwszym plonem wyobraźni Amelki. Kto wie może w rodzinie jednak będzie
pisarz!
PS Kochani, namawiam Was do czytania dzieciom poezji, to dzięki wierszom właśnie usłyszycie, że ten grzyb wygląda jak pogryziona parasolka ,albo usłyszycie historyjkę o Panu Bogu, który lubi jeździć na rowerze. Poezja uczy językowej wrażliwości!
Pozdrawiam
i do następnego spotkania! Ania :)
Spotkanie ósme: Wszystko zaczyna się
od…? Od czytania!
Idealny pierwszy kurs czytania:
„Czytam sobie- fakty”: Rafał Witek „Wyprawa na
biegun”; Zofia Stanecka
„ Historia pewnego statku” oraz Ewa Nowak „Apollo 11”wyd. Egmont.
„ Historia pewnego statku” oraz Ewa Nowak „Apollo 11”wyd. Egmont.
Moje pierwsze ukochane i zaczytane lektury:
Piotr Jereszow: „Konik Garbusek”; Ludwik Jerzy Kern: „
Ferdynand Wspaniały”
i Astrid Lindgren: „Dzieci z Bullerbyn”.
i Astrid Lindgren: „Dzieci z Bullerbyn”.
Co obecnie zaczytuje Młode?
(„Jeż kolczatek” z pierwszego tomu „Poczytaj mi mamo”, chociaż rekordy popularności bije ciągle „Basia” tyle że słuchana i kolorowana ).
Zaczytany wstęp.
i patrzy tęsknie za dwie głowy
od niej wyższymi pierwszoklasistami. Kształt marzenia o szkole kropka w kropkę
opisuje charakter Młodej. Na początku ważne były ołówki i kredki, ale ołówki
były ważniejsze! Według Amelki, uczeń to dusza sowicie w kredki i ołówki
zaopatrzona! Więc wkładała kredki wszędzie: świecówki w kurtce, w półce z
ubraniami, w skarpetkach?! No i odwieczne poszukiwanie ołówka, chciałabym coś
podkreślić, zanotować, nie można. Zginął ołówek. – Amelko, gdzie dałaś ołówek
mamusi?- Wielkie niebieskie oczy, wówczas dwuletniej uczennicy i rozbrajające
za każdym razem wyznanie. - Ne ma.- Po pół roku, wkładając jesienne buty
znalazłam moje zaginione ołówki. Pójście do przedszkola, rzuciło nowe światło
na problem pójścia do szkoły, ważny stał się piórnik, gdzieś przecież trzeba
trzymać wszystkie zrabowane ołówki i żółtą kredkę w czterech dostępnych
wielkościach: duża, średnia, mała i obgryziona. A jeśli piórnik jest już pełny
to trzeba go gdzieś włożyć i naturalnie musi być to nowiutki, piękny plecak. W
grę wchodzi tylko fioletowy i może mieć narysowaną księżniczkę.
Teraz powoli wychodzimy z
etapu: atrybuty ucznia i przechodzimy na poziom: co prawdziwy uczeń potrafi.
Istnieje nadzieja że ten ołówek który mam aktualnie, po prostu spiszę i
wystrugam do ogryzka. Ale najbardziej się cieszę, że Amelka zaczęła interesować
się literkami, ćwiczy z nami w domu, ćwiczy w przedszkolu, więc teraz ciągle
słyszę: - Mamo, tam była literka „A – jak Amelka”! Nie muszę dodawać, że z
całego alfabetu literka „a” nie ma sobie na razie równych. Wkrótce pociąg na
literkę „a”, zastąpi nauka czytania. Kiedy przypominam sobie jak ja uczyłam się
czytać, przypominam sobie też strategię mojej mamy. Była dosyć prosta, ale
konsekwentna. Mama zawsze mi dużo czytała, więc „Konika Garbuska” znałyśmy obie
na pamięć, potem czytałyśmy ( to znaczy ja sylabizowałam) krótkie, niemal
komiksowe historyjki obrazkowe, tych z kolei ja szybko się nauczyłam i
recytowałam treść na wyrywki. Następnym krokiem było czytanie na role: mama
narratora, ja postacie, albo odwrotnie. Czytanie u mnie w domu miało swój stały
czas, może dzięki temu mam z dzieciństwa wspomnienia związane z czytaniem.
Dobrze pamiętam kupowanie książek i kaset z bajkami, pamiętam mamę siedzącą pod
kocem, przy kaloryferze i czytającą książki z biblioteki.
Moje pierwsze zaczytane
książki, które już zawsze będą mi się kojarzyć
z początkami czytelniczej
przygody to oczywiście: Konik Garbusek za pan brat z głupiutkim Wanią, śmieszny
i momentami dziwny sen psa Ferdynanda i oczywiście nienudzące się „Dzieci
z Bullerbyn”. Lubię czytać, Radek lubi czytać, mam nadzieję że Amelka już lubi
czytanie i będzie lubiła w przyszłości.
Pierwszy ważny krok,
czyli dobrze pomyślany książkowy kurs czytania.
Każda
podróż zaczyna się od pierwszego kroku, a jeśli pierwszy krok, to pierwsza
klasa, a jeśli pierwsza klasa to: „Elementarz” Mariana Falskiego i historyczne
już zdania: „To Ala i Ola. Ala stoi. I Ola stoi. I lala Oli stoi. Ta lala to
Lola. A to As i osa. As stoi. A osa lata. Ta osa lata i lata.” Łza się w oku
kręci, sentymentalna podróż w przeszłość zaliczona, warto pod jej wpływem
odwiedzić antykwariat i kupić do pierwszych lekcji czytania „Elementarz”.
Wspinając się jednak na kolejne poziomy w doskonaleniu warsztatu czytania,
można śmiało zostać w wieku XXI, a nawet sylabizując poczytać o nim.
Wydawnictwo „Egmont” opublikowało cykl „Czytam sobie- Fakty”, w skład którego
wchodzą trzy książeczki wspierające naukę czytania dla dzieci od pięciu do
siedmiu lat. Trzy tytuły, to kolejno, zgodnie z poziomem, pierwszy: Rafał Witek
„Wyprawa na biegun”, drugi: Zofia Stanecka i „ Historia pewnego statku”, oraz
trzeci: Ewa Nowak autorka historyjki o „Apollo 11”.Trzy poziomy mają trzy
literackie nazwy – wskazówki. Poziom pierwszy nazywa się „składam słowa”,
poziom drugi to: „składam zdania” i łakomy na treść poziom trzeci, czyli:
„połykam strony”. Nomenklatura oddająca prawdziwy obraz rzeczywistości tych
którzy w trzech etapach rozkochują się w czytaniu. Wracam jednak do najnowszej
serii „ Czytam sobie – Fakty”, a podoba mi się ta seria i to z trzech ważnych
powodów.
Po pierwsze ważne:
Dla
rodzica nauka czytania z „Czytam sobie” nie jest nudnym, zautomatyzowanym
procesem. „Nie dukamy” z dzieckiem banalnych opowiastek, ale od samego początku
obcujemy z historią dobrze napisaną, która wyszła spod wprawnego pióra. „Czytam
sobie- fakty” to wciągające mini opowiadania, autorami których są uznani
pisarze. Autor „Wyprawy na biegun” jest także autorem „Dzieciaków kontra
Fobia”. Sprawczyni jednego z najbardziej pozytywnych zamieszań - któremu na
imię „ Basia” snuje „Historię pewnego statku”. A panią Ewę Nowak opowiadającą o
pierwszej podróży na księżyc zna każdy szanujący się uczeń czytający „ Cogito”
albo „ Victora” i ich mamy – czytelniczki „Filipinki”. Tak więc po sławnym
Marianie Falskim w trzypoziomowym kursie czytania od „Egmontu” wcale nie mniej
sław.
Po drugie ważne:
Dla
dziecka nauka z „Czytam sobie” jest przyjemna. Książeczki są ładnie i mądrze
ilustrowane, tak więc obrazki nie tylko towarzyszą treści opowiadań, ale
mają swoją merytoryczną wartość i co istotne każdy poziom jest w innym stylu,
kreski innego rysownika. Książki mają skrzydełka, czyli papierowe schowki na
niespodzianki, a siedzą w nich: Cyceron, Mirosław Hermaszewski i Mikołaj
Golachowski (naukowiec i podróżnik, który pięknie opowiada o przejedzonych i
popiskujących pingwinkach)! Z perspektywy malucha jest jeszcze te drugie,
ważniejsze skrzydełko- schowek, a w nim naklejki i „dyplom sukcesu” za czytanie
sobie z przyjemnością i łatwością!
Po trzecie ważne:
Dla
dziewczynki i jej mamy, seria „Czytam sobie” ma w sobie dużo dobrego, a jest
cieniutka, więc mieści się obok soczku z rurką w filigranowej torebce i można
ja wziąć na spacer do lasu i poczytać sobie pod kwitnącym drzewem!
Zaczytane zakończenie.
„Czytałyśmy
sobie” z Amelką w tym tygodniu. Czytałyśmy na kanapie, przed snem i na trawie.
Młoda ma dopiero cztery lata i najbardziej w serii Egmontu ujęły ją: rysunek
astronauty z plecakiem, „dyplom sukcesu” i naklejki. Przy tym Amelka jest stała
w uczuciach i póki co liczą się dla niej : „Jeż Kolczatek” i „Basia”, ta
ostatnia w aktualnych wersjach: do kolorowania i na CD! Mnie osobiście podoba się
cała idea, bo seria „Czytam sobie” liczy kilkanaście tytułów i chętnie połknęłabym
ją całą.
Z ostatniej chwili.
Spotkanie siódme: Nusia kontra Basia, czyli odwieczny konflikt idealisty z realistą.
Z ostatniej chwili.
Młoda
już jakiś czas temu przejęła mój stary plecak, z zamkiem który co prawda „nie
wylata” ale i nie zapina się. W plecaku magazynuje rzeczy bez których nie można
iść do szkoły, jest tam więc obowiązkowa przytulanka - Piesek Bacuś, plastikowy
serwis do herbaty, a od dzisiaj też „Apollo 11”! Astronauta z plecakiem wbił
jej się w pamięć! To znaczy że do „Czytam sobie” jeszcze wrócimy.
Do
następnej lektury! Pozdrawiam Ania :)
Spotkanie siódme: Nusia kontra Basia, czyli odwieczny konflikt idealisty z realistą.
Zofia Stanecka:
„Basia i pieniądze”; „Basia i telewizor”; „Basia i dentysta”; „Basia i
telefon”; ”Basia i taniec”, wyd. Egmont
Pija Lindenbaum:
„ Nusia i wilki”; „Nusia i bracia łosie”; „ Nusia i baranie łby”; „Nusia się
chowa”, wyd. Zakamarki.
Mam
przyjaciółkę, znamy się od stu lat (czyli od podstawówki), a przyjaźnimy od
dziewięćdziesięciu dziewięciu, co w praktyce oznacza, że pierwszy rok naszej
znajomości przyjazny raczej nie był. Piątą klasę szkoły podstawowej rozpoczęłam
w innej dzielnicy i z innymi dziećmi. Pamiętam dobrze ten dzień, miałam na
sobie żorżetową plisowankę (wtedy modną?) i żorżetową bluzkę, więc w połączeniu
z bucikami na klamerkę wyglądałam jak ugładzona dziedziczka żorżetowej
fortuny?! Taka apelowa wchodzę do nowej klasy, wszyscy patrzą na mnie i z ciekawością
i z cynicznym uśmieszkiem, a mnie trzęsą się kolana. Kiedy wreszcie mija
prezentacja siadam w jedynej wolnej ławce i oddycham z ulgą, że jest jakaś
wolna ławka! Po tygodniu od mojego pojawienia się w szkole okazuje się, że
ławka wolna nie jest. Siedzę sobie przed pierwszą lekcją, uśmiecham się
głupkowato do każdego kto się nadarzy i nagle staje w drzwiach dziewczyna i
patrzy na mnie jakbym jej ojca gitarą zabiła (to było bardzo popularne
porównanie kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i mogę go śmiało użyć, jeśli jako dinozaur piszę o moim prywatnym Mezozoiku)!
Więc stoi ta dziewczyna i jest wielka, trochę jak sekwoja, albo kobieta Yeti,
oczywiście dla takiego krasnala jak ja, wszystko co przerasta go o głowę jest
gigantyczne! Zgadliście, zajęłam jej miejsce i nie pomagało tłumaczenie, że
krzesła są dwa więc się obie zmieścimy. Gdzie tam, niemożliwym jest żeby jedna
nieproszona „Nowa” i jedna „Wielka Indywidualność” mogły się zmieścić w tej
samej ławce?! Zaczął się rok: podchodów, otwartych sporów, papierowych sojuszy,
ściągania od siebie na klasówkach i osobno spędzanych przerw. Aż któregoś dnia,
ktoś złapał mnie za kaptur i wyciągnął sprzed maski malucha ( potencjalna
zagłada przybrała rozmiary zbliżone do moich, ale i tak śmiertelnie niebezpieczne)!
-
Ślepa jesteś czy co?- Zapytała, czuła jak zawsze (B)Asia.
-
Yyyyy, chyba nie.- Odpowiedziała, zazwyczaj przytomna A(Nusia).
Po
latach, myślę że od tego momentu nastąpił przełom w relacjach: „Wielkiej
Indywidualności” z „Nową”. Nie przyznawały się do tego, ale trochę się
polubiły. Może nawet bardziej niż trochę. Kiedy wspominam początki przyjaźni
Asi i Ani, zastanawiam się czy dwie inne dziewczynki mogłyby się zaprzyjaźnić?
Ciekawa jestem czy Basia mogłaby polubić Nusię?
Jaka jest Basia? Kto czyta ten wie!
Napisałam,
że Basia jest bez wątpienia Polką, skąd jestem taka pewna? Znam po sąsiedzku
kilka podobnych dziewczynek, jedną nawet bardzo dobrze. Może nie mają piegów, i
szeptają swoje tajemnice do ucha Miśka Michała albo Karola, a nie Zdziśka, ale
po za tym wiele je łączy!
Nusia i jej świat.
Nigdy
nie poznałam żadnego Szweda, to znaczy raz było bardzo blisko. W ogólniaku, moja szkoła organizowała wymianę uczniów ze szwedzkim liceum,
oczywiście się zgłosiłam, ale było już za późno. Wszyscy rzucili się na tych
Szwedów jak na świeże bułeczki i pani sekretarka powiedziała mi, że dla mnie
Szweda już zabrakło. Żyłam, od tamtego momentu z czymś na kształt
„niezaspokojonej szwedzkiej ciekawości”, więc kiedy razem z Amelką, pierwszy
raz miałyśmy się spotkać z Nusią, moja chęć poznania sięgnęła zenitu. I stało
się, „Nusia i wilki” zawładnęła naszymi sercami i pamięcią Młodej. Amelka od
tamtego czasu: recytowała Nusię na wyrywki, nazwała jej imieniem wszystkie
lalki, a raz nawet próbowała przechrzcić swojego najlepszego przyjaciela
Kamilka na Nusię. Na szczęście Kamil skutecznie protestował! Nusia tak działa,
jest jak cichociemny Ninja, nokautuje nieprzekonanych i wciąga w swój świat. A
jaki to jest świat? W świecie Nusi, jest trochę jak w surrealistycznym filmie i
dzieją się rzeczy niesłychane! Kiedy Nusia traci z oczu przedszkolną wycieczkę i
próbuje sama wrócić, gubi się w lesie i już wydaje się że wszystko skończy się
katastrofą bo za drzew wyłaniają się wilki, a Nusia przecież wszystkiego
się boi! Kiedy okazuje się, że Nusia drży ze strachu przed wszystkim innym,
tylko nie przed wilkami! Każda mądra, psychologiczna głowa ochrzciłby Nusię
introwertyczką i marzycielką. To dlatego, że Nusia w samotności jest twórczą
wizjonerką- spotyka pod blokiem trójkę łosi, których szybko przyjmuje do
rodziny, jednak plan by zamieszkać z braćmi łosiami, pali na panewce i to nie
tylko dlatego że łosie nie piją wody ze szklanki, a z sedesu!? Na egzotycznych
wakacjach z rodzicami, Nusia nie kąpie się w basenie, boi się wody.
Sytuacja ulegnie zmianie, kiedy trzeba będzie uratować pięć spoconych i
strasznie sflaczałych owieczek, wtedy Nusia rzuci sobie wyzwanie i wejdzie do
wody, przeprawi się nawet na wyspę! Zdarzają się jednak momenty, kiedy wszystko
dzieje się nie po myśli Nusi. Jak wtedy, kiedy bawi się w domu swojej sąsiadki
Helenki, chce podnieść dzidziusia, ale on wyślizguje jej się z rąk, upada
i strasznie płacze. Nadbiega Puma- opiekunka Helenki i dzidziusiów i chociaż zazwyczaj jest wspaniała, słucha muzyki z laptopa i maluje Nusi paznokcie na fioletowo, to teraz bardzo krzyczy. Nusia jest wrażliwa, kiedy zostanie zraniona ucieka, czasem do swojego pokoju, czasem chowa się do szafy, a tam przychodzą ją pocieszyć tajemnicze zwierzęta, wyglądają jak łasice, ale nie gryzą, za to pozwalają policzyć sobie palce i lubią kiedy się je wysoko podrzuca. Razem z łasicami czas mija szybciej i łatwiej zapomina się o urazach. Świat Nusi jest tajemniczy i pełen ożywających fenomenów rodem z wyobraźni, ale nie jest smutny, w końcu Puma przyjdzie, odda wiaderko, przeprosi, ze krzyczała i zaprosi na lody. Atmosfera nietuzinkowa, tylko happy end znajomy i dobrze!
i strasznie płacze. Nadbiega Puma- opiekunka Helenki i dzidziusiów i chociaż zazwyczaj jest wspaniała, słucha muzyki z laptopa i maluje Nusi paznokcie na fioletowo, to teraz bardzo krzyczy. Nusia jest wrażliwa, kiedy zostanie zraniona ucieka, czasem do swojego pokoju, czasem chowa się do szafy, a tam przychodzą ją pocieszyć tajemnicze zwierzęta, wyglądają jak łasice, ale nie gryzą, za to pozwalają policzyć sobie palce i lubią kiedy się je wysoko podrzuca. Razem z łasicami czas mija szybciej i łatwiej zapomina się o urazach. Świat Nusi jest tajemniczy i pełen ożywających fenomenów rodem z wyobraźni, ale nie jest smutny, w końcu Puma przyjdzie, odda wiaderko, przeprosi, ze krzyczała i zaprosi na lody. Atmosfera nietuzinkowa, tylko happy end znajomy i dobrze!
A pro po tytułu, czyli ambitne zakończenia.
Jaki
temperament ma Basia, a jaki Nusia? Która z dziewczynek jest idealistką,
a która realistką? Kiedy zastanawiam się nad tymi dwoma terminami przypomina mi się szkolna lekcja języka polskiego i analiza obrazu Petera Bruegla pt. "Upadek Ikara". Oczami wyobraźni, widzę Basię jak stoi na brzegu, wystawia buzię do słońca, albo przygląda się rysującemu się w oddali miastu, a nogi topiącego się Ikara należą do marzycielki Nusi. A może nie? Nusia przecież nie przeskakuje przez błotnisty strumyk, czy odważyła by się latać?
Dla naszych (Amelki i mojej) ulubionych bohaterek: dla Basi i Nusi, które zawsze są idealistkami i marzycielkami, chyba że sytuacja wymaga od nich by były twardo stąpającymi po ziemi realistkami, a więc: poszły do dentysty, czy wróciły same ze spaceru, wyreżyseruję nie malarskie, a literackie zakończenie.
a która realistką? Kiedy zastanawiam się nad tymi dwoma terminami przypomina mi się szkolna lekcja języka polskiego i analiza obrazu Petera Bruegla pt. "Upadek Ikara". Oczami wyobraźni, widzę Basię jak stoi na brzegu, wystawia buzię do słońca, albo przygląda się rysującemu się w oddali miastu, a nogi topiącego się Ikara należą do marzycielki Nusi. A może nie? Nusia przecież nie przeskakuje przez błotnisty strumyk, czy odważyła by się latać?
Dla naszych (Amelki i mojej) ulubionych bohaterek: dla Basi i Nusi, które zawsze są idealistkami i marzycielkami, chyba że sytuacja wymaga od nich by były twardo stąpającymi po ziemi realistkami, a więc: poszły do dentysty, czy wróciły same ze spaceru, wyreżyseruję nie malarskie, a literackie zakończenie.
Zakończenie literackie.
O
już jest! To dziewczynka, zdaje się że w wieku Basi, wiatr rozwiewa jej włosy,
ma białą koszulkę w nadrukowane serduszka i trzyma w ręku wiaderko. Rozgląda
się i delikatnie się uśmiecha do tego co widzi. Rodzice dziewczynki, mijając
rodziców Basi, podnoszą ręce i zgodnie wołają: „HI!!”, rozkładają swój koc
kilkanaście kroków od koca rodziny Basi, nowa dziewczynka siada obok i niemal
natychmiast zaczyna kopać w piasku- buduje zamek. Basia jest bardzo ciekawa
dziewczynki, nie chce jej się już biegać, ani moczyć stóp, chciałaby poznać ta
tajemniczą i opalona dziewczynkę. Basia podchodzi do Nusi, siada obok jej
zamku, Nusia ukradkiem spogląda na gościa. – Fajny masz zamek,- mówi Basia- ale
byłby fajniejszy gdybyśmy ozdobiły go muszelkami. Janek i ja właśnie
znaleźliśmy przy brzegu prawdziwy skarb! Fale wyrzuciły na piasek chyba całą
tonę muszelek! Pozbieramy razem?- Nusia patrzy na Basię wielkimi, zdziwionymi
oczami, nie rozumie nic z tego co Basia właśnie powiedziała, ale Basia już
odczytała z wyrazu twarzy Nusi, że dziewczynka nie mówi po polsku.
Pokazuje na zamek, po czym unosi do góry kciuk i uśmiecha się od ucha do ucha.
Nusia też się uśmiecha, już rozumie Basię, ale nic nie trwa wiecznie właśnie
dotarł Franek i z głośnym: „ Bła bła” na ustach podeptał budowlę Nusi. Obie
dziewczynki patrzą na zrujnowany zamek i szczęśliwego Franka. Nusia zaczyna się
śmiech, zaraz całą buzią śmieje się Basia, pokazując przy okazji dziurę po
zębie, który wypadł tuż przed wyjazdem nad morze. To już drugi ząb, który
wypadł Basi ostatnimi czasy, ale za to poznała koleżankę z obcego kraju!
Biegają teraz razem po plaży: Basia, której wszędzie jest pełno i Nusia, uważająca
by nie pomoczyć się za bardzo.
Może
tego słonecznego dnia, na „egzotycznej” plaży w Ustce, narodziła się przyjaźń?
Nils miej się na baczności!
Do
następnej lektury ,pozdrawiam Ania. :)
PS
Asia i Ania przyjaźnią się do dziś. Ciągle bardzo się różnią, w wielu sprawach
mają inne zdania, kilka razy drogi im się rozchodziły, ale na szczęście zawsze
się schodzą ponownie. Asia ma syna Olka, którego nazywa Oleśkiem, Ania ma córkę
Amelkę, którą nazywa Duszkiem. :)
Spotkanie szóste: Myślenie popłaca!
Oswajanie filozofii.
Oscar Brenifier: ”Życie co to takiego?”
Stephen Law: ”Wycieczki Filozoficzne” (
obie części)
Michel Piquemal: „Bajki Filozoficzne” i
„Bajki filozoficzne. Jak żyć razem?”
Asa Lind: „Piaskowy Wilk”
Filozofia w obrazkach. Obrazek lasu.
Listopad,
inauguracja sezonu: „miłośników kaloszy”, okres wdeptywania liści w błoto, i
jeszcze pierwszy miesiąc idealnej szarugi. Listopad sprzyja chodzeniu na
spacery. No to chodzimy: mały parasol – Amelka i duży parasol- ja. Chodzimy po
przedszkolu. Dopóki Amelka liże lizaka jest cicho jak makiem zasiał, a kiedy
skończy, zaczynają się pytania. Ostatnio filozoficzne.
Książka z obrazkami.
-
Mamo co robisz, że tak stoisz?
-
Myślę. - Mija bardzo długa minuta, kiedy Amelka szuka w krzakach odpowiedniego
patyka, (a musicie wiedzieć, że bez patyka, najlepiej trzy razy dłuższego
niż sama Amelka, nie ma spaceru).
-
Mamo, nie możesz tak stać i stać całymi dniami!- Oburza się i już pruje do
przodu ciągnąc za sobą połowę długości jakiejś brzózki. Spacerujemy, a
właściwie chodzimy na palcach, żeby nie nadepnąć jakiemuś dzikowi na odcisk.
Młoda śpiewa nową piosenkę o wiewiórce, ja nie śpiewam tylko patrzę na korony
drzew (wyglądają jak powbijane w piasek miotły).
-
Mamo dlaczego nie śpiewasz ze mną?!
-
Nie znam tej piosenki Amelko.
-
Nie znasz! Nie mogę w to uwierzyć!- Jest już nie na żarty zła.
Kapuśniaczek
przechodzi w regularny deszcz, wracamy. No cóż pewnie minie jeszcze trochę
czasu zanim się razem zagapimy na las. A może to zbyt intymny stan (to gapienie
się) i każda z nas będzie to robić w samotności jak przystało na rasowe „
jesienne dziewczyny”?
-
Mamo, myślisz jeszcze?
-
Myślę.
-
A dlaczego?
-
Bo lubię.
-Achaaaa
!!! A ja lubię mojego pssyjaciela Kamilka i kopytka serowe!
Ja
nie marzyłam w dzieciństwie o tym, żeby zostać filozofem. Jednak zadawanie
pytań i zamyślanie się towarzyszą mi od kiedy pamiętam. No i chciałam być
detektywem! Tropienie przestępców, zagadki kryminalne, odciski palców, długi
płaszcz i spowita mgłą sylwetka ( dzisiaj mgła musiałaby być najlepszej próby,
żeby mnie spowić), to mi się marzyło. W podstawówce i z początku liceum
zaczytywałam się w Agacie Christie, potem poznałam kilku filozofów- zazwyczaj
domorosłych i ze starszych klas. Filozofia wtedy jawiła mi się jako
intelektualny flirt. W dobrym tonie jest umieć się spierać- czyli orientować
się w sztuce erystyki! Trochę później przez fakultet z języka polskiego
zderzyłam się z kilkoma filozofami, tym razem renomowanymi, i w
przeważającej większości wydali mi się pokrętni i niezrozumiali! Jednak okazało
się, że jak się człowiek napoci i znajdzie jakiś wers, albo dwa z myślą - czyli
sentencją takiego sławnego filozofa, a potem przepisze ją pod tytułem
pracy domowej, to ma się na czysto o stopień wyższą ocenę! Niedługo potem
dowiedziałam się, że w najprostszych słowach „filozofia” to tyle co historia
myśli, a ponieważ bardzo mi zależało na intelektualnym imagu, w
kilkudziesięciu, karkołomnych i zupełnie Nie-filozoficznych dyskusjach wzięłam
udział. Gdybym miała określić na jakim etapie jest dzisiaj moje rozumienie i
podejście do filozofii, powiedziałabym, że jestem na poziomie oglądania
obrazków. Tak, właśnie siedzę, oglądam ilustracje, które układają się w niezły
komiks i czytam: „Życie co to takiego?” pisane przez Oscara Brenifiera i
narysowane przez Jerome Ruilliera. Dzieląc się opinią o tej pozycji, trzeba
zacząć od tego, że jest naprawdę ładna, ale poznańskie wydawnictwo „Zakamarki”
zdążyło czytelników już do tego przyzwyczaić. „Życie co to takiego?” powstało,
żeby wprawiać się w sztuce zadawania i odpowiadania na pytania. Książka ma
różnokolorowe strony z cienkiej tekturki, które świetnie nadają się do tego,
żeby wsunąć pomiędzy nie nos i na chwilę znieruchomieć dumając sobie nad jednym
z sześciu zagadnień filozoficznych. Wspomniane zagadnienia to: co może sprawić,
że będziesz szczęśliwy?; czy będziesz kiedyś mistrzem?; dlaczego życie bywa
ciężkie?; dlaczego istnieje człowiek?; dlaczego i po co żyjemy? i dlaczego
umieramy? Autor w krótkiej przedmowie radzi co mają zrobić rodzice z ogromem
trudnych pytań, które zadają dzieci. Rzeczywiście, żaden rodzic nie jest
omnibusem i specjalistom od wszystkiego, tymczasem skala podejmowanych przez
dzieci problemów jest ogromna. Autor radzi, żeby nie czerwienieć z wysiłku i
nie odpowiadać na siłę. Okazuje się że gotowe formuły wcale dziecko nie
zadowalają! Ważne są pytania pomocnicze, ważne jest dywagowanie, ważne są
przyjazne dziecku ilustracje układające się w mini historyjki. To wszystko
razem, plus rodzic i młode na kanapie układają się w sensowną pierwszą lekcję
filozofii. Ja i czteroletnia Amelka jesteśmy w fazie oglądania „Życie co
to takiego?” i zadawania najprostszych pytań do lektury:
-Mamo
dlaczego ta dziewczynka jest smutna?
-Martwi
się czy spełnią się jej marzenia.
-
Mazenia?
-
Coś czego bardzo chce i na co czeka.
-
Achaaa, to ja chcę być już duża i mieć rolki i taki DUŻYYYY, fioletowy
plecak!
To
bardzo budujące, że wyobrażam sobie nas z tą samą książką za rok i za dwa lata.
Pewnie zmieni się nasz sposób obcowania z nią, mniej skupimy się na
ilustracjach bardziej na treści. „Życie co to takiego” to pozycja na
przyszłość, i obliczona na rozwój odbiorcy. Starszy, tzw. „wyrobiony” czytelnik
często wraca i konfrontuje się po latach z pozycją która zapadła mu w pamięć.
Aktualizacja wiele uczy, stawia stare problemy w świetle naszych nowych
doświadczeń, autor zdaje się mieć świadomość tego procesu. Dlatego
serwuje dzieciom książkę , która została tak wydana: ( miękka, ale nie
wyginająca się okładka, grube strony w ciepłych barwach, system zewnętrznych
tytułowych zakładek: dzięki czemu wraca się do interesującego nas zagadnienia),
tak napisana: (pytania dotykające problemów bliskich: małego, większego lub
jeszcze starszego dziecka, a nawet lubiącego pytać rodzica). Bo czy myślenie
i
ciekawość świata mogą przestać być aktualne? Mnie wydaje się że nie, dlatego
mam nadzieję że „Życie co to takiego” będzie jedną z książek – bumerangów.
Będzie wracać na tapetę zawsze kiedy na naszym wspólnym spacerze pojawią się ważne,
inaczej mówiąc: filozoficzne pytania.
Niezbędny wstęp!
Są
na świecie ludzie, którzy jak się do czegoś zabierają to robią to rzetelnie!
Czyli, że jak interesują się lotnictwem to zanim zaczną konstruować swój własny
samolot, czytają wszystko na temat latania co im w ręce wpadnie! Taki
„Rzetelny” nigdy nie będzie czytał poszczególnych traktatów i książek
filozoficznych, bez wcześniejszego wprowadzenia do zagadnienia. I oddając
Rzetelnemu uczciwość, ma on trochę racji. Tak oto doszliśmy do schodów, bo
większość powszechnie znanych i popularnych wprowadzeń / kompendiów
filozoficznych jest albo śmiertelnie nudna, albo ma charakter skryptów i nie
wyczerpuje omawianych zagadnień. Co prawda po lekturze „Jak poważnie studiować
filozofię” profesora Jana Hartmana, ma już człowiek jakieś pojęcie o
charakterze i predyspozycjach myślowych kandydata na filozofa, a także o
systematyce filozoficznych poglądów. Jednak jest to lektura naprawdę
wartościowa dla rozważających studia filozoficzne. Żebyśmy się dobrze zrozumieli,
nie podważam czytania „Historii filozofii” Władysława Tatarkiewicza (po latach
nawet myślę, że bez niej nie uniosłabym mojego wydumanego tematu pracy
magisterskiej), ja po prostu nie uważam, że na świeżo po tej lekturze będziemy
mieli pomysł i sposób na rozbudzenie w dziecku ochoty do zastanawiania się nad
otaczającym nas światem! Jest jednak rozwiązanie tego dylematu, może spodobać
się nawet Rzetelnemu (jeśli ma odrobinę poczucia humoru).
Z
okładki dwóch części „Wycieczek filozoficznych” Stephena Law, spogląda na nas
rozkoszna, różowa świnka ( która swoim przykładam zilustruje jeden z argumentów
w rozdziale: „Czy powinienem jeść mięso?”). Świński ryjek na okładce jest
nieoczywisty, no bo co robi świnia na okładce książki o filozofii? Otóż świnka,
a przede wszystkim sposób prowadzenia dyskursu przez autora podważają wszystko
co myśleliśmy o wstępie do filozofii. Po pierwsze i najważniejsze: NIE JEST
NUDNO! Zacznijmy jednak od autora, ja po przeczytaniu jego autobiograficznej
notki, byłam pewna że książka mi się spodoba, nie wiedziałam tylko, że spodoba
mi się aż tak! Stephen Law może się pochwalić życiorysem godnym filozofa z
powołania: wyrzucony z klasy maturalnej, pracujący fizycznie, znalazł się
na życiowym rozdrożu, jedyne co było w jego życiu pewne to miłość do książek,
głownie do filozoficznych! Stephen zrozumiał, że chce być filozofem, zrobił
więc maturę i zdał na studia, szło mu tak dobrze, że teraz sam jest wykładowcą!
Myślę, że ludzie o skłonnościach do rozmyślania często podważają system, jest
im trudno przyjmować zastaną rzeczywistość bez zastrzeżeń, bywają irytujący
piętrząc przeszkody, ale są też dzięki temu twórczy. Narzędziem pracy filozofa
jest pytanie, więc Stephen Law pyta czytelnika: czy jesteśmy pewni, że świat
nie jest wirtualny?; co to jest rzeczywistość?; czy można wejść dwa razy do tej
samej rzeki?; co jest źródłem dobra i zła?; czym jest umysł?; czy Bóg
istnieje?; skąd wziął się wszechświat?; czy możliwa jest podróż w czasie?; czy
maszyna może myśleć; czy można wierzyć w astrologię i zjawiska paranormalne? Z
kolei odpowiedzi na powyższe pytania mają naturę dywagacji, spierania się
różnych racji i poglądów, co nie znaczy że autor nadmiernie komplikuje nam
lekturę, czy zaciemnia obraz ogromną ilością informacji. Strony w sporze zawsze
są jakieś, mają imiona ( Amelia, Klara, Tomek, Eryk, czy Morderczy Mick), mają
swoje przekonania i starają się ich bronić, a czasem je tłumaczyć. Autorowi
udało się coś bardzo ważnego, oddał w książce klimat klubu dyskusyjnego, radość
z prowadzenia rozmowy i otwierania się na nowe argumenty. Po przeczytaniu
„Wycieczek Filozoficznych” nie ma się wrażenia, że odkryło się jakiś nowy ląd,
Ci którzy mają pojęcie o filozofii niczego nowego się nie nauczą, ale na pewno
się ucieszą że po tą książkę sięgnęli. A to dlatego, że autor jest pasjonatem,
cieszy się filozofowaniem, zabiera je wszędzie ze sobą, jest dumny że zadaje
sobie trud myślenia. O istnieniu kultury dyskusji co jakiś czas sobie
przypominamy (szczególnie jak sami mamy coś do powiedzenia) ,ale myślenie czy
dumanie odbierane jest jako zbędne czepianie się, czy tracenie czasu. Ja
natomiast MYŚLĘ, że warto pochylać się nad mrowiskiem, zadzierać głowę w górę,
pytać na głos i opowiadać dziecku o swoich przekonaniach. Warto uczyć dzieci
myślenia i nie ganić je za naturalną, wynikającą z naszej natury ciekawość.
Sama filozofia jest przydatna nie tylko na etapie formułowania pytania, ale też
przy odpowiedzi. Przecież często jest tak, że nasze dylematy są stare jak
świat, a przynajmniej pamiętają czasy Heraklita! Albo istnieją dwie poprawne
odpowiedzi na jedno pytanie, tylko że jedna jest skomplikowana, a druga mniej,
więc którą odpowiedz wybrać? W takich sytuacjach okazuje się, że filozofia może
być skarbnicą praktycznych rad. Dla przykładu, będąc obeznanym w filozofii i
kierując się zasadą nazwaną: „Brzytwa Okhama”, będziesz wiedział, że jeśli są
dwie teorie i za każdą z nich równie mocno przemawiają istniejące dowody, to i
tak zawsze należy wybrać tą prostszą teorię. A mówi się , że filozof nie jest
praktyczny?! Nie przypuszczałam, że czytając relacje z „Wycieczek
filozoficznych” można się tak uśmiać!
Reasumując:
bilans z lektury bardzo pozytywny! Ulepiłyśmy z plasteliny kilka ładnych
świnek, definitywnie kończę z czytaniem horoskopów i przestaję się wstydzić
swojej szkolnej obsesji na punkcie UFO! W końcu mój flirt z „Faktorem X”
skończył się z pójściem do liceum, a w niektórych stanach nadal wykłada się
poglądy Kreacjonistów na prawach teorii naukowych?! I jeszcze jedno, myślę o
moich własnych egzemplarzach „Wycieczek” Stephena Law, dobrze by było mieć w
domu ocieplony poczuciem humoru wstęp do poważnego dumania - do filozofowania!
Preferowana metoda uprawiana filozofii? Najlepiej bajka!
Mówi
się, że kompetentne wypowiedzi o filozofii same do niej przynależą.
W moim przypadku kompetencję wypiera konsekwencja i pewna sympatia dla tematu. Często wracam i lubię książki o filozofii, są dla mnie źródłem pozytywnego fermentu pod przysłowiowym „daszkiem”, ale równie często zdarza mi się nie mieć bladego pojęcia o tym „co autor miał na myśli”?! Pewnie dlatego czytając „Wycieczki filozoficzne” cały czas się uśmiechałam. To bardzo przyjemna kombinacja: filozofia, jasność przekazu (tak że ja i każde dziecko zrozumie) i radość z lektury. No dobrze, ale trzeba by zacząć praktykować. Bo filozofia chociaż jest zajęciem ekskluzywnym, osnutym mgiełką tajemnicy, to pracy wymaga - oczywiście pracy myśli. Praca ta nie polega na pisaniu niezrozumiałych tekstów, czy cytowaniu aforyzmów swoich genialnych poprzedników, a na czym właściwie polega? W moim przekonaniu, filozofowanie polega na wymyślaniu historyjek
W moim przypadku kompetencję wypiera konsekwencja i pewna sympatia dla tematu. Często wracam i lubię książki o filozofii, są dla mnie źródłem pozytywnego fermentu pod przysłowiowym „daszkiem”, ale równie często zdarza mi się nie mieć bladego pojęcia o tym „co autor miał na myśli”?! Pewnie dlatego czytając „Wycieczki filozoficzne” cały czas się uśmiechałam. To bardzo przyjemna kombinacja: filozofia, jasność przekazu (tak że ja i każde dziecko zrozumie) i radość z lektury. No dobrze, ale trzeba by zacząć praktykować. Bo filozofia chociaż jest zajęciem ekskluzywnym, osnutym mgiełką tajemnicy, to pracy wymaga - oczywiście pracy myśli. Praca ta nie polega na pisaniu niezrozumiałych tekstów, czy cytowaniu aforyzmów swoich genialnych poprzedników, a na czym właściwie polega? W moim przekonaniu, filozofowanie polega na wymyślaniu historyjek
i
ich interpretacji, czyli na mój umysł filozofowanie wymaga wyobraźni! A kto ma
więcej wyobraźni niż bajkopisarze? Chyba nikt, i sprawnie w dwóch
odsłonach udowodnił to Michel Piquemal, autor interpretacji do „ Bajek
filozoficznych”. Sam autor pisze tak: „Chciałem więc zebrać w jednej książce
tak zwane bajki filozoficzne, które pomogły mi wzrastać i poznawać świat.
Zaczerpnąłem je z tradycyjnej bajki, z mitologii, z historii antycznej lub z
mądrości Wschodu ( buddyzm, zen, sufizm…). Dzisiejsze dzieci również potrzebują
umocnienia, jakie niosą ze sobą bajki i legendy. Potrzebują myślenia „na wielka
skalę”.”
Książki
(bo jak już wspomniałam, są dwie) zachowują kompozycje, z której cieszyłby się
każdy filozof. Mianowicie, każda bajka opatrzona jest komentarzem
nazwanym: „ w pracowni filozofa”, jest to krótki opis, kilka wskazówek, czy
pytań do tekstu - taki przewodnik, który pokazuje drogę, ale niczego nie
narzuca. I tu zaczyna się praca czytelnika: trzeba się nad tym zastanowić!
Trzeba jeszcze raz przeczytać z rodzicem, trzeba go o wszystko wypytać,
usłyszeć od niego sakramentalne „nie wiem” i jego także zmusić do
szukania, wertowania- do myślenia! Póki co przeczytałam „Bajki filozoficzne”
sama, więc wierzę, że najlepsze – bo drugie, trzecie i jeszcze następne
czytania mam przed sobą. Najprzyjemniej będzie czytać i przegadać te dwie
malutkie, książeczki z moją Amelką, ale muszę jeszcze trochę poczekać. Chociaż
z drugiej strony, to chyba dobrze. W końcu we wszystkim, nawet w filozofowaniu
trzeba zachować zdrowy umiar, a przynajmniej robić sobie przerwy. O tym , żeby
nie zastanawiać się nad wszystkim poucza bajka o stonodze. Wspomniana stonoga
tak przejęła się pytaniem żaby, o to którą nogę chodząc stawia pierwszą, że
utknęła w swoim schronieniu i umarła z głodu!? Przerażające, a daje do myślenia
jeszcze bardziej, kiedy odkryje się że nie dotyczy współczesnych emocjonalnych
i wszystkowiedzących ludzi, tylko starożytnych Chińczyków!
A
może wtedy przestaje dziwić…
Blisko, bliżej- bohater: mały filozof.
Karusia
jest szczęśliwą dziewczynką. Na oko i ucho ma pięć lat. Mieszka razem
z mamą i tatą w domku przy plaży i jak przystało na „skandynawski chów” (mam tu, w uproszczeniu, na myśli model wychowywania dzieci w Skandynawii) spędza praktycznie całe dnie poza domem. Jednak wcale nie jest otoczona chmarą rozbawionych dzieci, jest sama, to znaczy nie zupełnie sama , bo jest jeszcze ON- Piaskowy Wilk. ON pojawił się, kiedy tata nie miał czasu się bawić z Karusią. Wylazł z wykopanej przez nią dziury i oświadczył, ze jest „ niezwykle wyjątkowy i wyjątkowo piękny”, na szczęście zadeklarował, że nie je dzieci tylko słoneczny i księżycowy blask, który przy okazji czyni go nieziemsko mądrym! I rzeczywiście cos w tym jest, bo Piaskowy Wilk zna odpowiedź na pytanie: „dlaczego tata musi czytać gazetę?”. Potrafi także wywoływać fenomeny, na przykład: burze piaskowe, które uniemożliwiają czytanie gazet i czegokolwiek innego, i wywołują wspaniałe pomysły, w guście: wspólnej ( taty i Karusi) kąpieli w morzu! Raczej nie odkryję teraz Ameryki, ale istnieje pewne prawdopodobieństwo, ze Karusia sobie Piaskowego Wilka wymyśliła. Stało się to oczywiście przez przypadek i na potrzebę chwili, w której Karusia czuła że czegoś nie rozumie, że jest samotna. Karusia polubiła tego zrodzonego z wyobraźni przyjaciela i wymyśliła dla niego i dla siebie kilka przygód, notabene jedna lepsza od drugiej. Rzecz w tym , że Piaskowy Wilk ma w sobie mądrość indyjskiego mnicha, kiedy robi „nic i jest to najtrudniejsza praca na świecie”, a także jak mało kto zna dziecięcą perspektywę. Wilk rozumie: że siniaki to medale za robienie rzeczy szczególnie niebezpiecznych, że trzeba czasem mieć swój własny język ( chociaż tata uważa, że bełkoczesz i masz muchy w nosie), bo tylko on może wystarczająco dobrze opisać otaczający Cię świat. Wszystko to jeszcze mało, bo Piaskowy Wilk był przy powstaniu świata, osobiście zna jedną kometę, która wygląda jak szczurek i jest Nibyszczurem. A jak to wszystko świadczy o Karusi? Otóż Karusia na potrzebę chwili, i przez przypadek stworzyła swoją własną filozofię, w której połączyła: kosmogonię
z mamą i tatą w domku przy plaży i jak przystało na „skandynawski chów” (mam tu, w uproszczeniu, na myśli model wychowywania dzieci w Skandynawii) spędza praktycznie całe dnie poza domem. Jednak wcale nie jest otoczona chmarą rozbawionych dzieci, jest sama, to znaczy nie zupełnie sama , bo jest jeszcze ON- Piaskowy Wilk. ON pojawił się, kiedy tata nie miał czasu się bawić z Karusią. Wylazł z wykopanej przez nią dziury i oświadczył, ze jest „ niezwykle wyjątkowy i wyjątkowo piękny”, na szczęście zadeklarował, że nie je dzieci tylko słoneczny i księżycowy blask, który przy okazji czyni go nieziemsko mądrym! I rzeczywiście cos w tym jest, bo Piaskowy Wilk zna odpowiedź na pytanie: „dlaczego tata musi czytać gazetę?”. Potrafi także wywoływać fenomeny, na przykład: burze piaskowe, które uniemożliwiają czytanie gazet i czegokolwiek innego, i wywołują wspaniałe pomysły, w guście: wspólnej ( taty i Karusi) kąpieli w morzu! Raczej nie odkryję teraz Ameryki, ale istnieje pewne prawdopodobieństwo, ze Karusia sobie Piaskowego Wilka wymyśliła. Stało się to oczywiście przez przypadek i na potrzebę chwili, w której Karusia czuła że czegoś nie rozumie, że jest samotna. Karusia polubiła tego zrodzonego z wyobraźni przyjaciela i wymyśliła dla niego i dla siebie kilka przygód, notabene jedna lepsza od drugiej. Rzecz w tym , że Piaskowy Wilk ma w sobie mądrość indyjskiego mnicha, kiedy robi „nic i jest to najtrudniejsza praca na świecie”, a także jak mało kto zna dziecięcą perspektywę. Wilk rozumie: że siniaki to medale za robienie rzeczy szczególnie niebezpiecznych, że trzeba czasem mieć swój własny język ( chociaż tata uważa, że bełkoczesz i masz muchy w nosie), bo tylko on może wystarczająco dobrze opisać otaczający Cię świat. Wszystko to jeszcze mało, bo Piaskowy Wilk był przy powstaniu świata, osobiście zna jedną kometę, która wygląda jak szczurek i jest Nibyszczurem. A jak to wszystko świadczy o Karusi? Otóż Karusia na potrzebę chwili, i przez przypadek stworzyła swoją własną filozofię, w której połączyła: kosmogonię
i
historię swojej rodziny, gwiezdny pył i ciemność nocy, morze i piasek, nudę i
samotność. Dlatego może na oko i ucho Karusia ma pięć lat, ale wyobraźnię ma
magiczną i zazdroszczę jej Piaskowego Wilka.
Filozofia w obrazkach: wisi Małe na parapecie.
Ósma
piętnaście, za piętnaście minut musimy być w przedszkolu, a tu włosy nie
uczesane, kurtki nie ubrane, buty niezasznurowane! Jak zawsze zaspałam! Małe w
tym czasie wisi na parapecie i niczym się nie martwi. Wołam: „ Amelko, czeszemy
się i lecimy!” Odpowiada mi cisza?! Wołam więc głośniej: „Amelko, czeszemy się
i lecimy!!!” Po chwili odwraca się i zniecierpliwionym głosem odpowiada: „Mamo,
nie mów do mnie jak oglądam świat!!”
Naturalnie
spóźniamy się do przedszkola, ale czy to ważne skoro kontemplowany był szary,
listopadowy poranek?!
Buziaki
i do następnej lektury :) Ania.
PS
Pod koniec studiów szukałam pomysłu na siebie i wymyśliłam, że zacznę następne
studia, że zacznę filozofię. Moja mama nie była tym pomysłem oczarowana i
zaproponowała mi umowę. Ja zacznę poważnie myśleć o świecie, a ona sponsoruje
mi „Bibliotekę filozofów” wydawnictwa Hachette. No i mam w domu sto małych,
białych książeczek filozoficznych. Czytam je w swoim tempie, czyli jest
nadzieja , że zostanę kiedyś poważnym człowiekiem.
Dzięki
mamo! :)
Spotkanie piąte: Osiecka dla wrażliwych (mam i córek), czyli o pomyśle
na pewną półkę z książkami.
Wstęp z Osiecką.
Słucham piosenek Osieckiej od zawsze (od liceum), czytam o Osieckiej : teksty jej piosenek, opowiadania, jej i o niej wspomnienia. To Agnieszka Osiecka była pierwszą kobietą, artystką, osobowością, która zainspirowała mnie do zaprojektowania „babskiej półki z książkami”. Zacznę od początku. Po urodzeniu Amelki pomyślałam, że jest duże prawdopodobieństwo że jako klasyczny nadwrażliwiec i popadająca w zachwyty płaczka, wychowam inną wrażliwą kobietę. Oczywiście będziemy się różnić, docierać, kłócić i schodzić! Patrzę więc na tą moją muszelkę z „Kołysanki dla Okruszka” i myślę o nitce porozumienia między nami, o moście między nadwrażliwą mamą i indywidualną (co Amelka stale udowadnia) córką, i tak zaczynam urządzanie książkowej półki o ciekawych kobietach. Trochę „życiorysów” już nazbierałam!
Szczere i udawane „Dzienniki”.
Od
przyjaciółki dostałam cztery tomy „Dzienników” Marii Dąbrowskiej, czytam jeden
na rok, żeby jak najdłużej mieć kontakt z pisarką i z jej kultem pracy
twórczej. Lubię Dąbrowską z dzienników, chociaż czasem kokietuje i przybiera
kolorowe piórka literackiej kreacji, wtedy pisze: „Dotykam swojego ciała,
jeszcze tak młodego mimo wieku, i myślę głupawo: oto ciało jednego z ostatnich
mieszkańców globu ziemskiego. I pocieszam się, że to samo myśleli ludzie
średniowiecza. Może daty tysiącleci są kryzysami ludzkości.”[1][1] Idę za Dąbrowską, w rytm perypetii jej
życia i szelestu stron, przez te wszystkie lata, od 17 listopada 1914 roku do
31 grudnia 1957 roku. Czytam tysiąc uwag na temat pogody: zimnych wiosen,
gorących jesieni, niekończących się zim. Widzę ją na zakupach, jak wybiera
materiał na letni kostium, jak pisze listy, robi dokumentacje i pisze swoje
książki, te które przynoszą jej sławę, te które umacniają jej pozycję w
środowisku i te, już zapomniane które pisze bo chce sobie coś udowodnić, bo
stale się uczy i pracuje nad sobą. Widzę ją zakochaną, zrozpaczoną, samotną ,
kiedy się śmieje i kiedy cierpi. Zastanawiam się co czuje i myśli kiedy
przerywa pisanie na kilka miesięcy, kiedy pisząc o wojnie opowiada o
gromadzeniu kartofli i sposobach przyrządzania kawy bez kawy. Widzę jak ciekawa
jest świata i jak żywo komentuje politykę i wydarzenia bieżące, jak angażuje
się w życie swoich przyjaciół, jak męczą ją oficjalne spotkania i urzędnicy,
jak rozkwita zwiedzając Polskę i spotykając się ze swoimi czytelnikami. Będąc
tak blisko niej, wstydzę się jej nagości i drążnią mnie jej pozy - kiedy bywa
bezwzględna i niesprawiedliwa. Będąc tak blisko niej interesują mnie jej
długoletni partnerzy: Stanisław Stempowski i Anna Kowalska, szukam wiadomości o
nich, oglądam ich zdjęcia, chciałabym się im lepiej przyjrzeć. Został mi już
ostatni tom, dziennik z lat 1951-1957 i nie mogę do niego usiąść, trudno mi się
rozstać z Marią Dąbrowską, autorką znaną każdej licealistce z „Nocy i dni”,
autorką „Dzienników” - a więc: malowniczych opisów, sentencji, esejów, recenzji
i relacji z własnych emocji, kiedy się skarży i wątpi : ”Bardzo intensywnie
teraz myślę, ale nic nie mogę pisać. To poczucie, że nie mogę do ludzi mówić,
tak jakbym chciała, paraliżuje nawet możliwość pisania „dla potomności” czy „do
szuflady”.[2][2] Kilka rzeczy po lekturze „Dzienników”
jest pewnych: że zostaną ze mną i z Amelką na naszej „babskiej półce”, że
zainspirowały mnie do czytania o atmosferze i bohaterkach drugiej
Rzeczpospolitej ( już czule myślę o „Wpływowych kobietach” Sławomira
Kopra), i że na pewno przeczytam biografię jej rywalki – Zofii
Nałkowskiej. Kilka rzeczy dopiero się okaże: czy Amelka podzieli mój entuzjazm,
czy „Dzienniki” Dąbrowskiej zdołają zaskarbić jej uwagę, czy przeprowadzą ją
przez jakiś etap i przez który?
Scenariusze, wiersze, amerykański sen i amerykański
„no name” – cztery zupełnie inne kobiety filmu.
Generalnie
uważam, że świat kobiet jest ciekawszy, paleta barw opisująca i przypisana
kobietom jest większa niż ta przypisana mężczyznom ( i to nie tylko dlatego, że
kobiety rzadziej bywają daltonistkami). Zauważył to także Pedro Almodóvar,
pamiętam pierwsze sceny z „Wszystko o mojej matce” i pytanie profesor
Ziółkowskiej: „ co widzicie”? A widać było kolory właśnie, wszystkie stanowcze,
krzykliwe, wyraźne – dobry wstęp do filmu o kobietach, o ich emocjonalnych
światach. Chciałabym zgromadzić na naszej ”babskiej półce” różne odcienie
kobiecości: różne poglądy, różne zainteresowania- kobiety w poświacie różnych
doświadczeń, ale czuję się trochę „roztrzepanym artystą”, dlatego póki co
mieszkają u mnie same damy ze świata kultury i sztuki. Artystki to
wdzięczne postacie, nie ma dwóch takich samych, zachowują się jakby miały
świadomość, że historie ich żyć są elementem procesu twórczego.
Na styku czerni i bieli- Agnieszka i Marilyn.
Ci
którzy mnie znają wiedzą jak gigantycznym odkryciem było dla mnie kino
moralnego niepokoju, a tym którzy mnie nie znają powiem tylko, że znalazłam mój
osobisty szczyt fascynacji, ze wszystkimi towarzyszącymi mu objawami:
gęsią skórką, piekącym rumieńcem i wyciem do poduszki (jak to u wszystkich
płaczek). Parabola „kropli wody”- opisująca życie i rozterki jednego człowieka
w której to odbijają się dylematy moralne całego społeczeństwa jest według mnie
najbardziej wiarygodnym sposobem opowiadania z jakim się spotkałam. Nie chcę
pisać o Krzysztofie Kieślowskim (chociaż u niego kobiety i kolory, nie są tylko
tematem znanej trylogii), ponieważ zboczyłabym z głównego tematu. Jednak od
Kieślowskiego zupełnie blisko jest do Agnieszki Holland , która pisała i pisze
fantastyczne scenariusze ( wiele o kobietach), kręci filmy, jest dojrzałą
artystką i mieszka na naszej babskiej półce. Zaczęło się od „Kobiety samotnej”:
portretu kobiety pracującej, kobiety zmęczonej, stłamszonej i wydawałoby się
kobiety niczego już nieoczekującej od życia, a jednak uczucie do
niepełnosprawnego Jacka ją podbija i okazuje się groźne. Oglądając filmy
Holland, ma się wrażenie że dotyka się prawdy, ale jej wewnętrznej,
bezpardonowej, niemal biologicznej strony. To kino nie działa jak
narkotyk, nie ma żadnej pułapki fałszywej, chwilowej przyjemności, nie
uwodzi, nie kłamie, jest brutalne, dlatego trzeba się zdecydować na wysiłek
oglądania filmów Agnieszki Holland, trzeba je wybrać. I ja je wybrałam,
oglądałam wszystkie które udało mi się znaleźć . Do niektórych („Aktorzy
prowincjonalni”) wracam jak do „Księgi Wyjścia”, jak do kopalni wiedzy o
świecie i o ludziach. W pewnym momencie chciałam być bliżej scenariuszy Holland
i kupiłam książkę Sławomira Bobowskiego: „W poszukiwaniu siebie”, to nie jest
żadna wielka (objętościowo) biografia, z tą książką jest jak z jej
okładką: z ciemności - z czerni wydobywa się jej twarz, a z treści
wydobywa się myśl i moment w jakim pracowała nad swoimi filmami. Sławomir
Bobowski opisał filmy od telewizyjnego debiutu Agnieszki Holland: „Wieczór u
Abdona”, do „Trzeciego cudu”.
Obok portretu kobiety wyłaniającej się z czerni na naszej półce stoi kobieta w niegasnącym świetle reflektora, najsławniejsza blondynka na świecie, wszyscy wiedzą o niej że była aktorką, nie wszyscy wiedzą że czuła się poetką. Arthur Miller opisał ją kiedyś takim zdaniem: „Żeby przeżyć, musiałaby być bardziej cyniczna lub przynajmniej bliższa rzeczywistości. Ona tymczasem była poetką, która na rogu ulicy próbuje recytować tłumowi wiersze, ten zaś zdziera z niej ubranie”. Stoi więc Marilyn Monroe obok Agnieszki Holland i chyba się ze sobą nie kłócą, w końcu obie zajmowały się (pani Agnieszka robi to nadal), wsłuchiwaniem w swój wewnętrzny głos. „Marilyn Monroe fragmenty, wiersze, zapiski, listy” to być może ostatni ( odkryty, zredagowany i wydany) bastion prywatności Marliyn: to chwilowe olśnienia, myśli, poezje i przepisy kulinarne które aktorka zapisywała w czarnych notesach, na listowym papierze hotelu Astoria pisząc do swoich przyjaciół i lekarzy. Wydawnictwa nie zajmują się na co dzień działalnością filantropijną, tak więc Wydawnictwo Literackie udostępniając polskiemu czytelnikowi skrawki dziedzictwa po ikonie, udowadnia że na fenomenie Marilyn ciągle jeszcze można zarobić, obalając przy okazji kilka obiegowych stereotypów. Innymi słowy, jak wielka jest Marilyn Monroe jeśli interesuje nas jej przepis na kurczaka? Ta książka jest piękna graficznie tekst uzupełniony jest zdjęciami , kalendarium ważniejszych zdarzeń z życia aktorki, przedrukami okładek czytanych przez nią książek, ale czytając ją trzeba mieć świadomość że udało nam się rozszyfrować nieczytelne dotychczas postscriptum o Marilyn. Jej obecność na naszej półce została zasygnalizowana, ale żeby ją lepiej poznać trzeba przeczytać dużo więcej i sięgnąć do filmografii. Potrafię sobie wyobrazić jak siedzimy z „Młodą” na kanapie i oglądamy „Pół żartem, pół serio”! To bardzo przyjemna fantazja, ale żeby się ziściła Amelka musi zacząć chodzić, a nie tylko biegać! Kto wie może zaraz potem usiądzie i z mamą poogląda czarno-białe komedie!
Obok portretu kobiety wyłaniającej się z czerni na naszej półce stoi kobieta w niegasnącym świetle reflektora, najsławniejsza blondynka na świecie, wszyscy wiedzą o niej że była aktorką, nie wszyscy wiedzą że czuła się poetką. Arthur Miller opisał ją kiedyś takim zdaniem: „Żeby przeżyć, musiałaby być bardziej cyniczna lub przynajmniej bliższa rzeczywistości. Ona tymczasem była poetką, która na rogu ulicy próbuje recytować tłumowi wiersze, ten zaś zdziera z niej ubranie”. Stoi więc Marilyn Monroe obok Agnieszki Holland i chyba się ze sobą nie kłócą, w końcu obie zajmowały się (pani Agnieszka robi to nadal), wsłuchiwaniem w swój wewnętrzny głos. „Marilyn Monroe fragmenty, wiersze, zapiski, listy” to być może ostatni ( odkryty, zredagowany i wydany) bastion prywatności Marliyn: to chwilowe olśnienia, myśli, poezje i przepisy kulinarne które aktorka zapisywała w czarnych notesach, na listowym papierze hotelu Astoria pisząc do swoich przyjaciół i lekarzy. Wydawnictwa nie zajmują się na co dzień działalnością filantropijną, tak więc Wydawnictwo Literackie udostępniając polskiemu czytelnikowi skrawki dziedzictwa po ikonie, udowadnia że na fenomenie Marilyn ciągle jeszcze można zarobić, obalając przy okazji kilka obiegowych stereotypów. Innymi słowy, jak wielka jest Marilyn Monroe jeśli interesuje nas jej przepis na kurczaka? Ta książka jest piękna graficznie tekst uzupełniony jest zdjęciami , kalendarium ważniejszych zdarzeń z życia aktorki, przedrukami okładek czytanych przez nią książek, ale czytając ją trzeba mieć świadomość że udało nam się rozszyfrować nieczytelne dotychczas postscriptum o Marilyn. Jej obecność na naszej półce została zasygnalizowana, ale żeby ją lepiej poznać trzeba przeczytać dużo więcej i sięgnąć do filmografii. Potrafię sobie wyobrazić jak siedzimy z „Młodą” na kanapie i oglądamy „Pół żartem, pół serio”! To bardzo przyjemna fantazja, ale żeby się ziściła Amelka musi zacząć chodzić, a nie tylko biegać! Kto wie może zaraz potem usiądzie i z mamą poogląda czarno-białe komedie!
Zdolne i ambitne - Pola i Elżbieta.
To
żaden sekret, że aktorstwo to moje wielkie, niespełnione marzenie. Trochę
żałuję, że nigdy nie zdobyłam się na odwagę i nie dotarłam na egzaminy wstępne.
Co prawda dwa razy już jechałam, ale nie dojechałam. Szkoda, bo choć dzisiaj
myślę, że żadna ze mnie amantka to w jakimś celu ukuto tytuł: „aktor
charakterystyczny” i może jedna mała kobietka, o kształtach zbliżonych do
idealnych, (czyli do kuli) mogłaby jednak zostać aktorką? Już po fakcie,
jestem za stara, ale mam słabość do ciekawych aktorek, ich metamorfoz
scenicznych, ich pracy. Ostatnimi czasy rozpływam się nad Agnieszką Grochowską
i Julią Kijowską. A na „babskiej półce” oprócz boskiej M.M, mieszkają jeszcze
dwie aktorki: Pola Negri i Elżbieta Czyżewska. Wiele je łączy: nie były
posągowo piękne, wywodziły się z biednych rodzin, były szalenie ambitne i ich
życia nie skończyły się happy endem, chociaż obie zmarły w Stanach. Pola (a
właściwie Barbara Apolonia Chałupiec) i Ela miały trudne dzieciństwo. Mama Poli
zakochała się w dziesięć lat od niej młodszym Słowaku z domieszką cygańskiej
krwi i na przekór rodzinie została żoną kotlarza. Ich wspólne życie i pierwsze
osiem lat Poli w Lipnie były szczęśliwe, dopóki ojciec nie zaczął uciekać w
wesołe towarzystwo i ramiona innych kobiet, a
wkrótce
potem trafił do więzienia. Pola z matką przeprowadziły się do Warszawy, żeby
być bliżej uwięzionego, ale finansowo bardzo podupadły, mieszkały w
najbiedniejszej części miasta ledwo wiążąc końce. Także Ela wychowywała
się w dzielnicy biedoty, a część swojego dzieciństwa spędziła nawet w domu
dziecka w Konstancinie. Te dwie doświadczone przez los dziewczynki miały
talent, u jednej zauważyła go matka, o drugiej koleżanki z młodości powiedzą po
latach że zawsze miała predyspozycje do bycia aktorką. Pola ciężko pracowała
jako tancerka, żeby utrzymać siebie i matkę, ale była zdeterminowana i świadoma
swoich możliwości, kiedy wiec pojawiła się szansa na debiut w teatrze,
skorzystała z niej. Ela zabłysnęła na uczelni, oto dziewczyna w
najskromniejszej sukience szybko została najlepszą studentką na roku i
ulubienicą profesorów. Nawiązała kontakt ze Studenckim Teatrem Satyryków,
wykonując jako pierwsza „Kochanków z ulicy Kamiennej” piosenkę Agnieszki
Osieckiej, jej kariera wpływała na głębsze wody. Jeżeli najlepsze i najbardziej
twórcze lata Elki miały miejsce w Polsce i w polskim środowisku artystycznym,
to na Poli naprawdę poznali się za granicą, można powiedzieć, że wielką Polę
Negri dla świata odkrył Max Reinhard. Na początku dwudziestego wieku Niemieckie
kino i teatr bardziej się liczyły niż polskie, miały międzynarodową widownię,
Pola grając u boku Ernesta Lubitscha w ekranizacji sztuki „Sumurun” stała się
gwiazdą wielkiego formatu, a na horyzoncie zamajaczyło dla niej Hollywood.
Kiedy do Stanów wyjeżdżała Pola, Hollywood budowało dopiero swoją pozycję
- filmowego raju na ziemi, a egzotyczna i charyzmatyczna gwiazda z Europy
stanowiła cenny nabytek. Z kolei, kiedy do Stanów wyjeżdżała Elka, była już
rozwiedziona i powtórnie zamężna, zostawiała po sobie rzesze fanów, status
„twarzy pokolenia” (mówiono o niej „ Cybulski w spódnicy”), a Ameryka nie była
dla niej niczym ponad ojczyzną jej męża i przygodą.
Od
tego momentu ich losy drastycznie się różniły: jedna została wielką gwiazdą -
cesarzową kina niemego, którą zdetronizowano nagle, (podobnie zmienia się tylko
historia i moda). Druga nie mogła się wybić, nigdy nie pozbyła się wyraźnego
polskiego akcentu, rozwiodła się i krótko mówiąc nie miała szczęścia. Teraz
wracają, mówi się o nich, organizuje przeglądy ich filmów, przywraca się
publiczności ich talent, a naprawdę warto bo były wspaniale i inspirująco
inteligentne.
„
I co z tego, że dzisiaj zachowałabym się inaczej? Zagrałabym w innym filmie
albo nie rozstałabym się z jakimś mężczyzną. Dojrzałość, żeby nie powiedzieć
starość, uczy nas pokory. Czasu nie można cofnąć, decyzji nie da się zmienić,
więc lepiej dla nas samych zaakceptować to, co się wydarzyło. Piesku, jedno
jest pewne. Życia nie da się powtórzyć.” [3][3]
„Kino
to wielka sztuka, ale nie jest całym życiem”.[4][4]
Zakończenie z Osiecką.
Kiedy Amelka była „muszelką”, a ja zaczynałam tworzenie naszej „babskiej półki z książkami” myślałam że wspólnie poczytamy Osiecką może za piętnaście lat, a tu taka niespodzianka : Osiecka pisała dla wrażliwych kobiet ( i panów pewnie też) ale i dla dzieci! „Agnieszka Osiecka dzieciom” to kolejny pięknie zilustrowany przez Elżbietę Wasiuczyńską, tom mistrzów bajki i wiersza wydany przez „Naszą Księgarnię”. Więc czytam sobie po godzinach „Dzień dobry, Eugeniuszu” i zachwycam się nieznanym mi wcieleniem mądrej pani piszącej piosenki (i pijącej często marną kawinę) jak opowiada dzieciom o błękitnych migdałach, glinianym ptaku i autku z duszą, a wszystko w aurze egzotycznego dla młodych rodziców systemu politycznego. A teraz wyznanie na miarę dyżurnej płaczki: leżymy z Młodą w łóżku, za oknem przedwczesna jesień, czytamy wiersz Osieckiej : „Zaszumiało jesienią”, nad głowami „babska półka w budowie” i wzruszam się że mamy z Amelką nasz mamo – córkowy czytający świat i pierwszy zielony most imienia Agnieszki Osieckiej.
Buziaki
i do następnej lektury :) Ania
PS A dzisiaj rano zamówiłam w mojej ulubionej internetowej księgarni
„Papuszę”
Angeliki Kuźniak – następna lokatorka na „babską półkę”.
Spotkanie czwarte: Dorosłe powieści.
Angella Nanetti: Mój dziadek był drzewem
czereśniowym, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2007.
Guus Kuijer: Książka wszystkich rzeczy,
wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2012.
Siedzę
na ławce w parku, siedzę w grupie innych rodziców (a uogólniając: przeważnie
mam, dziadków albo babć, w końcu trwa tydzień pracy), staram się czytać i chociaż na placu zabaw jest to daremny trud, nie
poddaję się i zerkając jednym okiem na Amelkę, słuchając jednych uchem
rozmawiających mam , coś tam zawsze przeczytam (kilka zdań, w porywach do kilku
stron). Na ławce akurat trwa dyskusja na temat literatury, a czyta się sporo:
od „Poradnika domowego” ( którego nie można i nie da się bagatelizować- z niego
nauczyłam się przepisu na naprawdę dobry rosół), przez magazyny shopingowe (bo
nawet na ławce w parku człowiek śledzi modowe trendy, to znaczy: zauważa że się
zmieniają), aż po rzeczy najpoważniejsze : kryminały i powieści grozy – w
dobrym guście, polecane przez kulturalne radio. Padają słowa zachwytu dla Marka
Krajewskiego, jest też dużo czułości dla skandynawskich gwiazd gatunku z Jo
Nesbo i Camillą Lackberg na czele. Tracę wątek w „Psie, który biegł ku
gwieździe”, Amelka znika mi z pola widzenia, zastanawiam się czy jestem
na bieżąco? Oczywiście nie jestem, bo ostatnimi czasy czytam tylko książki dla
dzieci. Amelka woła: - „Mamo zobacz gdzie jestem?!” i ku mojemu przerażeniu
wyszła już na samą górę oponowej drabinki (na którą szybko się wspina i potrafi
w spadającym tempie schodzić), podbiegam do niej, pomagam zejść w tradycyjny
sposób i wracam na ławkę. W ciągu dwóch minut rozmawiające mamy porzuciły temat
literacki i wróciły do „matczynej, na placu zabaw, księgi wyjścia”:
inspiracje kulinarne, czyli co by tu ugotować na obiad? Wracając z Amelką do
domu zastanawiam się nad książkami dla dzieci, większość rodziców je czyta, jak
by mogło być inaczej, skoro z góry idzie dobry przykład: „Cała Polska czyta
dzieciom”, ale nie rozmawia się o nich. Próbuję sobie wyobrazić dwie spierające
się mamy, jedna mówi że nie napisano nic lepszego niż nieśmiertelne „Dzieci z
Bullerbyn”, a druga woli „Horror, czyli skąd się biorą dzieci” Grzegorza
Kasdepke. Uśmiecham się do swoich myśli , a jednak taka sytuacja wydaje mi się
mało realna. Ale skoro jestem taka mądra, dlaczego siedząc na ławce w parku nie
pochwaliłam się swoim zachwytem dla moich ostatnich odkryć? Trudno się
przyznać, ale uległam protekcjonalnemu podejściu do prozy dla dzieci. Rodzicom,
a uogólniając: siedzącej w domu z dzieckiem mamie może wydawać się, że jeśli
się przyzna do sympatii dla dziecięcej literatury to zostanie potraktowana jak
zdziecinniała, nadopiekuńcza, mama- dziwaczka?! No bo nic innego poza
życiem domowym nie robi, tylko bajki czyta? Mnie się tak wydawało, ale koniec z
tym! Proszę państwa, przyznaję się, ja ostatnio nic innego poza życiem domowym
nie robię, tylko książki dla dzieci czytam, ale stanowczo uważam, że nie są to
naiwne bajeczki, ale prawdziwe, poważne powieści! I zamierzam to udowodnić!
Po pierwsze: „dziecięca” powieść jest poprawnie
zbudowana i niebanalna.
Według
Słownika terminów literackich powieść charakteryzuje się, obecnością
podstawowych dla niej elementów strukturalnych, czyli: „narracją i jej
przedmiotem, światem przedstawionym, na który składają się bohaterowie oraz
wydarzenia, w jakich oni uczestniczą, przebiegające w określonym czasie oraz
przestrzeni, tworzące układ fabularny”. W „Mój dziadek był drzewem
czereśniowym” narratorem jest mały Antek, opowiada o swoich dziadkach: tych
ułożonych i nudnych ze strony taty i tych bajkowych i szalonych ze strony mamy.
A dzieje się tyle, co w powieściach realizmu magicznego: babcia umiera i
dziadek Oktawian jest przekonany że jej duch zstąpił na jej ulubioną gęś
Celestynę, więc dziadek nie rozstaje się z gęsią i wszędzie z nią jeździ na
rowerze. Chłopiec spędza u dziadka najwspanialsze wakacje, kiedy to uczy
się wspinać na czereśnię ( najważniejsze drzewo w całym ogrodzie, bo posadzone
na urodziny mamy). Obok magii jest i proza życia, bo dzieci podobnie jak
dorośli mają swoje problemy, małżeństwo rodziców Antka przeżywa kryzys, dziadek
boryka się z budową nowej drogi, która ma przeciąć jego ogród, a potem cała
rodzina zmaga się demencją starczą, w której rozpływa się pamięć i niezwykła
osobowość dziadka. Już dawno, żadna „dorosła” powieść, nie zatrzymała mnie w
fotelu zanim jej nie przeczytałam do końca, udało się to pięknej opowieści o
chłopcu, który wszedł na drzewo i obiecał, że z niego nie zejdzie dopóki ogród
dziadka nie będzie bezpieczny.
Po drugie: „dziecięca” powieść szanuje swojego
odbiorcę.
Dziecko
nie jest naiwne, nie musimy go trzymać pod kloszem, ani oszukiwać, a jeśli już
się tak dzieje, to ono jest tego świadome i bardzo cierpi. Właśnie o
cierpieniu, bólu i poczuciu niesprawiedliwości jest: „Książka wszystkich
rzeczy”, holenderskiego pisarza Guusa Kuijera. Byłam zaskoczona że o przemocy
domowej może powstać książka dla dzieci? Okazuje się że może i dobrze że
powstała! Najciekawszy język z dzieckiem nawiązuje się, kiedy autor nie obawia
się przełamać tabu i wiarygodnie przy tym opisać uczucia dziecka, i wcale nie
trzeba gaworzyć, czy uderzać w jowialne tony. Thomas wie , że jego tata bije
mamę, Thomas nienawidzi Boga do którego każe mu się modlić ojciec i jest
przekonany że ojciec wybił z niego cała wiarę drewnianą łyżką. Ale życie
Thomasa może się zmienić, a stanie się tak za sprawą: siły marzeń, pogodnej
sąsiadki i poetyckiemu spotkaniu w salonie jego rodziców, no i jeszcze za
sprawą wszystkich plag egipskich! „Książka wszystkich rzeczy” opisuje ciemną
stronę bycia dzieckiem (taka też istnieje): poczucie osamotnienia i
bezradności, kończy się jednak dobrze, co wydaje mi się bardzo wiarygodne,
ponieważ dzieci są wytrwałe i wierzą w nas- dorosłych do
końca!
A
ja obiecuję : w przyszłości więcej wiary w dorosłe powieści dla dzieci, uwaga
mamy w parku!
Do
następnej lektury, pozdrawiam Ania :)
Spotkanie trzecie : Fenomen Pana Kuleczki.
Wojciech Widłak: Pan Kuleczka,
wyd. Media Rodzina, Poznań 2003.
Janusz Korczak: Jak kochać dziecko, Warszawa
2012.
![]() |
W przedmowie do pierwszej książki, autor pisze że oto starszy i korpulentny staruszek w eleganckiej garderobie (bo tak się chyba opisuje wygląd pana gustującego w kolorowych muszkach) wprowadził się właśnie na ulicę Czereśniową , do bloku ( takiego jak mój, czy Twój).Towarzyszą mu trzy niezwykłe osobowości w trzech nietuzinkowych postaciach. Bo Pan Kuleczka nie jest sam, zawsze partnerują mu : rzutka indywidualistka – Kaczka Katastrofa, jej refleksyjna i trochę ospała odwrotność – Pies Pypeć, no i jest jeszcze Muszka Bzyk- Bzyk , która zawsze wie kiedy bzyczeć. Ekipa jest malownicza, mogłaby spokojnie stanowić obsadę fantastycznej opowieści o awanturnikach i poszukiwaczach przygód, tymczasem za piratów tylko się przebierają , a to co ich spotyka na ogół jest zwyczajne. Piszę na ogół, bo jest wiele sposobów na zaklinanie rzeczywistości, a Pan Kuleczka i jego brygada robią to w bardzo ujmujący sposób. Jak się dłużej zastanowić to „zwyczajność” jest prawdziwym fajerwerkiem, a już na pewno dla dwójki małych marzycieli. Co się dzieje za oknem? Jest biało, czarodziejsko i trochę strasznie: „-Ktoś ukradł cały świat!”- zawoła Katastrofa i razem z Pieskiem Pypciem już tropią złodziei świata, a wszystko to z dziobem i pyszczkiem przyklejonym do szyby. Kiedy w marzeniach trochę się zagalopują i dreszcz strachu mrozi parę pleców, do pokoju wchodzi Pan Kuleczka - jak czujny i cichy anioł, ubiera płaszcz i idą na spacer, by zobaczyć przykryty mgłą świat. Na Czereśniowej miewa się tajemnice. Tajemnica Psa Pypcia jest okrągła , w środku złota, a na obrzeżach srebrna i nazywa się pięć złotych! Leży Pypeć na dywanie, z nosem w chmurze fantazji i już zbiera z owocującego drzewka malutkie i świeże pięciozłotówki. Kupuje za nie: nowy parasol dla Pana Kuleczki i ubranka dla Muszki Bzyk-Bzyk, a w rzeczywistości, na wiosnę jego tajemnica kwitnie na balkonie kolorowymi krokusami. Ale nie zawsze jest różowo, no bo właśnie ktoś zgubił przysłowiowe różowe okulary, albo przyśnił się komuś prawdziwy i głośno tupiący olbrzym.
W tych, i w podobnych sytuacjach niezastąpiony jest Pan Kuleczka. Przychodzi, siada, spogląda z boku i zamyśla się. Jest zawsze na drugim planie, nigdy odpowiadając swoim małym podopiecznym na pytania, czy wątpliwości nie rzuca frazesów.
„-
A właściwie- powiedziała Katastrofa – dlaczego rzeka ciągle się rusza?
Pan
Kuleczka pomyślał chwilę. – Myślę , że chce dotrzeć jak najdalej i
sprawdzić, co tam jest - odpowiedział w końcu.”
Najczęściej
praktykowaną zasadą wychowawczą Pana Kuleczki są : „podchody”. Pan Kuleczka
wychowując : Katastrofę, Pypcia i Bzyk- Bzyk, nie radzi i nie poucza lecz
stwarza warunki do gry w edukacyjne podchody . Kiedy „młodzi” nabałaganią,
rozwiązują jakiś
dylemat, lub są po prostu krnąbrni,
podają różne argumenty, czyli tropy. Pan Kuleczka je sprytnie zbiera, podejmuje
grę, prowokuje dyskusję i nagle ponad mieszkaniem wywróconym do góry nogami,
ktoś siedząc przy stole z resztą domowników i zastanawiając się co
spakować na wakacje, rzuca że rozmowy się przecież nie da spakować a jest taka
ważna. I cichy cel, dyskretnego Pana Kuleczki został osiągnięty. Tak w ogóle
Pan Kuleczka jest rodzicem bezkolizyjnym ,nie zalicza porażek, nie krzyczy, nie
traci cierpliwości to może imponować, może też być denerwujące! Pan Kuleczka
jest super bohaterem w temacie: świat dziecka. A jeśli Pan Kuleczka jest
ideałem to znaczy że miał poprzednika, może nawet jest jego literacką
inkarnacją , bo czy Pan Kuleczka nie przypomina Pana Doktora - Janusza
Korczaka? Świetnie rozumie mechanizm myślenia dziecka , wie że dziecku brakuje
wiedzy i doświadczenia , ale nie neguje jego inwencji i fantazji. Nie podważa
że dziecko myśli, a tylko że robi to po swojemu : „ A jak by Pan Kuleczka miał
trzy ręce, to by było jeszcze gorzej!- Krzyknęła Katastrofa, aż pani kasjerka
spojrzała na nią ze zdziwieniem. – Do wszystkiego trzeba by doszywać zimą trzeci
rękaw ! – I skąd brać zimą trzecią rękawiczkę - zmartwił się Pypeć.”
Janusz
Korczak w książce: „Jak kochać dziecko” wymienił trzy prawa dziecka , które
powinien respektować mądry opiekun : „Prawo dziecka do śmierci. Prawo dziecka
do dnia dzisiejszego. Prawo by było, czym jest.” Pan Kuleczka pozwalając
Pypciowi na jego wycie do księżyca, godzi się z prawdziwą naturą psa, nie
zmienia jej, nie ugłaskuje. Podobnie zachowuje się kiedy wycina z Katastrofą i
Pypciem mały domek , który potem naklejają na globus, rozumie że żadna z
podobizn świata nic dla nich nie znaczy dopóki nie ma na niej ich bloku- ich
domu, miejsca gdzie są bezpieczne i kochane. Myślę że Pan Kuleczka jest starym
Panem Doktorem, tyle że bez traumy wojny i getta, jest Panem Doktorem który
ciągle przeprowadza swój edukacyjny eksperyment, stwarza dzieciom idealne
warunki do życia, szanuje je i opisuje. Jeśli mam trochę racji to Wojciech
Widłak ocalił Janusza Korczaka i pomaga nam- zwykłym, kolizyjnym rodzicom
rozumieć dzieci. Piękna, literacka, praca u podstaw.
Buziaki
i do następnej lektury :) Ania
Spotkanie drugie: Kubuś Puchatek, czyli czytajmy dzieciom wielkich
myślicieli.
A.A Milne: Kubuś Puchatek, wyd. Nasza
Księgarnia, Warszawa 2010
Mój
dobry kolega czyta przed snem swojemu siedmiomiesięcznemu synowi „Ucztę”
Platona, pytany dlaczego właśnie „Ucztę” czyta, odpowiada że on jako rodzic
wybiera pierwsze lektury, a młody słucha, więc przyznaje mu rację i ma po nim
dobry gust! No tak, w ciąży słuchamy muzyki poważnej (czasem pierwszy raz od
lekcji śpiewu w szkole podstawowej, kiedy jedna groźna pani kazała), a jak
maluch jest już na świecie to żeby go natchnąć mądrością dawaj z klasyczną
filozofią! Piszę z przekąsem bo sama nie byłam i pewnie nadal do końca nie
jestem wolna od misji wychowania dziecka na geniusza. Zjawisko to stare
jak świat, a już na pewno starsze od współczesnych rodziców. Kiedy przy
„świątecznym” stole zasiada parę „dzieciatych” przedstawicieli rodzinnych
pokoleń, mówi się o dzieciach. Ale jak się mówi?- „Krysia pierwszy raz usiadła
już w piątym miesiącu, biegała w dziewiątym, mówiła przed pierwszymi
urodzinami, a w pierwszej klasie nudziła się jak mops bo świetnie czytała i
znała już tabliczkę mnożenia! O rany, a Twój Wojtuś ma dwa lata i jeszcze sika
w pampersa?!” Po czym mama geniusza, a prywatnie Twoja babcia , albo teściowa dodaje
prawie przekonująco : - „Nie martw się, kiedyś się nauczy!” A Ty młoda i
pod presją mamo Wojtusia wracasz do domu i ryczysz w poduszkę, bo wszyscy już sikają do nocnika, tylko nie twój kochany Wojtuś?!
Takie sytuacje są stresujące, nic więc dziwnego że szybko przypominamy sobie o
poczciwym Kubusiu Puchatku, który poprawiał nam nastrój w dzieciństwie i
aplikujemy go naszym dzieciom. Robimy to naiwnie, „ku pokrzepieniu serc”,
człowiek zawsze czuje się trochę lepiej jak czyta o mniej bystrym od siebie, a
na tle „misia o bardzo małym rozumku” wszyscy jesteśmy genialni. Tymczasem
Kubuś Puchatek nie jest postacią jednoznaczną, daleko mu do „Grzesia który szedł
przez wieś”, o Kubusiu Puchatku nie można ostatecznie powiedzieć, że jest głupi
i napisany tylko po to żeby bawić. Puchatek działa konsekwentnie, z zamysłem,
blisko mu do artystycznej duszy oderwanej od rzeczywistości i podśpiewującej
pod nosem swoje mruczanki, wierszyki a może zaklęcia?
„Co to, Sroczko gadatliwa:
Kiedy łazi , to nie pływa
Powiedz, co to zwykle bywa,
Sroczko- Skoczko gadatliwa?”
Banalna,
rymowana zagadka, dziecięca paplanina, a jego autor to wieczne, nieporadne
dziecko w skórze łakomego niedźwiadka. Nie do końca, Benjamin Hoff w „Tao
Kubusia Puchatka” tłumaczy postawę misia jako praktykowanie pierwszej
zasady taoizmu. Teraz uważaj zestresowana mamo, pochylająca się nad radośnie
sikającym w majtki Wojtusiem. Pochylasz się zarazem nad Kubusiem Puchatkiem i
nawet nie wiesz że Twój syn i jego ukochany miś cechują się prostym,
refleksyjnym umysłem- zwierciadłem, który umożliwia im szczęśliwe życie. No co
się tak dziwisz?! Pomyśl ile ten dzieciak ma radości w beztroskim poznawaniu
świata, jak pisze Hoff, w poznawaniu go z perspektywy „nieociosanego kloca”. No
dobrze, może to i mało zgrabne porównanie, ale wymień je na : prostotę taoisty
i już jest lepiej. Wszyscy się zgadzamy z Prosiaczkiem, że „ Puchatek nie ma za
wiele rozumu” ,ale żaden z innych mieszkańców Stumilowego Lasu nie dąży do
poznania, do wiedzy o świecie z taką rozbrajającą cierpliwością i akceptacją.
No bo kto inny? Znerwicowany Królik, najpewniej pracoholik? Sowa z kompleksem
akademika? Czy pochmurny Kłapouchy - kpiarz, rozczarowany światem? Co innego
Kubuś Puchatek, całkowicie pogodzony ze swoją naturą, mający jasno wyznaczone
priorytety (miodek i spotkania z Krzysiem, albo z Prosiaczkiem), po prostu
szczęśliwy i spełniony miś!
Spotkanie pierwsze : Poznajemy się.
Kochana
mamo Wojtusia, myślisz że poniosłaś wychowawczą porażkę bo Twój syn nie zauważa
nocnika? Odpowiem na Twój dylemat jak stary taoista, który dopiero co wyszedł z
lasu : masz ochotę odwiedzić przyjaciela, ale nie masz powodu? Złóż mu wizytę z
życzeniami bardzo szczęśliwego czwartku. Myśląc o taoiście sparafrazowałam
znowu Kubusia Puchatka, ale powołując się na ciągle wymienianego misia: „to na
jedno wychodzi”. Reasumując, jako rodzice jesteście specjalistami od natury
własnych dzieci, teraz musicie jeszcze nauczyć się ją akceptować . Będąc w zgodzie
z naturą małego : Puchatka, Tygryska, Królika, Sowy, Prosiaczka czy Kłapouchego
, łatwiej będzie Wam wybrać moment i okoliczności na podstawienie
nocnika, albo wspólne czytanie Platona!
Pozdrawiam
i do następnej lektury! Ania :)
M. Gintowt: „Krówka” : w: „Usypianki
malucha”, wyd. Aksjomat
Dlaczego
wiersz jest dobry na wszystko? Dzieci szybko uczą się przez melorecytację,
zapamiętują krótkie piosenki i wierszyki, to fakt, a co po za tym? Moim ukochanym
wierszem dla dzieci jest : „W Aeroplanie” Juliana Tuwima, cały wiersz od
początku do końca kojarzy mi się z moją mamą. Pamiętam że najpierw mówiła go
sama, potem wtrącałam pojedyncze słowa, żeby wreszcie recytować go z mamą na
role. Ten wiersz chodził wszędzie za nami : na przystanek autobusowy, do
przychodni, do sklepu. Ten wiersz zawsze poprawiał mi humor i tak jest do
dzisiaj. Moja wychowawczyni ze szkoły podstawowej nauczyła mnie pierwszej
definicji inteligencji: pytaj o wszystko czego nie rozumiesz, to co jest ważne
i już objaśnione wkładaj do odpowiedniej szufladki w mózgu! To bardzo dobra
zasada, tak dobra, że stosuję ją do dziś! Podobnie jest z wierszem, te
ukochane, intuicyjnie lądują w szufladce zatytułowanej : „dzieciństwo” i kiedy
przez przypadek słyszysz pierwsze wersy ulubionego wiersza, przypomina się coś
więcej niż rym. Warto mieć ze swoim dzieckiem wspólne wiersze, warto je
recytować i czekać na moment kiedy zaczniecie mówić go na role! Ja z moją
córką Amelką też lubimy „W Aeroplanie”, ale mamy też inne wspólne wiersze :
„Krówkę” Małgorzaty Gintowt, „Poszczekalnię” Agnieszki Frączek czy „Dobranoc”
Małgorzaty Strzałkowskiej. Budujemy z Amelką jej pierwszą szufladkę, jej
wspomnienia z dzieciństwa.
(
przypisy do: „Osiecka dla
wrażliwych (mam i córek), czyli o pomyśle na pewną półkę z książkami”.)
[1][1] Maria
Dąbrowska: Dzienniki, tom III, s.125
[2][2] Maria
Dąbrowska: Dzienniki, tom. III, s.182.
[3][3] Iza
Komendołowicz: Elka, wyd. Literackie, s.5.
[4][4] Mariusz
Kotowski: Pola Negri, wyd. Prószyński i S-ka, s.14.
Interesujący blog.
OdpowiedzUsuńDziękujemy i zapraszamy ponownie. Buziak od Honoratki :)
Usuń